Bo czy odbiorca, skazany na medialno-polityczny kartel, mówiący do niego od lat tym samym językiem, jest w stanie rekonstruować fakty w swojej głowie wbrew temu językowi? Obawiam się, że wątpię. Przezorność tedy wymaga, by założyć - tak na wszelki wypadek - że nic nie jest tym, czym się wydaje. Owszem, zawsze można - w bezgranicznej ufności do świata - poniechać takich założeń. Któż jednak da nam wówczas gwarancję, że sztuczny język opowiadania o historii i autorytetach, stworzony dla nas na okoliczność powstawania "młodej polskiej demokracji" nie kryje zwykłej chęci stręczenia naszymi umysłami, głosami, pieniędzmi?
Nic nie jest takim, jakie się wydaje. Bo co według utrwalonych w opinii publicznej, w szczególności wśród wiernych, standardów, stanowi misję hierarchów kościoła katolickiego? Ewangelizacja? Bardzo to być może, tym niemniej nie sposób nie zauważyć, że hierarchowie, przynajmniej niektórzy, są powołani do funkcji nieco innych, na przykład do politycznego orzeczenia, że historii nie ma. Że umarła. Nie dalej jak kilka dni temu JE abp Józef Życiński po raz kolejny dał znać o sobie, gdy zmobilizowano środowiska postępowe do obrony Lecha Wałęsy przed pracą historyków IPN. Już na pierwszy rzut oka zastanawiające jest to, że abp Życiński pojawia się w mediach natychmiast, gdy tylko na wokandę wchodzi lustracja. Złośliwi mówią, że może mieć to związek z teczką TW "Filozofa", który ponoć miał być sobowtórem Jego Ekscelencji. Ale załóżmy na chwilę, że tak nie jest, że wszystko tutaj rzeczywiście jest takim, jakie się wydaje, że chodzi o idee a nie interesy: mamy oto hierarchę, który broniąc dobrego imienia Lecha Wałęsy mówi tak:"prawda może nie być na tyle silna, aby sama poradziła sobie z natłokiem krytyki."
Według abp Życińskiego, prawda jest zbyt słaba, by poradziła sobie z natłokiem krytyki. Komu jak komu, ale tak prominentnemu przedstawicielowi polskich "elit społecznych" biorącemu udział w niejednej medialnej akcji propagandowej, w tym względzie można wierzyć. W związku z powyższym nie sposób nie powziąć wątpliwości, czy prawda nie tylko pod natłokiem krytyki, ale i innych zabiegów retorycznych ma utrudnioną drogę na medialną powierzchnię. O jakich zabiegach mówię? Na przykład o argumencie z dowodu reductio ad impossibile, którego przykłady co i rusz daje Jego Ekscelencja, który w zapomnieniu lustracyjnej gorączki twierdzi, że "nie wolno nam deptać polskiej historii w imię zapisków funkcjonariuszy SB", a więc w imię historycznych źródeł i dowodów. Skoro według arcybiskupa, korzystanie ze źródeł historycznych jest deptaniem historii, to w takim razie jak JE wyobraża sobie jej opisywanie i odkrywanie? A może chodzi o to by powiedzieć, że jest to - wobec nieprzydatności owych źródeł - zadanie niemożliwe do wykonania przez historyków?
Wcale logiczne rozumowanie, albowiem JE daje alternatywny sposób tworzenia narodowej historii, podpisując się pod listami proklamującymi Lecha Wałęsę jako nieskazitelnego charakteru bohatera narodowego. Historia ma być bowiem pisana przy pomocy listów autorytetów medialnych, w tym Jego Ekscelencji, a zatem przy pomocy metody politycznej, tylko tym różniącej się od metod rodem z parlamentu, że nie jest prowadzona przez żadną formalną partię polityczną. Co więcej, do tego typu pisania historii upoważniona jest tylko jedna, ta "elitarna" strona owego sporu albowiem, jak gromił dziś arcybiskup:"Zmartwiłem się, jak zobaczyłem niewielkie grupki unoszące transparenty z napisem "suwerenność narodu" czy "prawdziwi Polacy". Na pogrzebie (o. M. Krąpca - menda) obowiązują pewne zasady. My chrześcijanie koncentrujemy się na modlitwie. Jeśli ktoś chciałby zareklamować swoją partie, czy poglądy polityczne to jest to autoreklama". A zatem z ambony można robić politykę - z kościelnej nawy już nie. Czyż to nie idealne podsumowanie języka elit, które nie tylko napiszą nam historię, z pominięciem jej źródeł, ale i sprawią, że wszystko nam się wyda takim jakie być powinno?



Komentarze
Pokaż komentarze (11)