W rozgorzałym na nowo lustracyjnym sporze, którego ogniskiem zapalnym jest zapowiadana premiera książki historyków IPN o Lechu Wałęsie, możemy zaobserwować całą paletę antylustracyjnych argumentów, znanych już od 1989 roku. Wnikliwe ich opisanie to temat raczej na rozprawę doktorską, a nie wpis na blogu, więc zajmę się tutaj tylko jednym z nich, za to szczególnym w swej sofizmatyce i nieuczciwości: szantażem moralnym odwołującym się do osobistej przeszłości stron tego sporu.
Autorom oczekiwanej publikacji, Sławomirowi Cenckiewoczowi i Piotrowi Gontarczykowi zarzuca się, poza niecnymi intencjami i całą masą innych absurdalnych supozycji, z poglądami prawicowymi włącznie, że są za młodzi i - co za tym idzie - nie tylko brak im niezbędnego dorobku naukowego ale i bagażu egzystencjalnego, pozwalającego z odpowiednim dystansem spojrzeć na zagadnienie uwikłań jednostki w agenturę. Mówi sie o nich "młodziankowie" i wypytuje: gdzieście byli jak Wałęsa walczył, jak Michnik siedział, jak Kuronia prześladowano? Często też dochodzi do nieuczciwych personalnych insynuacji, jak ta Lecha Wałęsy, gdy w ubiegłym tygodniu na antenie TVN24 sugerował, że wspomniani historycy piszą książkę o niechlubnych fragmentach jego życiorysu, bo "pochodzą z komunistycznych domów" (na marginesie można dodać, że Wałęsa musi mieć niezłe rozeznanie w "komunistycznych domach", bo celowo trafił tutaj w czuły punkt: dziadek Cenckiewicza to były komunistyczny aparatczyk). Podobne zarzuty kierowane są od lat także do innych zwolenników lustracji. Ileż to razy Bronisław Wildstein nasłuchał się, że, gdy cała masa niesłusznie posądzanych o agenturę bohaterów walczyła z reżimem, on stchórzył, uciekł do Francji, gdzie zajadał się mulami i nic dla Polski nie robił, co jest notabene oczywistym przekłamaniem.
Jacek Żakowski:
Niestety, Zdzisław Krasnodębski, Jadwiga Staniszkis, Piotr Semka, Bronisław Wildstein oraz panowie Cenckiewicz i Gontarczyk nie dali nam szansy, byśmy się ich dokonaniami mogli szczycić przed sobą i światem. Natomiast mamy prawo się szczycić dokonaniami ściąganego przez nich z piedestału Wałęsy oraz Władysława Bartoszewskiego, Marka Edelmana, Bronisława Geremka, Adama Michnika (...) I jest to nasz wielki kapitał. (Gazeta Wyborcza, 26 maja 2008 r.)
Z argumentem tego rodzaju szalenie trudno się polemizuje. Ale nie dlatego, że ma on wartość merytoryczną, tylko dlatego, że niesie ze sobą ładunek emocjonalny, w rzeczywistości medialnej znacznie mocniej oddziałujący na masy niż najlepiej uargumentowana polemika. Sugeruje się, że taki Wildstein, Cenckiewicz czy Gontarczyk nie są godni nawet rzemyka Wałęsie zawiązać, nie mówiąc już o ocenianiu "legendy Solidarności". Niebagatelne znaczenie ma też fakt, że w istocie Wałęsa nie jest stroną, a jedynie przedmiotem tego sporu. Stroną są elity okrągłostołowe, które się Wałęsą - jako nietykalnym symbolem - posługują do ochrony własnych interesów. I te elity używają dokładnie tego samego argumentu dla wzmocnienia swojej własnej pozycji w tym sporze. Michnik nie raz akcentował, że oceny zachowań zarówno agentów, osób o agenturę posądzanych, jak i samych komunistycznych prominentów dokonuje z pozycji byłego więźnia politycznego. W artykule z 13 maja 1994 r. pt. "Popiół, Ułan, Polonez", relatywizującym odpowiedzialność komunistów i poddającym w wątpliwość jakiekolwiek próby rozliczeń, pisze: "(...) tak, komuniści są fragmentem polskiej historii. Stwierdzam to z perspektywy (...) kilkakrotnego lokatora komunistycznych więzień." Nawet taki truizm, jak fakt, że komuniści są częścią polskiej historii, Michnik wypowiada jako więzień PRL-u, co daje mu - jego zdaniem - wyższe moralne kwalifikacje do ich oceny, która w dalszej części cytowanego tekstu ma miejsce.
Zacznijmy od pierwszej, rzucającej się prima facie wewnętrznej sprzeczności tego argumentu. Otóż odwoływanie się przez przeciwników lustracji do przeszłości kłóci się z postulatem (również przez nich wyznawanym) odcięcia tej przeszłości "grubą kreską". Mówi się mianowicie, że najważniejsze dla polskiej demokracji jest to, aby tworzyli ją ludzie posiadający po temu odpowiednie kwalifikacje "tu i teraz". A że coś tam kiedyś podpisali? Jakie to ma znaczenie? Dokładnie ten ton wypowiedzi dominował, gdy agentem okazał się szef doradców premiera, Michał Boni. A zatem, gdy idzie o odpowiedzialność agenta, jego przeszłość należy zapomnieć i oddzielić grubą linią, ale już gdy przychodzi do jego obrony, to śmiało z owej przeszłości (w jej jasnych fragmentach) czerpiemy: tak z przeszłości dotyczącej samego posądzonego, jak i osób które dzięki niej mają rzekomo większe moralne prawo do jego oceny.
I tu dochodzimy do sedna sprawy, w którym zauważamy asymetryczność tej argumentacji: przeszłość, kiedy nieskazitelna, daje prawo do bycia autorytetem, gdy zaś zawiera ciemne plamy, nie sprawia, że tym autorytetem się być przestaje. A zatem przeszłość agenta jest nieważna, o ile jest mało chwalebna. Przeszłość zaś jego obrońców służy jako argument ad personam w sporze z jego przeciwnikami, których przeszłość też jest atakowana. Widzimy więc, że jest ona wykorzystywania dosyć wybiórczo, wedle potrzeb polemicznych jednej ze stron.
Szantaż moralny polegający na powoływaniu się na prześladowania jakie spotykały obrońców agentury w czasach komunizmu ma jeszcze jeden słaby punkt. Sam fakt siedzenia w więzieniu komunistycznym nie oznacza nie tylko, że ma się rację w merytorycznym sporze, ale nie przesądza nawet uczciwych intencji w owym sporze. W komunistycznym więzieniu siedział bowiem nie tylko Michnik, Kuroń, czy Wałęsa, ale także Spychalski i Gomułka. Ba, siedzieli za to samo, za co wyżej opisani opozycjoniści, czyli za poglądy. Wówczas nazywało się to odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym. Czy zatem Gomułka miałby jakieś szczególne moralne prawo do oceny komunistów, tylko dlatego, że został przez nich wtrącony do więzienia, nawet przy założeniu, że nie zostałby później przywrócony do łask?
Niespójność tego typu argumentacji, jej sprzeczność z innymi taktykami antylustracyjnymi wychodzi na jaw, gdy weźmiemy pod uwagę, że gorącymi zwolennikami weryfikacji naszej przeszłości, są nie tylko "młodziankowie", którzy nie mogą pochwalić się żadnymi antykomunistycznymi "dokonaniami" ale i zasłużeni działacze opozycji antykomunistycznej. Nie kto inny jak Macierewicz ("z brzytwą w zębach") zakładał KOR i nie kto inny jak Wyszkowski i Gwiazdowie zakładali Wolne Związki Zawodowe. Czy więc oni, z racji swojej przeszłości, mają prawo oceniać Wałęsę, tak jak nie bardziej od nich zasłużony Michnik? A jeśli tak, to czy mają prawo do oceny odmiennej niż redaktor naczelny Wyborczej? Teoretycznie tak, ale w praktyce - nie. A zatem moralne prawo wynikające z zasług w walce z komuną do wydawania oceny przeszłości działa tylko w jedną stronę, pozwala bowiem jedynie wydawać glejty moralności, a nie tych glejtów odmawiać. No, chyba że odmawiamy ich... zwolennikom lustracji. Potwierdzeniem tych słów niech będą medialne komentarze towarzyszące działalności ks. Isakowicza-Zaleskiego, który miał być mniej obiektywny w ocenie agentury, bo... sam doznał prześladowań ze strony SB. Okazuje się, że z tych samych przyczyn, z których Michnik jest bardziej obiektywny, ks. Zaleski - nie jest. Znów więc mamy ewidentny przykład podwójnych standardów i monopolizacji przez elity prawa do pisania historii.
Rolą historyka, ale także dziennikarza i publicysty, jest rzetelne przedstawienie faktów. Z tej pracy wynikać mają rozmaite wnioski polityczne i moralne, które już wyciągnąć ma odbiorca ich twórczości. Dlaczego więc osoba opisująca fakty z życia narodowych autorytetów musi się szczycić "dokonaniami przed Polską i światem" na polu walki z komunizmem, najlepiej okraszonymi martyrologią i prześladowaniami? I jakiego rodzaju mają to być dokonania i prześladowania? Czy aby mieć prawo oceniać fakty z życia "legend podziemia" wystarczy, że udowodnię, iż rozrzucałem antyreżimowe ulotki? A może powinienem się wylegitymować przynależnością do KOR-u i co najmniej rokiem odsiadki?
Widzimy jak na dłoni, że tego typu rozumowanie nie wytrzymuje zetknięcia ze zwykłą logiką. Czy musielibyśmy, by dać sobie prawo do moralnej oceny hitleryzmu - być jego ofiarami? A co w takim razie z oceną rządów Pinocheta, gen. Franco? Czy można polskiemu historykowi o nich pisać? A gdyby ktoś chciał napisać o kolaboracji Polaków z carską Ochraną, to czy ma do tego prawo moralne, skoro ze względów metrykalnych nigdy nie odczuł prześladowań zaborcy rosyjskiego?
Moralny szantaż pozwala na krótką metę utrzymać medialną atmosferę świętego oburzenia, jednak nie wytrzymuje krytyki merytorycznej, która niestety gdzieś umyka i nie wydostaje się na wierzch. Pracę Cenckiewicza i Gontarczyka należy więc ocenić tak jak każdą inną pracę naukową: pod kątem rzetelności i zgodności z prawdą. To wystarczy aby wyciągnąć z niej wnioski polityczne i etyczne.



Komentarze
Pokaż komentarze (72)