Ogrom nieszczęść, jakie w ciagu ostatnich dwóch lat spotkały "młodą polską demokrację" sprawił, że teraz, po szczęśliwym odsunięciu kaczystów od władzy, nikomu nawet przez myśl nie przechodzi rozliczanie Platformy z porzucenia większości przedwyborczych obietnic. Wszak wszystkie te "cuda gospodarcze" obiecywane były z przymróżeniem oka, bo tak naprawdę ci co mieli wiedzieć, wiedzieli, że nie o cuda chodzi, tylko o zwalczenie Kaczorów.
Tym niemniej, po dwóch latach panowania władzy, która ośmieliła się zbrodniarzy nazywać zbrodniarzami, a zdrajców - zdrajcami, trzeba zacząć wracać do jako takiej równowagi w sferze słów i czynów. I nie chodzi tu bynajmniej o realizację przedwyborczych obiecanek - cacanek.
Równowaga, jaka panowała do 2005 roku, a która właśnie powraca, polegała na istnieniu dwóch teoretycznie przeciwstwanych obozów: "prawicowego" wywodzącego się z tzw. konstruktywnej opozycji i "lewicowego", będącego przedłużeniem PZPR-owskiego betonu. Kluczową cechą tej równowagi przeciwstawnych sił, było to, iż różniły się one między sobą "pięknie". "Pięknie różnić się" oznacza, prowadzić nierzadko fasadowe i jałowe dyskusje ideologiczne, których praktyczny finał znany jest obu stronom od samego początku, pilnując jednocześnie by nie wybuchł przypadkiem spór realny, tj. dotyczący interesów którejś z pięknie różniących się stron "historycznej barykady". W wykonaniu tej strategii, na początku lat 90-tych straszono nas polskim "organicznym" antysemityzmem i nacjonalizmem, a rzeczywistość rozgrywała się na ulicy Rozbrat, gdzie dokonywano przegrupowania szeregów, w podwarszawskich lasach, gdzie palono całe przyczepy SBeckich akt oraz w nomenklaturowych spółkach, gdzie powstawały pod czujnym okiem pięknie różniących się stron pierwsze fortuny polskiego raczkującego kapitalizmu.
Po otwarcie formułowanych nadziejach, jakie salon III RP wiąże z powrotem komunistycznego betonu i lewicy kawiorowej do władz SLD, takich samych, z jakimi wiązał on dojście do władzy prawicy "konstruktywnej" (czyli udawanej) w osobie Donalda Tuska, nie sposób nie dojść do wniosku, że są to w gruncie rzeczy nadzieje na powtórkę z okrągłego stołu. A ściślej rzecz ujmując, na odtworzenie sceny politycznej, a co za tym idzie debaty społecznej, z czasów gdy mieliśmy duopol "pięknie różniących się" stron. Do odrodzonej w postaci Platformy Obywatelskiej strony "opozycyjnej", doszlusować pozostało już tylko Sojuszowi Lewicy Demokratycznej. W tym celu - zdaje się - media, które wszak działają na licencji tego pięknie różniącego się układu, trzymają kciuki za udany powrót najtrwardszego betonu w SLD. Jak widać, dojście do władzy zaledwie jednej strony tej fasadowej barykady - mimo jej starań w postaci recydywy bezpieczniackich wpływów w strukturach państwa, będących kliszą działalności ministra Kozłowskiego i premiera Mazowieckiego z roku 1989 - nie wystarcza, albowiem nadal pozostaje puste miejsce na opozycję, które - jak to w demokracji - musi ktoś zająć. Zawsze lepiej więc, by był to ktoś, kto będzie się z nami "pięknie różnił", niż na przykład brzydko.
Wczorajsza Gazeta Wyborcza, piórem swojego dyżurnego autorytetu prof. Bronisława Łagowskiego, poucza tak jak 18 lat temu: "Skoro tzw. postkomuniści nie zostali wygnani z kraju jak jacyś arianie, to tak samo jak wszyscy inni mają prawo mieć swoją partię. Pluralizm, demokracja i prawa człowieka im to gwarantują." Ten głos doskonale współbrzmi, nie tylko z odwołującymi się do praw człowieka tyradami Michnika ("nie będę walczył bronią nienawiści"), Kuronia czy Geremka sprzed blisko dwóch dekad, ale z oświadczeniem premiera Donalda, który po wyborze Napieralskiego na szefa SLD stwierdził, że "liczy na dobrą współpracę" z tą partią. Dobra współpraca, czy "piekne różnienie się" - co za różnica? Liczy się tylko, by nikt niekonstruktywny już się do naszej gry nie zmieścił. Do prof. Łagowskiego, w końcu filzofa, należałoby zadać pytanie z gatunku tych oczywistych: czy fakt braku deportacji do Rosji komunistów oznacza, że mają oni prawo w sensie moralnym i politycznym stanowić prawowity składnik masy politycznej? Odpowiedź na to pytanie znajduje się nieoczekiwanie w cytowanym tekście. Oto ona: "nowy przewodniczący nie postąpiłby źle, gdyby się uniewrażliwił na zarzut, że jego partia jest postpeerelowska czy postkomunistyczna." Tłumacząc z salonowego na nasze, SLD ma udawać lewicę, ma odwrócić uwagę od swojego totalitarnego jądra czyli od problemu kluczowego. Jednocześnie zaś partia ta ma zadbać o trwałość komunistycznych układów:
"Liderzy i aktywiści SLD tchórzliwie unikali zajęcia stanowiska w najbardziej konfliktowych kwestiach, jak prywatyzacja, lustracja, procesy sądowe wytaczane Jaruzelskiemu i innym (...) Najbardziej wykluczeni są ludzie, którzy w PRL zajmowali stanowiska kierownicze, czy to w aparacie władzy, czy gdzie indziej"
Czyż w powyższych cytatach nie widać tego fundamentalnego paradoksu okrągłostołowego układu, tego podwójnego dna wyściełanego podwójną moralnością medialnych autorytetów? Oto bowiem SLD ma udawać lewicę, odcinać się w sferze retoryki od komunizmu, jednocześnie zaś chronić peerelowskie pozostałości w demokratycznym kraju. A wszystko to za fasadą medialną, której rusztowania tworzą sztucznie kreowane autorytety pokroju Łagowskiego. Oto credo twórców III RP, ogłoszone w jej organie prasowym i kolportowane w działających z jej przyzwolenia bezpieczniackich mediach. I nawet redaktor Lis wyczuł na nowo tę ozdrowieńczą bryzę wiejącą z warszawskich salonów, bo w zeszłym tygodniu zaczął bić na alarm, że polski nacjonalizm wraca, albowiem u nas biją Murzynów, na dowód czego pokazał w telewizji Murzyna.
Wszystko wskazuje więc na to, że obie strony historycznej barykady po kilku latach dochodzenia do siebie, wreszcie powrócą do pięknego różnienienia się.



Komentarze
Pokaż komentarze (33)