menda menda
83
BLOG

Vademecum fachowca

menda menda Polityka Obserwuj notkę 15

Wiele wskazuje na to, że mylili się wszyscy ci krytykanci, którzy twierdzili, że lekarz medycyny z Krakowa nie ma wystarczających kompetencji do kierowania armią mającą chronić 40-milionowy naród. Minister Obrony narodowej Rzeczpospolitej Polskiej, choćby był hydraulikiem, będzie świetnym fachowcem pod warunkiem, że otoczy się funkcjonariuszami odpowiedniej proweniencji. A gdy jeszcze pochodzi z Unii Wolności, skąd - jak powszechnie wiadomo - wywodzi się najwięcej specjalistów od wszystkiego, to może nawet aspirować do roli fachowca moralnego, czyli tzw. autorytetu.

Ignacy Krasicki w jednej ze swoich satyr przestrzegał młodziana wchodzącego w dorosłe życie przed pułapkami czekającymi nań w świecie dorosłych, w którym to dominuje na każdym kroku polityka: "Nauczysz się, jak prawom można się nie poddać, Jak dostać, kiedy nie masz, dostawszy nie oddać, Jak zwodzić zaufanych a śmiać się z zwiedzionych, Jak w błędzie utrzymywać sztucznie omamionych, Jak się udać, gdy trzeba, za dobrych i skromnych, Jak podchlebiać przytomnym, śmiać się z nieprzytomnych, Jak cnocie, gdzie ją znajdziesz, dać zelżywą postać, Jak deptać wszystkie względy, byle swego dostać, Jak wziąwszy grzeczną tonu modnego postawę, Dla żartu dowcipnego szarpać cudzą sławę. Jak się chlubić z niecnoty, a w wyrazach sprośnych Mieszać fałsz z zuchwałością w tryumfach miłosnych." Nie sposób nie uznać, że dla każdego autorytetu III RP ten zestaw praktycznych wskazówek winien być jak vademecum, jak zbiór politycznych drogowskazów, pozwalających omijać wyrzuty sumienia, przysięgi składane Bogu i ojczyźnie, a nawet zdrowy rozsądek zasadzony na ludzkiej pamięci.

Minister Klich, mimo że od dziecka chciał być lekarzem, musiał również w młodości wziąć sobie do serca rady biskupa Krasickiego, bo w przeciwnym razie zapewne dziś nie byłby tu gdzie jest. Pan minister bowiem nie tylko organizuje fachowo resort po myśli sowieckiego wywiadu ale nawet twierdzi, wziąwszy grzeczną tonu modnego postawę, że jest to działanie zgodne z tym, co jego partia mówiła przed wyborami oraz z racją stanu Rzeczpospolitej, w bezczelnym i, co gorsza, uzasadnionym przekonaniu, że nikt mu tego nie wypomni.

Powyższy fragment utworu Ignacego Krasickiego winien być lekturą obowiązkową dla każdego maturzysty III RP. To taki przewodnik dla zrozumienia, dlaczego na przykład lekarz medycyny na stanowisku ministra obrony narodowej, dowiaduje się z radia, że marynarka wojenna, którą kieruje zmierza na dno i obiecuje, że "jeśli te informacje się potwierdzą" to niewątpliwie coś temu zaradzi i nie jest za ten żenujący i bezwstydny brak kompetencji nawet lekko szturchnięty. Skądś więc minister Klich musi czerpać swoją medialną bezkarność. Chyba nawet wiem skąd.

Oto bowiem media podały, że Platforma wraz ministrem Klichem odchodzi od kolejnego swojego pomysłu sprzed wyborów. Po zapewnieniu spokoju konfidentom esbeckim i ich oficerom prowadzącym, teraz czas na przeprowadzenie recydywy szpiegów sowieckich w służbach wojskowych. Jak była bowiem o tym mowa, kilku kolejnych szefów weryfikowanego nadal WSI, zostało oficjalnie uznanych przez brytyjski wywiad za radzieckich, a potem rosyjskich agentów. Z tych też przyczyn poprzedni rząd postanowił rozgonić to towarzystwo i na jego miejscu zbudować nowe, tym razem Polskie, służby wojskowe. Oczywiście pomysł ten poparła Platforma Obywatelska, głosując za likwidacją i weryfikacją WSI. Dziś jednak minister Klich zmienia zdanie i zapowiada likwidację komisji weryfikacyjnej, którą ma zastąpić wewnętrzna struktura w odzyskanej już Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, zaś sama weryfikacja zostanie praktycznie w całości zatrzymana. Mało tego, dotychczas negatywnie zweryfikowani oficerowie WSI, po tym jak zostali przez Klicha przeproszeni za ujęcie ich oraz ich agentów w raporcie z likwidacji WSI, będą mogli swobodnie wrócić do służby, pod warunkiem "złożenia oświadczenia, że nie popełnili przestępstwa". Oczywiście owo oświadczenie ma taką moc sprawczą, jak listek figowy na miękkim podbrzuszu i służy jeno "utrzymywaniu w błędzie sztucznie omamionych", którzy nie widzą jeszcze, że nie medycy z Krakowa, ani nawet magistrowie historii z Sopotu, pociągają na sznurki "w tym chorym kraju", jak słusznie zauważyła posłanka Sawicka.

Dopóki więc medyk z Krakowa będzie robił, co ma robić, włos z głowy mu nie spadnie, nawet gdy - jak w przypadku stanu marynarki wojennej - wykaże się absolutną indolencją w sprawach, których ma zgodnie z ustawą o działach administracji rządowej pilnować. Jednakże pan Klich doskonale wie "jak prawom można się nie poddać", o czym świadczy fakt, że najwyraźniej czuje się z przestrzegania tej ustawy przez kogoś zwolniony i że jego rolą jest wyłącznie przywrócenie status quo w służbach wojskowych. Potwierdza to również okoliczność, iż o stanie floty wojennej dowiaduje się dopiero z mediów, zaś o tym że musi przepraszać sowieckich oficerów i ich agentów, którzy w tej kwestii przegrali już procesy z jego poprzednikiem wiedział "z urzędu" . Minister Klich będzie więc po owych przeprosinach czynił kroki coraz to śmielsze na tej słusznie obranej drodze, a wtedy nie tylko nikt nie zakwestionuje jego fachowości, ale i może nawet zostanie on dopuszczony do podpisania jakiegoś listu otwartego autorytetów moralnych.

menda
O mnie menda

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (15)

Inne tematy w dziale Polityka