O tym, że ZOMO już nie stoi po drugiej stronie bramy stoczni - wbrew pozorom - nie sposób się przekonać z lektury słynnego już dzięki owej filipice, przemówienia byłego premiera Kaczora Jarosława. Znacznie lepszy dowód na fakt przemieszczenia się ZOMO na inne pozycje daje wczorajsza Gazeta Wyborcza, publikując ciepły artykuł pod wszystko mówiącym tytułem "Platforma zabiera esbekom", traktujący o "zamiarach" (których materialnych wykwitów nikt jeszcze nie poznał) rządu premiera Donalda - zamiarach odebrania wysokich emerytur byłym esbekom. Taka reakcja środowiska, które latami reagowało zaciekłym atakiem na jakiekolwiek pomysły weryfikacji totalitarnego systemu, wcale nie oznacza, że nagle salon III RP zmienił zdanie na temat tego co jest "bronią nienawiści" oraz kto nią walczy, a jedynie o tym, że ZOMO (jako pojęcie umowne, obejmujące swym zakresem SB, UB, WSW, WSI etc.), z którym "oszołomy" usiłowały wojować, już nie stoi tu, gdzie stało.
Jacek Olechowski to jeden z najlepszych menedżerów młodego pokolenia, szefuje konglomeratowi firm branży public relations (roczny obrót liczony w dziesiątkach milionów), o której to branży złośliwi mówią, że stanowi jeden z przyczółków tzw. "razwiedki" nad Wisłą. Jacek to syn Andrzeja, agenta komunistycznych służb specjalnych. Andrzej miał (ma?) swoich oficerów prowadzących, którzy zapewne też mają dzieci i te dzieci - nie bądźmy dziećmi - też do cholery muszą z czegoś żyć. Myślisz, drogi Czytelniku, że ten oficer prowadzący pozwolił się umościć w "polskim raczkującym kapitaliźmie" swojemu agentowi i jego latorośli, kosztem latorośli własnej? Jeśli tak uważasz, to musiałbyś założyć że podstawową cechą SB był altruizm rodem z Kalkuty, a to założenie cokolwiek ryzykowne.
No więc aktualnie odebranie przywilejów starzejącym się lub martwym esbekom, którzy zdążyli uposażyć nie tylko własne dzieci, nie tylko własnych agentów, ale i dzieci tych ostatnich, może mieć formę wyłącznie symboliczną. A tutaj establiszment III RP reprezentowany z jednej strony przez Wyborczą, a z drugiej - tymczasowo - przez premiera Donalda, ma jak zwykle mnóstwo do powiedzenia. Rozkład interesów zostaje zaś na ustalonym podczas "liczenia głosów" na "nocnej zmianie", poziomie.
No dobrze, ale skoro ZOMO powędrowało za swoimi interesami, to gdzie w takim razie powędrowały rzeczone interesy? Z pomocą znów przychodzi branża public relations, a konkretniej: medialna.
Ten, kto uważa, że szefami największej korporacji medialnej w Polsce są: oficer totalitarnej bezpieki i agent tejże, jest w błędzie. Teraz szefami są już synowie panów z MSW. Synowie ci lada chwila dostaną w mało przejrzystym, bo wolą premieru Tusku pozaustawowym trybie, koncesje na kilkanaście nowych kanałów w ramach tzw. cyfryzacji usług teleinformatycznych, co pozwoli im osiągnąć istotny krok na drodze do monopolizacji wartego setki miliardy złotych rynku. Zresztą ten krok zrobiliby już znacznie wcześniej, gdyby nie ostatnia przeszkoda, tj. drugi z Kaczorów, który zawetował ustawę medialną dającą (pośrednio, bo w formie uszczerbku w majątku konkurencji) kilka miliardów do kasy stacji prywatnych kosztem mediów publicznych. Czy zatem coś zmieniło się od "nocnej zmiany", tudzież słynnego przemówienia sejmowego Adama Michnika z 1989 roku, w którym z pianą na ustach atakował autorów pomsłu odebrania majątku PZPR? Komunizm i esbecja nadal pozostają bliżej niesprecyzowanym i niespersonifikowanym "złem", ale jej interesy - bez względu w czyim ręku dzierżone - są święte i nietykalne.
W tym miejscu, z kronikarskiego obowiązku przypomnę tylko, że gdy kilkanaście miesięcy temu Kaczory również wpadły na pomysł pozbawienia esbeków uposażeń, który to pomysł teraz ponoć jest chwalebnym "zamiarem" rządu premiera Donalda, w mediach nagle zaroiło się od "autorytetów prawniczych" które jęły w pośpiechu tłumaczyć ludowi zagadnienie ochrony praw nabytych i - co za tym idzie - niezgodności z konstytucją pomysłów bliźniaków. Dziś reakcja mediów i autorytetów na odebranie oprawcom wysokich emerytur jest skrajnie przeciwna (exemplum prof. Winczorek we wczorajszej Wyborczej), co potwierdza tylko tezę o znikającym, a ściślej rzecz ujmując, przemieszczającym się punkcie ZOMO. I że tak naprawdę żadne realne interesy zagrożone być nie mogą poprzez obniżenie emerytur garstce starych pryków. W przeciwnym bowiem razie Tusk musiałby być nazwany "oszołomem" tak jak, dajmy na to, Macierewicz na początku lat 90-tych, a to już przekracza granice percepcji, co ja gadam, jakie tam granice percepcji - to wywraca system wartości "przeciętnego czytelnika" Wyborczej. Drugim zaś wnioskiem wypływającym z treści artykułu Gazety jest to, iż poprzednie gromy o zamachu na prawa nabyte esbecji oraz prawach podmiotowych służyły - jak zwykle - jako pałka na nielubianych Kaczorów i nie miały za zadanie - w odróżnieniu od początków ubiegłej dekady - chronić interesów, bo te zwyczajnie przeniosły się spod bramy stoczni na warszawskie salony i biurowce.
Innymi słowy: dwadzieścia lat temu próba odebrania przywilejów komunistom była "walką bronią nienawiści", dziś - po tym jak majątki, wpływy i władza zdążyły przejść na drugie pokolenie lub zostały ulokowane w inny sposób po doprowadzeniu do ruiny uwłaszczonych przedsiębiorstw - dziś odbieranie emerytur esbekom jest już dozwolone.
Cała ta opowieść o Tusku - pogromcy przywilejów esbecji, który wszak już raz dał jej w 1992 r. bezkarność i carte blanche na "polski raczkujący kapitalizm" przypomina a contrario stary kawał o Radiu Erewań, które nadało komunikat, że na Placu Czerwonym w Moskwie rozdają Mercedesy. Na telefon słuchacza, który dopytywał czy to prawda, redakcja odpowiedziała, że owszem, z tym że nie w Moskwie tylko w Leningradzie, i nie Mercedesy tylko rowery, i nie rozdają, tylko kradną.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)