28 obserwujących
299 notek
409k odsłon
  129   0

Siedziałem w jednej celi z mordercą.

Miał on wtedy na sumieniu już siedem głów.
Dwadzieścia parę lat temu byłem czasami zatrzymywany. Był rok 1980, 1881, stan wojenny. Najczęściej trafiałem do cel w aresztach, w których siedzieli zwykli więźniowie kryminalni, gdy miałem odrobinę szczęścia, lądowałem w pojedynce. Tak trafiłem do tej celi, w której siedział ten człowiek, naładowany niezwykłą furią. Nie wiem co mnie wtedy tknęło, zapytałem, czy chce nauczyć się budować jachty. Zainteresował się. I tak poznałem jego opowiadanie. Jest to niesamowita historia ludzkiej krzywdy, chyba niemożliwa do opowiedzenia w tak krótkiej formie.

Kiedyś, gdy kończył szkołę średnią zdarzyła mu się bójka na weselu. Tak czasem na wsi bywa. Odsiedział grzecznie pół roku i ani myślał wracać do więzienia. Wybierał się do ślubu, chciał się żenić z koleżankę szkolną. Tak opowiadał. Właśnie w jej obronie stanął wtedy, na tym weselu. Ona zdała maturę, on stracił rok. Chcieli wziąć ślub, tak, aby pracując, mógł skończyć szkołę. Znaleźli pracę z dala od swojej wsi. Była dla nich szczęśliwym trafem, bo PGR w opłotkach wielkiego miasta, oferował im obojgu nie tylko pracę, ale i mieszkanie w zakładowym bloku. Była to wspaniała możliwość, mógł po pracy tramwajem elegancko dojeżdżać do szkoły. Zapisał się do wieczorówki, dopełnili wszystkich formalności.

Szczęśliwi zebrali wszystkie graty, by o wyznaczonym czasie zjawić się na miejscu. I tu dowiedzieli się, że nic z tego. Dyrektor jeszcze ich zwymyślał i wyrzucił z trzaskiem. Dowiedzieli się tylko, że dzień wcześniej zjawił się dobry wujek z ostrzeżeniem. Opowiedział dokładnie o tym, że młody jest kryminalistą, tuż po odsiadce. Wuj, prawdziwy rodzinny wujaszek wyciął taki numer, bo miał złość do ojca pana młodego. Zrozpaczeni pojechali do niego, z pretensją i nadzieją - jak narozrabiał to i może jednak sumienie go ruszy, może coś jakoś odkręci. Poszedł do wujaszka sam. Opowiadał, był ogarnięty takim żalem i złością i gdy ten drań zaczął się z niego szyderczo śmiać i drwić, to nie wytrzymał, przyłożył mu, gołą ręką. Mówił, że wujaszkowi nawet ten szyderczy uśmiech na twarzy został. Potem sam pojechał na milicję, szybciutko sprawa sądowa i wyrok. Śmierć. Przed egzekucją zabił kogoś w więzieniu. I znowu sprawa, z więźnia, jak mówił, znowu areszt. W ten sposób zyskiwał trochę na czasie, odsuwał nieuchronny koniec.

Widziałem w nim wtedy niesamowicie zaszczutego człowieka, wciśniętego w surrealistyczną rzeczywistość.

Opowiadałem mu o budowie jachtu, o każdym szczególe, od stępki, po top masztu, sam szczyt. Każda część starannie wyrysowana w wyobraźni, każdy patent i szczególik, nawet malutkie szpigaty we wręgach, aby woda mogła swobodnie spływać do zęzy. I mały wimpelek na wancie. Żył przez chwilę nadzieją, że wypłynie kiedyś w morze. Następnego dnia wywalili mnie z celi wprost na ulicę.  

Do dzisiaj nie wiem z pewnością, czy ta jego opowieść była prawdziwa. Bardzo wiele okoliczności i faktów czyniły wtedy tą opowieść bardzo wiarygodną. Było to jedno z moich najbardziej niesamowitych przeżyć.
I potężna lekcja.
Pozbawiła mnie ona zupełnie zdolności do odczuwania pogardy.
Nie umiem. Nie potrafię. Zawsze widzę wtedy tego człowieka, którego ktoś kiedyś zanurzył w pogardzie.
Pogarda jest nieczułą i bezduszną obojętnością. Pogarda jest przyczyną i źródłem wszystkich aroganckich i niesprawiedliwych osądów, jest matką braku wrażliwości. Jest szkołą pozytywizmu prawnego, który stawia wyżej bezduszny formalizm prawa, nad wszelkimi wartościami wyższymi, a nawet ponad człowieczeństwem. Aby ludzi nauczyć zabijania, trzeba przedtem nauczyć ich pogardy. Zniszczyć ich człowieczeństwo.
Nie jestem w stanie niczym pogardy usprawiedliwić. 

Zwykle nie opowiadam tej historii, ani żadnych podobnych. Chyba nawet moje dzieci nie znają tej opowieści. Nie mam w domu żadnych gablotek, ani wiszących na ścianach pamiątek z czasów Solidarności. To jest prawdziwy dramat ludzkiego życia i śmierci. Nie ma tu miejsca na żaden teatr.
Do dzisiejszego wspomnienia skłoniła mnie koincydencja kilku zdarzeń. Zobaczyłem wczoraj wieczorem, w TVP Polonia, film ze słynną sceną Mieczysława F. Rakowskiego, dziobiącego zaostrzonym palcem  powietrze w hali stoczni. Koncert pogardy i chęci urządzenia nam życia. Dzisiaj rano sprawozdanie telewizyjne z pierwszego czytania projektu uchwały Sejmu o powołaniu komisji parlamentarnej, której celem jest udowodnienie nacisków.
Stalinowskie działanie prawa z tezą.  
Widziałem triumfalnie szyderczy śmiech Stefana Niesiołowskiego na sali sejmowej.
Ta sama pogarda. 

Cytowałem już wypowiedź Jana Rokity*) ostrzegającego polityków przed pokusą siły:

"Ze zdumieniem przyglądam się za każdym razem politykom owładniętym pokusą siły, nie widzącym, że to, co sami robią dziś, już za chwilę im właśnie zostanie zrobione. … pokusa siły czyni ich dufnymi głupcami."
Lubię to! Skomentuj48 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale