Sponsorami intelektualnymi poniższej notki są:
- Cezary Krysztopa - notka "Niech moc Parytetów będzie z nami!"
- Agnieszka Romaszewska - komentarz do tejże notki.
To był wczesny lutowy wieczór. Od trzech miesięcy miałem prawo jazdy, od miesiąca - pierwszy samochód, a właściwie wyrób samochodopodobny. No i trzask! Zaparkowałem z prędkością ok. 50 km/h w tyłku jakiegoś Poloneza, który stał sobie na pasie mojego ruchu (pobocza na tej drodze nie było). Ponieważ miałem zapięte pasy, to nie wyleciałem przez przednią szybę, nie zmasakrowałem sobie narządów wewnętrznych ani nawet nie wybiłem siekaczy o kierownicę. Jedyny Widomy Znak stanowił spory siniec - odcisk pasa bezwładnościowego na mojej boskiej klacie.
Zaraz, zaraz... co to ma wspólnego z parytetami?... Aaa! Już wiem.
Obowiązek zapinania pasów bezpieczeństwa wprowadzono w Polsce w roku 1983, przy niemym (takie czasy), acz powszechnym sprzeciwie użytkowników pojazdów czterośladowych, ze szczególnym uwzględnieniem kierowców tychże. Czy słusznie wprowadzono? Wtedy większość uważała, że niesłusznie, niepotrzebnie, a władze PRL wykazały się dodatkowym dowodem kompletnego zidiocenia systemu, uszczęśliwiając Wewnętrznie Niepodległy Naród na siłę i wbrew Jego woli. Jako pasażer często uczestniczyłem w pomstowaniach i czarnych mszach przeciwko pasom.
A dziś? Większość się przyzwyczaiła, ja pasom dziękuję za uratowane zdrowie i urodę, nieliczni dalej pomstują, ale zapinają. Ci, co nie zapinają to kretyni. Czym jest przepis o obowiązkowym posiadaniu i zapinaniu pasów? Protezą zdrowego rozsądku, podobnie jak przepisy o zasadach przewożenia dzieci w samochodzie.
Żyjemy w okresie przejściowym pomiędzy opresywnym patriarchatem, a systemem równości płci. Prawo deklaruje wprawdzie równy status kobiet i mężczyzn, ale obyczaj pozostaje daleko z tyłu za tymi deklaracjami. Nierówne zarobki, niedostatek kobiet u władzy i w innych eksponowanych miejscach, przy jednoczesnej nadreprezentacji Pań w stanach powszechnie pogardzanych, jak nauczycielski, pielęgniarski, sprzątalny czy urzędniczy (chodzi o niskie urzędy, rzecz jasna). W powszechnym obyczaju pokutują relikty fizycznej przynależności kobiety do mężczyzny, choć niewiele osób je zauważa - na przykład wciąż obowiązkowa jest zmiana nazwiska kobiety przy zawieraniu związku małżeńskiego. Kto z Panów zmieniłby nazwisko na to, które nosi ukochana kobieta?
W tej sytuacji nie dziwi ani to, że kobiety nie pchają się gremialnie do polityki, ani to, że rządzący partiami politycznymi panowie ich do tego usilnie nie namawiają. Parytet - nikt tego nie ukrywa - ma być protezą stanu normalnego. Tak, Panie Cezary i Pani Agnieszko - w normalnym stanie parlament odzwierciedlałby statystykę rozkładu najpopularniejszej z cech ludzkości - płci. Co do innych, przywołanych przez Pana Cezarego cech - homo/hetero, mędrców/głupków, religijnych/obojętnych, żeby wymienić te najwyrazistsze - one są już reprezentowane, może z lekką nadreprezentacją hetero, głupków i religijnych, ale zawsze.
Czy jesteśmy zadowoleni ze stanu polityki w Polsce? Nie sądzę. Czy słuszniejsza reprezentacja kobiet stan ten poprawi? Nie wiem. Sądzę, że tak, ale nie dowiemy się, dopóki kobiet nie pojawi się więcej. A same z siebie się nie pojawią, tak samo jak kierowcy sami z siebie nie zaczęliby gremialnie zapinać pasów, ani montowac fotelików dla dzieci. Macie Państwo lepszy pomysł? Bo ja chcę po prostu dożyć normalniejszego Parlamentu.
I nie będę protestował, jeżeli ustawowo wyrówna się również brak mężczyzn w szkołach, szpitalach czy urzędach. Choć to może być jeszcze trudniejsze.
64
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (11)