Rosja podjęła decyzję o dalszej eskalacji działań poniżej progu wojny, przeciwko krajom Europy. Co do tego nie ma już żadnych wątpliwości. Od kilku lat jesteśmy świadkami coraz bardziej niepokojących aktów sabotażu w krajach Zachodu. W 2024 Ukraińscy dywersanci pracujący na rzecz rosyjskiego wywiadu spalili Halę Marywilską w Warszawie. W Polsce, czy nawet krajach jeszcze neutralnych, czy wręcz przychylnych Rosji, dochodzi do aktów sabotażu na kolei, w okolicach fabryk uzbrojenia, czy nawet prób ataków na samoloty towarowe. Rok temu w Polską przestrzeń wleciały rosyjskie drony, skądinąd irańskiej produkcji.
Według informacji dziennikarza „Wirtualnej Polski” Zbigniew Parafianowicza, celem Rosjan jest coraz dalej idące podsycanie strachu wśród międzynarodowej opinii publicznej, zwłaszcza w krajach bałtyckich czy Polsce. Miałoby to z kolei służyć podważeniu dotychczasowej polityki NATO, wspomagającej militarnie i finansowo słabszy kraj (Ukrainę), dla powstrzymania rozrostu potęgi kraju silniejszego (Rosji). Rosja prawdopodobnie planuje kolejny marsz na Kijów zimą tego roku. Równoległa koordynacja ataków hybrydowych przeciwko krajom Europy miałaby rzecz jasna to ułatwić.
Premier planuje wyprowadzić czołgi nad ulicę pod fałszywym pretekstem?
Na płaszczyźnie wojny informacyjnej Rosja częściowo wygrywa. Jesteśmy autentycznie przerażeni tym, że ciągnąca się wojna na Ukrainie, do której przyzwyczailiśmy się już psychicznie, miałaby przerodzić się w globalny konflikt, kolejną wojnę światową. Kiedy obecny premier Donald Tusk, informuje, że znajdujemy się w czasach niezwyczajnych, nie chcemy przyjąć realności tej perspektywy i tego ryzyka. Niesłusznie zakładamy, że to kolejna próba manipulacji opinią publiczną, służącą do utrzymania władzy przez obecne środowisko polityczne. Jest jednak inaczej. Ciężko dziś zbić kapitał polityczny na mówieniu o niebezpieczeństwach, właśnie dlatego, że tak strasznie boimy się tego. Chcemy raczej słyszeć, że nic nam nie grozi.
O niebezpiecznych planach Moskwy informują nas agencje wywiadowcze kilku krajów jednocześnie, w tym Amerykanie. Ci sami Amerykanie, którzy rzeczywiście mieli informację o nadciągającej Rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022, którym początkowo nie wierzyliśmy. Premier Donald Tusk również przygotowując na to opinię publiczną, po prostu prowadzi konieczną komunikację strategiczną. Gdyby nie prezentował takich komunikatów, oberwałby za to, ze strony opozycji, prawdopodobnie zarzucającej mu, przy kolejnych naruszeniach naszej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony, prowadzenie nieodpowiedzialnej polityki i nieinformowania obywateli o możliwości takich incydentów.
Prognozowanie rozwoju sytuacji międzynarodowej jest wybitnie trudne. Ogólnie rzecz biorąc, ciężko przypisać konkretnym scenariuszom matematyczne prawdopodobieństwo ich wystąpienia. Zamiast tego rozważmy scenariusze, które mogą wystąpić, a jeśli wystąpią, zmienią dalekosiężne naszą dotychczasową rzeczywistość.

Scenariusz pierwszy. Niekontrolowana eskalacja prowadząca pełnoskalowej wojny NATO z Rosją.
Nie chodzi o perspektywę tego, by jutro czy za kilka dni Moskwa zaatakowała jeden z krajów NATO porównywalnymi siłami, jakimi najechała Ukrainę kilka lat temu. Dziennikarz „Onetu”, Witold Jurasz, wskazuje, że obecnie, nic o tym nie świadczy. Zdjęcia satelitarne pokazują, że Rosja nie gromadzi takich sił przy granicach NATO. Analitycy NATO nie wykluczają jednak możliwości wtargnięć małych grup rosyjskich sił specjalnych do krajów bałtyckich, tak aby przetestować spójność Sojuszu Północnoatlantyckiego, jednocześnie zostawiając sobie furtkę na oficjalnie odcięcie się od takich posunięć, tak jak to miało miejsce w 2014 roku.
W omawianym scenariuszu taka hybrydowa sytuacja miałaby doprowadzić do niekontrolowanej eskalacji konfliktu. Rosjanie mieliby przekroczyć czerwoną linię, zaogniając kryzys bezpieczeństwa. Sytuacja z godziny na godzinę stawałaby się coraz gorętsza, uruchomione procesy wymknęłyby się z rąk decydentów politycznych NATO i Rosji. Nie byłoby możliwości odwrotu. A kolejne kraje przeprowadziłyby mobilizację, kierując dywizje na front, powstały na granicy tego czy innego kraju, sąsiadującego z Rosją. Kontynent pogrążyłby się długiej wojnie.
Wśród historyków panuje konsensus co do tego, że kraje europejskie prące do „krótkiej i zwycięskiej wojny” doprowadziły w ten sposób do długiej i kosztownej dla wszystkich, pierwszej wojny światowej. Taki potencjalny przebieg wydarzeń można by również nazwać przykładem „pułapki Tukidydesa”. To pojęcie z teorii wojny oznacza konflikt dwóch mocarstw, spowodowane przez strach jednego przed wzrostem potęgi rywala. Rosjanie zresztą w swojej dyplomacji powołują się na ten casus belli, uzasadniając swój atak na Ukrainę „strachem przed dalszym rozwojem NATO”. Z tą narracją jest pewien problem, ale wrócę do niego później.
Uspokajając jednak, taki rozwój wydarzeń jest wyjątkowo mało prawdopodobny. Unieprawdopodabnia go kilka czynników. Po obydwu wojnach światowych można mówić o swego rodzaju psychicznej szczepionce społeczeństw, wciąż pamiętających obydwie katastrofy sprzed wieku. Arsenał atomowy NATO i Rosji, a także zimnowojenna doktryna masowego wzajemnego zniszczenia (MAD), pozwalają utrzymać wydarzające się przecież kryzysy pomiędzy mocarstwami w bezpiecznych ramach. Tak jak jest choćby w relacjach między Indiami a Pakistanem, obydwoma państwami posiadającymi broń jądrowa. Dodatkowo pomiędzy krajami Paktu Północnoatlantyckiego a Rosją istnieją bezpośrednie kanały rozmów na najwyższym szczeblu. Wreszcie jedną z cech charakterystycznych dla rosyjskich decydentów jest lekceważenie słabych i poczucie respektu wobec silnych. W rzeczywistości bowiem twarda odpowiedź wobec działań Moskwy, to jedno z narzędzi chłodzących zaborcze aspiracje Moskwy.
Scenariusz drugi. Europa nowym Bliskim Wschodem, czyli trwała destabilizacja kontynentu.
Wyobrazić sobie taki hipotetyczny scenariusz pomógł mi mój znajomy. Wychodzimy z intuicji częściowo takich samych jak we wcześniejszym przypadku. Relacje między NATO a Rosją zaogniają się do krytycznego momentu. W Europie nie otwiera się drugi, kolejny po ukraińskim front, między innymi ze względu na czynniki opisane powyżej, ale również ze względu na brak woli i zasobów po obydwu stron. Pewien most został jednak spalony i nasza rzeczywistość zmienia się diametralnie. Kontynent upodabnia się do Bliskiego Wschodu, również będącego areną dosłownego zderzenia mocarstw.
Siły zbrojne Federacji Rosyjskiej i krajów Paktu Północnoatlantyckiego wystrzeliwują pociski rakietowe w kierunku zlokalizowanych na terenach swoich państw infrastruktur krytycznych przez krótsze lub dłuższe okienka czasowe. Co pewien czas dochodzi również do ataków na punkty decyzyjne, ten czy inny gmach parlamentu albo sztabu generalnego. Ofiarami wymian ognia między krajami są również cywile. Mówimy o trwających może kilka dni w ciągu roku, a może kilka tygodni, krwawych okresach w ciągu roku, kończonych przez trwające kilka miesięcy zawieszenia broni. Taki stan permanentnego stanu wyjątkowego musiałoby prowadzić również do odpływu kapitału i części mieszkańców z państw-ofiar ataków rakietowych.
Pewną niewiadomą jest decydujące zachowanie Stanów Zjednoczonych, od których to woli w dużym stopniu zależy zmaterializowanie się tego scenariusza. Spora rola przypada również Ukrainie, aktualnie przyjmującej większość uderzeń rosyjskiej machiny wojennej, a także amerykańsko-ukraińskich ataków w kierunku rosyjskich fabryk sprzętu wojskowego i przenoszących go zgrupowań armii rosyjskiej. Z drugiej strony krytyczny sojusznik FR, czyli Chiny mógłby stanowić czynnik przedłużający działania kinetyczne, tak jak dziś pomaga Rosji omijać sankcje i uzupełniać jej uzbrojenie.
Scenariusz trzeci. Ataki hybrydowe, szczyt psychozy strachu i nowe otwarcie.
Według zachodnich analityków funkcją prowokacji Federacji Rosyjskiej jest podsycanie emocji strachu wśród opinii publicznej krajów zachodnich, tak by w krytycznym momencie kolejnej próby zajęcia Kijowa, społeczeństwo wymusiło na decydentach politycznych Europy wstrzemięźliwość wobec rosyjskiej ofensywy, zatrzymując wsparcie militarne i polityczne dla Ukrainy walczącej z rosyjskim rewizjonizmem. Gdyby siłą faktów dokonanych Rosji udało się podporządkować Ukrainę, wykrystalizowany nowy układ międzynarodowy, byłby zdecydowanie niekorzystny dla Polski i krajów naszej części kontynentu. Moskwa prawdopodobnie w pewnym stopniu przestałaby być izolowana politycznie, a inicjatywy dyplomatyczne krajów europejskich skupiłyby się na normalizacji stosunków z Federacją Rosyjską.
W takim scenariuszu szczególnie narażona byłaby Polska, w rosyjskiej perspektywie od wieków uznawana za ważnego przeciwnika, a także kraje bałtyckie, traktowane jako jedne z prowincji Imperium Rosyjskiego. Nie trudno też wyobrazić sobie próby kolejnego ułożenia relacji z Rosją przez Stany Zjednoczone, które nie są w stanie lekceważyć aspiracji Chińskiej Republiki Ludowej, pomimo znaczących różnic ideologicznych, czy traktowania ich przez USA jako swojego największego przeciwnika. Dodatkowym kontekstem jest również wciąż żyjąca w umysłach amerykańskich strategia doktryna „odwrócenia” Rosji od Chin. Maksymalistyczne cele Federacji Rosyjskiej zostały wyrażone w ultimatum MSZ Rosji Ławrowa z grudnia 2021 roku, kiedy kraje zachodu próbowały drogą dyplomatyczną odciągnąć Moskwę od planów inwazji na Ukrainę. Do docelowej strefy swoich wpływów Rosja zaliczyła Czechy, Polskę, Węgry, Bułgarię, Estonię, Litwę, Łotwę, Rumunię, Słowację, Słowenię, Albanię, Chorwację, Czarnogórę i Macedonię Północną, żądając wycofania sił zbrojnych NATO z tych krajów.
Uzasadnianie przez rosyjskich decydentów inwazji na Ukrainę, stwierdzeniami o poczuciu „osaczenia” przez NATO, pomija wiele aspektów sprawy. Rozszerzenie NATO na kraje byłego Układu Warszawskiego, po rozpadzie Związku Sowieckiego to niezaprzeczalny fakt. To samo dotyczy jednak politycznych zabiegów krajów europejskich, próbujących włączyć Federację Rosyjską w swoje instytucje międzynarodowe. Dyplomaci krajów zachodnich wyrazili naprawdę wiele dobrych chęci, dążąc do unormowania relacji z Rosją, często wręcz zakrawając na szkodliwą dla samych siebie naiwność, tak jak to miało miejsce z lekceważeniem przez kraje Europy zajęcia Czeczeni przez Rosję, czy próby podporządkowania sobie Czeczeni. Doktryna swoistego „ucywilizowania” Moskwy poprzez współpracę polityczną i handel zagraniczny, co kilka lat znowu ponosiła spektakularną porażkę, spowodowaną brakiem wystarczającej ilości dobrej woli po stronie Rosji.
W latach usilnych, pełnych dobrej woli, aż szkodliwych przez swoją naiwność usiłowań normalizacji stosunków z Rosją, dokonywanych przez Polskę i kraje zachodnie, Moskwa w odpowiedzi na taką politykę, wywierała na nas znaczny nacisk polityczny, ćwicząc podczas manewrów Zapad 2009 i Zapad 2013 nuklearny atak na Warszawę. Gdyby ziścił się omawiany scenariusz nowego otwarcia, osiągniętego poprzez zbrojne podporządkowanie sobie Ukrainy, rosyjski nacisk na kraje naszej części kontynentu, byłby o wiele bardziej idący. Zwłaszcza jeśli chodzi o żądania polityczne, prawdopodobnie dotyczące ograniczenia samodzielności Polski i krajów sąsiednich, czy to w zakresie polityki zagranicznej, czy w aspekcie prób modernizowania kraju w ramach suwerennych decyzji państwa, dotyczących polityki wewnętrznej. Źle widziane, niejawnie lub otwarcie, byłyby projekty zwiększenia liczebności sił zbrojnych, bądź wysiłki w ramach kluczowych projektów infrastrukturalnych, takich jak Centralny Port Komunikacyjny lub polska elektrownia jądrowa.
Zamiast zakończenia.
Odpowiadając na pytanie zadane w tytule niniejszego tekstu, zajęcie Kijowa w lutym 2022 roku pogrzebałoby dotychczasowy ład międzynarodowy, którego jako kraj, w zakresie bezpieczeństwa i dobrobytu gospodarczego, byliśmy beneficjentem. Warto sobie o tym przypomnieć, kiedy dziś próbujemy przewidzieć niebezpieczeństwa wiszące nad naszym krajem. Zamiast bać się niezbyt prawdopodobnego wybuchu globalnej wojny, powinniśmy większą uwagę przyłożyć do szkodliwych dla nas perspektyw nowego otwarcia w relacjach z Rosją. Obojętnie od tego, czy ojcem nowych porozumień miałby być prezydent Donald Trump, czy kolejni niemieccy kanclerze.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)