Adam czuł się jak wtedy, gdy podjął decyzję o sprzeciwie wobec woli ojca - chirurga. Wtedy po wypowiedzianym stanowczo "nie" wobec ojcowskich planów zawieszenia jego kariery w przemyśle farmaceutycznym poczuł adrenalinę. W końcu odważył się wypowiedzieć swoje zdanie, choć wiedział, że z tą chwilą wiele rzeczy w jego życiu ulegnie kompletnemu przemeblowaniu. Spodziewał się doświadczyć złości, ale poczuł jedynie ojcowskie wyczekiwanie. Z jednej strony czuł się w pewien sposób wyróżniony, w końcu pierwszy raz w życiu podjął ważną, samodzielną decyzję. Z drugiej strony nie miał żadnej pewności czy ta decyzja jest dobra.
Drzewa nie układały się w żaden sensowny wzór. Rosły to tu, to tam, jakby mówiąc ludziom, że tędy drogi żadnej nie ma. Ciepły, ciemnozielony mech porastał całymi połaciami to niezwykłe miejsce, które niby przypatrując się idącej parze milczało. Słońce podnosiło się coraz wyżej ponad horyzont, bezchmurne niebo sprawiało, że w tym cichym lesie można by było zatrzymać się, pomyśleć, zastanowić.
- To już niedaleko - szepnęła Anna - po przejściu tego niewielkiego jaru trafimy na równoległą do naszej poprzedniej ścieżkę i pójdziemy nią na zachód. Po kilku godzinach powinniśmy dotrzeć do wapiennych wzgórz, za którymi ten przeklęty las się kończy.
- Skąd Ladon będzie wiedzieć, że ma na nas czekać w tym miejscu? - odparł Adam.
- Nie będzie - zaśmiała się Anna - Być może trafimy na niego przypadkiem, ale za wzgórzami znajduje się niewielka chatka w której często bywa. A jak nie on, to któryś z jego towarzyszy. Zaopatrzą nas na dalszą drogę, która będzie nieco niebezpieczna. Będziemy zdani tylko na siebie i na to, co otrzymamy od współtowarzyszy Ladona.
- Ludzie z Jerozolimy nie będą nam przeszkadzać? - zapytał Adam po chwili milczenia.
- Ludzie w Jerozolimie zachowują się jak małpki w zoo - odparła szybko Anna. Zero własnej inicjatywy. Zero myślenia. Idą posłusznie jak barany tam gdzie im każe ten brodacz z dworca, a potem skaczą pewnie wokół rządzących Jerozolimą.
- Nikt pewnie nawet nie zwróci uwagi że nas brakuje - dodał jakby z wahaniem Adam.
- Oczywiście. Oni mają swoje priorytety, my mamy swoje. Życie w takim mieście jakie proponował Ladon nie musi być takie złe, ba, może być całkiem w porządku.
- Ciekawe, czy sprowadzają tu coś z Ziemi z dawnych rozrywek - zaśmiał się Adam już całkowicie rozluźniony.
Dalsza droga upłynęła im na snuciu planów co do dalszego życia tutaj. Pewności w decyzji o pójściu do Seboim dodawał im fakt, że przecież gdyby im się nie spodobało, zawsze mogli wrócić, a nawet pójść do Jerozolimy. Przynajmniej Ladon tak twierdził. Nim się spostrzegli minęli wejście do jaru, który wchodził już w skład otoczenia sąsiedniego traktu wiodącego z obserwatorium do Jerozolimy. Z mapy wynikało, że przecina on tą ścieżkę pod kątem prostym. Ścieżka nie miała być tak szeroka jak ta, na którą wysłał ich Krzysztof, dlatego oboje postanowili wypatrywać jej by potem nie musieć nadkładać drogi. W pewnym momencie ściany jaru stały się dość strome, a na jego dnie przed uciekinierami ukazały się dziesiątki, może setki padłych ptaków.
***
Poszukiwania Anny i Adama zajęły wędrowcom całe przedpołudnie. Maja była na siebie zła, że nie podzieliła się z Anną wiadomością o czekającej na nią córce poprzedniego wieczora. Brak jakiejkolwiek wiadomości doskwierał najbardziej. Przecież gdyby to zniknięcie było zaplanowane, potrzebne, Adam lub Anna powinni byli zostawić jakąkolwiek wiadomość. Przedłużająca się nieobecność utwierdzała wszystkich w przekonaniu, że musiało wydarzyć się coś złego. Po osiągnięciu przez słońce zenitu postanowiono nie czekać dłużej. Piotr wysunął przypuszczenie, że prawdopodobnie dowiedzą się czegoś w Jerozolimie. Ociągając się jeszcze jednak zebrano skromne bagaże, zasypano ognisko piaskiem i wyruszono w dalszą drogę.
Maja spoglądała co chwila za siebie, ale widziała jedynie idącą jako ostatnia panią Gritty. Zbliżali się już powoli do ściany lasu, gdy wtem wszyscy usłyszeli wołanie żony pastora. Maja podbiegła do niej najprędzej.
- Zobaczcie, leżało to tutaj przy drodze! Co to może być? - mówiła pani Gritty żywo gestykulując przy tym.
Maja wyrwała z jej dłoni skrawek papieru i przyglądała mu się bacznie.
- To jest mapa - odpowiedziała ostrożnie Maja.
- Do piekła - dodał Tadeusz, który dotarł właśnie do dwóch kobiet. W oczach Mai pojawiły się łzy.
- Powinniśmy pójść za nimi! - zaczęła mówić dławiąc się łzami - Przecież na Annę czeka córka! Musimy iść za nimi, zawrócić, powstrzymać! - krzyczała patrząc po kolei to na Tadeusza, to na Piotra, to na żonę pastora.
- Nie, moja droga - odparła pani Gritty - powinniśmy być posłuszni woli naszych tutaj opiekunów. Nie wiemy, co kryje się za tymi drzewami, nie musimy wiedzieć. Powinniśmy wypełnić posłusznie wolę naszego Ojca, pomimo, że nie potrafimy się pogodzić z nią na tą chwilę.
- Ma pani rację - odparł Piotr - zakazano nam zbaczać z drogi.
Piotr objął ramieniem Maję, która nie potrafiła się uspokoić i po chwili rozpłakała się.
Rozdział VIII
Pod murami Jerozolimy trwały intensywne prace. Trzech młodych mężczyzn budowało z okolicznego drewna coś w rodzaju podestu. Wokół tej budowy rozlewał się intensywny zapach żywicy. Jeden z mężczyzn zawołał głośno w stronę bramy miasta. Po chwili wybiegła z niego dziewczynka. Mężczyzna złapał ją ze śmiechem, uniósł w powietrze, postawił na budowanej konstrukcji.
- Widzisz stąd drogę do lasu? - zapytał.
- Widzę! Tak! - zawołała.
- Świetnie, stamtąd przyjdzie twoja mama - odparł mężczyzna śmiejąc się serdecznie.


Komentarze
Pokaż komentarze