Adam powoli stawiał stopy uważając by nie zsunęły się one z obłych kamieni tworzących schody. Przez ostatnie kilkadziesiąt minut szedł ku wyłaniającemu się zza mgły miastu próbując przebić wzrokiem tą szarą poduszkę w której zatapiały się jego dolne części. Zamiast bramy, mostu lub czegokolwiek innego przypominającego porządne wejście dotarł do wąskiego otworu. Adam był kiedyś ze szkolną wycieczką w Wilczym Szańcu, wojennej kwaterze Hitlera. To wejście przypominało właśnie takie, jakimi wchodził w tamtym bunkrze. Niskie, wąskie, wilgotne. Ciągnące się przez wiele metrów.
Po przejściu przez gruby mur Adam znalazł się wewnątrz wieży. Nie mógł powiedzieć, że panuje tu mrok. Owszem, jego oczy rozróżniały poszczególne kształty, ale nieustannie miał takie wrażenie, jak gdyby nagle wszedł z zalanej słońcem ulicy do domu. W takiej sytuacji oczy muszą się przyzwyczaić do innego natężenia światła. Do tego czasu muszą podjąć pewien wysiłek, aby rozróżniać przedmioty. Tutaj jednak oczy Adama jakby nie chciały przestawić się na tą nową rzeczywistość i poruszanie się sprawiało mu pewien trud.
Trzymając się ściany powoli schodził koncentrując się na tym by po prostu nie spaść. Palce dłoni rozpoznawały znajomą betonową fakturę. W pewnym momencie zapadły się w znajdującą się w ścianie dziurę. Była to jakaś wnęka, w każdym razie przestrzeń ta była na tyle duża, że zmieściła się w niej postać. Patrzyła ona na Adama żując coś jednocześnie i mrucząc pod nosem.
- Dobrze idziesz, dobrze, dobrze. W dół i na końcu schodów w prawo...
- No, zobaczymy jeszcze - pomyślał Adam. Jeśli tu wszędzie jest niczym w lochu to trzeba się będzie jednak stąd ewakuować.
- Jest tu kto? - załołał głośno. Przystanął, nasłuchiwał. Nie było słychać żadnych ludzkich odgłosów, jedynie jakby tubalne, głuche dudnienie lub łoskot docierał do niego zza ścian. Był on jednak tak cichy, że trudno mu było stwierdzić, czy jego źródło znajduje się daleko, czy po prostu mury są bardzo grube.
Po kilku dalszych minutach schodzenia dotarł do poprzecznego korytarza. Także i on był pusty. Skierował się zgodnie ze wskazówką osobnika, którego spotkał na schodach. Przeszedł kilka kroków i poczuł, że wilgoć schodów powoli ustępuje chłodniejszemu i zdecydowanie bardziej suchemu powietrzu. W miarę jak posuwał się dalej warunki stawały się zdecydowanie bardziej znośne. Dudnienie cichło, a na końcu betonowego korytarza przebijało miłe dla oka ciepłe światło.
***
Kobieta w wielu około sześćdziesięciu lat siedziała w pierwszej ławce w kościele świętych Michała i Floriana na warszawskiej Pradze. Przychodziła tu codziennie koło południa, zazwyczaj ze swoją sąsiadką. Dzisiaj jednak była sama, właściwie nie bardzo chciało jej się dziś przychodzić do kościoła bo i słowa z nikim zamienić nie mogła. Przemogła się jednak i odmawiała różaniec.
Gdzieś koło czwartej dziesiątki ciszę kościoła przerwała głośna rozmowa, właściwie to monolog. Kobieta odwróciła się i zobaczyła mężczyznę z dwuletnim dzieckiem, które mówiło bez chwili przerwy. Mężczyzna próbował uspokoić dziecko, ale surowa bryła praskiej katedry i tak potęgowała wszystkie nawet półgłosem wymawiane słowa. Była sobota. Ubiór i ekwipunek, który niosło tych dwoje jednoznacznie sugerowały, że wracają z ZOO.
- Po co oni tu robią tyle hałasu - myślała zdenerwowana kobieta - zaprowadziłby chłop dziecko na plac zabaw i tam by hałasowali.
Tymczasem mężczyzna dotarł z dzieckiem, wózkiem, torbami i różowo - zielonym balonikiem do samego ołtarza, skręcił do bocznej nawy, przeszedł przed kobietą. Uklęknął przed tabernakulum i to samo nakazał zrobić dziecku. Kobieta słyszała jak modlił się półgłosem i wolno, a dziecko patrząc na niego powtarzało przekręcając czasem słowa modlitwy “Ojcze nasz”.
- A teraz pomodlimy się za prababcię Monikę i pradziadka Janka, którzy są już w niebie. Dobrze Karolku?
- Dobrze, ale potem już idziemy?
- Dobrze. No to uwaga. Wieczny odpoczynek...
- Wieczny odpoczynek...
- ...racz im dać...
- ...Panie.
- A światłość wiekuista...
- A światłość wiekuista...
- Niechaj im świeci.
- Niech im mocno zaświeci, jak słońce w ZOO.
- Amen.
- Amen, chodź tata idziemy dalej.
Kobiecie przeszedł zły humor.
***
Na czele 236 pułku jechał konno ks. Ignacy. Po przekroczeniu linii piekła zrównał się z nim młodziutki ułan. Z każdą chwilą coraz bardziej zatapiali się w mgłę. Żołnierze milczeli rozglądając się uważnie. Regularny stukot końskich kopyt przerwał ułan.
- Ciemno tu jak w grobie. Do wieczora jej nie wypatrzymy - rzucił pytająco spoglądając na księdza.
Ksiądz obrócił głowę do tyłu, w stronę gdzie powinno znajdować się teraz słońce. Zamiast gwiazdy na niebie znajdowała się tylko rozmazana jasna plama ledwie przebijająca przez mgłę.
- Byli u nas dziś twój wnuk i prawnuk - odpowiedział rzucając ułanowi zamiast odpowiedzi na jego wątpliwości.
- U nas, w sensie gdzie?
- Pamiętasz Janku? Jest taki kościół na Pradze, przed którym postawili mi pomnik...
- Pamiętam, katedra, całkiem niedawno to było.
- Właśnie. Twój dwuletni prawnuk też domagał się dla nas więcej słońca - zaśmiał się ks. Ignacy.
Po chwili radosny nastrój udzielił się także Janowi, ale Niebo wysłuchało niezgrabnej modlitwy Karolka i mgła zaczęła przed jerozolimskim wojskiem ustępować.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)