Carl Christian Schirm, "Chata na wrzosowisku"
Carl Christian Schirm, "Chata na wrzosowisku"
Jest takie miejsce Jest takie miejsce
341
BLOG

Opowieści Pani Gritty. Rozdział 3. Dom na wrzosowisku

Jest takie miejsce Jest takie miejsce Rozmaitości Obserwuj notkę 1

Kaja wyprzedziła Józefa i Tomka o kilkanaście kroków. Całą sobą chłonęła tą ożywczą woń, która wydobywała się zza niewielkiego pagórka za którym przed chwilą zniknął całkiem spory dom do którego zmierzali. Odwróciła się do Józefa przerywając skomplikowane wywody chłopaka.
- A dlaczego jeździsz łowić ryby z rowerem? Przecież do naszej plaży masz zaledwie kilka kroków!
- Co ja słyszę - odparł Józef - Macie tutaj już swoją plażę... - zaśmiał się szczerze.
- Taki sam rower podarował mi mój tata. Bardzo długo uczył mnie posługiwać się tym pojazdem w sposób - powiedzmy to delikatnie - właściwy. I wiecie co, dopiero tutaj człowiek zaczyna naprawdę doceniać takie rzeczy jak czas spędzony z tatą przy nauce jazdy. Dopiero stąd widać w całej pełni jak te małe ziarenka dobra w postaci gromkiego śmiechu ojcowskiej radości gdy coś dziecku się udaje lub słów wsparcia i pomocnej dłoni gdy nie idzie zbyt dobrze kiełkują przez całe życie. I tworzą człowieka mocnym.
Z twarzy Kai stopniowo ustępował uśmiech. Przypomniała sobie o własnym ojcu zaginionym w czasach wojny. Odwróciła się od chłopców i uważnym wzrokiem popatrzyła na okolicę jakby w niej szukając jakiegoś spokoju i ukojenia. Dróżka wiodła nieco pod górę wokół wzniesienia, które wcześniej zasłaniało dom Józefa. Teraz z nieco wyższej perspektywy zobaczyła, że między tym pagórkiem a rzeką znajdowało się pole na którym kwitły fioletowo - purpurowe kwiaty lawendy. Barwa kwiatów tych drobnych roślinek zlewała się z zielonymi łodyżkami tworząc szczelnie okrywający podnóże wzniesienia kwiecisty dywan. Słodka woń obejmowała ten uroczy zakątek malując w sercu Kai uczucia, pewną tęsknotę, pewne pragnienia których wcześniej nie znała. Lawendowe poletko zlewało się barwą ze znajdującym się tuż obok domu siedliskiem nieco wyższych roślin.
- To moje wrzosy - szepnął Józef do Kai. Bardzo lubimy je razem z moją mamą.
- Mieszkacie tutaj razem?
- Tak. Ziemia jest miejscem w którym dorastasz. Z biegiem lat dostrzegasz rzeczy ważne, które wcześniej wydawały się zupełnie nieistotne. Jeśli idziesz prostą drogą - już na Ziemi masz szansę zachwycić się tymi drobnostkami. Chwilami spędzonymi z rodzicami, ze swoją rodziną, ze swoimi dziećmi. Tak... - twarz Józefa wyrażała pewne wzruszenie - dzieci potrafią skierować człowieka na właściwą ścieżkę w życiu. Niosą w sobie tak wielką ilość dobra, że jedynie bardzo twarde serca nie są podatne na tą ożywczą moc.
- Twoje dzieci też są już tutaj?
- Nie, jeszcze nie. Jest jeszcze kilka spraw, z którymi muszą zmierzyć się na Ziemi. Ale pewnego dnia idąc na ryby spotkam każde z nich, tak jak i was dziś spotkałem. No, może niezupełnie tak samo, bo wy jeszcze wrócicie na Ziemię.
Józef zatrzymał rower. Oparł go o drewniany płotek przylegający z jednej strony do bocznej ściany domu. Rodzeństwo przyglądało się domostwu, tak bardzo podobnemu do ich rodzinnego domu niedaleko leżącej między jeziorem Chełmżyńskim a linią kolejową biegnącą przez Unisław Nawry. Czerwone cegły tworzyły nad ościeżnicami łagodny łuk. Białe ramy żywo kontrastowały ze ścianą nadając zwartej bryle budynku ażurową lekkość. Drewniane drzwi były otwarte na oścież, nad nimi znajdowała się mała lampka. Całość wieńczyła pokryta ceramiczną, równie czerwoną dachówką kalenica wraz z prostokątnym kominem. Na komienie swoje miejsce znalazły bociany, a ich klekot co kilka minut roznosił się wraz z ciepłym wiatrem nad okolicznymi pagórkami pokrytymi głównie wrzosami i lawendą.
- Zapraszam, moja mama już czeka z kolacją - Józef wyciągnął rękę wskazując na wejście. W środku panował miły chłód. Zarówno sień jak i główne pomieszczenie były czyste, ściany pomalowane jasnymi, pastelowymi kolorami. Biały sufit przedzielały drewniane belki stropu. Mebli znajdowało się tutaj raczej niewiele. Dominowała kremowa komoda zastawiona naczyniami, butelkami, zdobionymi słojami. Pod oknem stał duży stół, a na nim przygotowane do posiłku talerze. Na środku w ceramicznym lub może glinianym dzbanku niepodzielnie królowały polne kwiaty.
- Mamo! - zawołał Józef zaglądając do kuchni, ale kobiety tam nie było.

***

Pojedyncze kępki wrzosów tworzyły zwarte połacie wysepek poprzedzielane zielenią traw od wśród których wyróżniały się z kolei żółte kwiaty jaskrów polnych. Przez owe fioletowo - zielono - żółte pagórki szły dwie kobiety rozmawiając o czymś zawzięcie. Kilka kroków za nimi szedł również ubrany w czarny garnitur mężczyzna. Jego niezbyt długa, siwa broda, zegarek na łańcuszku schowany w prawej kieszeni marynarki i charakterystyczny jasny kołnierzyk koszuli dawały do zrozumienia, że ma się do czynienia z tak zwaną na Ziemi klasą inteligencką. Na szczycie jednego z pagórków kobiety przystanęły. Nieco wyższa z nich przyłożyła dłoń do czoła i obserwowała coś przez dłuższą chwilę.
- Pani Gritty, zdaje się, że mój syn przyprowadził już naszych gości do domu.
- W samą porę - uśmiechnęła się towarzysząca jej starsza pani - Chodź mężu, masz kolejne zadanie przed sobą. Kaja i Tomek są już na miejscu.

***

Od chwili gdy rodzeństwo udało się na drugi brzeg Wisły odkryć tajemnicę Zamku Dybowskiego upłynęło już sporo czasu. Kaja i Tomek z apetytem pochłaniali zatem kolejne smakołyki. Szczególnym powodzeniem cieszyły się podane na deser rogale, które smakowały bardzo podobnie do tych popularnych na całych Kujawach rogali barcińskich. Jedyną różnicą było to, że oprócz cukru - pudru i żółtka wyczuć w nich było można smak pokrojonych grubo migdałów.
- Moi drodzy - pan Gritty wstał powoli, gdy rodzeństwo już zaspokoiło głód. Tak jak na Ziemi, w rodzinnym Utah na południowym zachodzie Stanów Zjednoczonych, tak i tutaj gdy miał mówić o sprawach transcendentalnych, jego twarz zmieniała swój wyraz i do wymalowanego na niej dobra dołączała również powaga.
- Moi drodzy - powtórzył raz jeszcze gdy rozmowy pomiędzy pozostałą czwórką ucichły.
- Chciałbym przekazać wam kilka informacji od Władających Jerozolimą - pan Gritty chciał tak jak dawniej na kazaniach w swoim zborze postawić tutaj wymowną pauzę, ale jego jego żona wtrąciła:
- Mów, mów mężu. Wiem że Kaja i Tomek zachowają się tak jak należy.
- No dobrze. Tak więc słuchajcie. Znajdujemy się w kraju położonym na zachód od Jerozolimy, najważniejszego miasta w całych Zaświatach. Do tego miasta mogą wejść tylko ludzie, którzy już umarli na Ziemi. Wokół Jerozolimy znajdują się także inne miasta i krainy w których żyją sprawiedliwi, czyli ci, którzy wybrali żyć według praw nadanych światu przy jego stworzeniu. Najbliższe nam miasto to Iraj. Tak też nazywa się cała kraina wokół niego. Żyją tutaj przede wszystkim Słowianie, ale nie tylko, czego i my jesteśmy dowodem.
Pani Gritty poprawiła się na krześle nakładając równocześnie mężowi na talerzyk konfiturę różaną. Efekt był natychmiastowy, gdyż pan Gritty zerkając co chwila na ów talerzyk zaczął skracać swoje przemówienie.
- Iraj niestety nie ma swojego władcy. Jak wiecie nie każdy człowiek przechodzi ostateczną próbę, ów sąd o którym tyle rozprawiają adepci teologii na Ziemi. Są tacy, którzy wybierają śmierć, piekło. Są i tacy o których wciąż trwa bitwa między wojskami niebieskimi a wojskami śmierci. O człowieka, którego Władający Jerozolimą zamierzali postawić jako króla nad nami wciąż trwa walka sił dobra ze złem.
- Co to ma wspólnego z nami? - Tomek przerwał wywód pastora.
- Podczas wojny zaginął wasz tata, prawda? - pytaniem odpowiedziała zamiast pastora pani Gritty.
- Tak - smutno odrzekł chłopak.
- Wasz ojciec został zabrany z dziećmi, które ukrywał przed niemcami i zginął razem z tymi maluchami - pan Gritty powoli wymawiał każde słowo upewniając się, że rodzeństwo dobrze go rozumie. Kaja utkwiła wzrok w tym obcym mężczyźnie, a po jej policzkach zaczęły spływać łzy.
- Wasz tata był na Ziemi bardzo dobrym człowiekiem, był prawdziwym ojcem. Gdy siły ciemności odnajdują takiego człowieka starają się mu zadać jak największy cios, podkopać jego wiarę, przerwać to przymierze między nim a Bogiem. W przypadku waszego taty pozwoliły mu przez najcięższe lata wojny ukrywać zagrożone śmiercią dzieci, pozwoliły mu traktować je niczym swoje własne, zżyć się, pokochać, a gdy koniec wojny był już tak blisko zadały ów okrutny cios. Musiał patrzeć jak jego dzieci giną. Do serca waszego taty wkradło się zwątpienie, dlatego dziś musimy o niego walczyć. To on będąc wspaniałym tatą miał swoim ojcostwiem objąć nas wszystkich. To on miał być naszym władcą, królem całego Iraju...
Kaja wciąż płakała, ale na twarzy Tomka pojawił się gniew.
- Musimy o niego walczyć - prawie wykrzyknął patrząc na pastora, który gestem dłoni uspokajał chłopaka.
- Po to tu zostaliście w ten szczególny sposób wezwani - odpowiedział łagodnie, a pani Gritty objęła ramionami Kaję i Tomka.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Rozmaitości