Lekka wodna zawiesina sprawiała, że powietrze w porcie było niezwykle rześkie. Słoneczne promienie na równi z falami bijącymi o nabrzeże rozpryskiwały się na tej mgiełce we wszystkie strony. Pani Sztolcman przemierzała keję to w jedną to w drugą stronę obserwując zbliżający się trójmasztowiec. Nieopodal umocnień brzeg w sposób naturalny schodził aż do wody. Porastające go jaskrawozielone trawy kontrastowały z żółtymi kaczeńcami. W miejscu gdzie do rzeki uchodził niewielki strumień trawa była lekko wydeptana. Tafla wody w strumieniu w sposób szczególny odbijała blask słoneczny mieniąc się głównie szafirem i błękitem. Zdawało się, że w miejscu tym znajdowało się jakieś zagęszczenie mgły, jakieś dwa skupiska kropelek w powietrzu. Wirując wprawiały powietrze w lekkie drgania. Pani Sztolcman na moment lekko pochyliła głowę w tamtą stronę. Uśmiechnęła się, a jej wzrok pobiegł w stronę, gdzie swoje źródło miał ów strumień. W stronę Jerozolimy.
***
Szalona zwrotność trójmasztowca pozwoliła szybko dobić mu do brzegu. Dopiero teraz można było ocenić potęgę okrętu. Tomek ze zdumieniem obserwował jak spod pokładu wychodzą dziesiątki, nie, setki mężczyzn. Odziani w habity pijarów lub marianów robili wrażenie raczej stanu rycerskiego niż duchownego.
- Jest! Jest! Tam stoi mama! - zawołał Szymon zbiegając z górnego pokładu pokrytego spaderkiem. Chłopiec po chwili przebiegł przez drewniany trap i skierował się na prawo. Tam po chwili na skraju nabrzeża wpadł w jej ramiona wtulając się całym sobą. Pani Sztolcman trzymała go tak długo, aż dołączył do nich mąż.
Ponad dwadzieścia ciężkich dział lekko kołysało się wraz z rzeką. Pan Sztolcman bardzo uważnie się im przyglądał.
- Są niezwykle potężne. Potrafiłyby chyba obrócić w proch i pył najtrwalsze nawet mury miejskie.
Rzeczywiście, ich moc była dostrzegalna nawet teraz, gdy milczały.
- Ale ich siła jest niczym w porównaniu do mocy modlitwy - dodał mrugając znacząco do żony.
Do rodziny podszedł wolnym krokiem ojciec Stanisław. Przywitał się z panią Sztolcman, po czym zwrócił się do Szymona.
-Mam tu list do ciebie.
Zakonnik przekazał chłopcu kopertę zamkniętą starannie jasnoczerwoną pieczęcią. Szymon sięgnął po nią niecierpliwie. Po chwili czytał zapisaną drobnym maczkiem kartkę.
- Dlaczego nie podaliście tego listu panu Gritty, aby przyniósł mi go na tamten brzeg? - zapytał stanowczo.
- Najpierw musiałeś uporządkować swoje relacje w tym świecie z Władającymi Jerozolimą. Dopiero teraz, kiedy podjąłeś decyzję o stanięciu po stronie życia i światła jest właściwym byś poznał jego treść.
- Od kogo jest ten list? - zapytała mama Szymona.
- Od anioła pana Krzysztofa - odparł chłopak przekazując rozłożoną kartkę matce. Ta z kolei odgarnęła włosy, które nieustannie spadały jej na czoło i zaczęła czytać.
Ad Maiorem Dei Gloriam!
Drogi Szymonie!
Gdy otrzymasz ten list będziesz zapewne już w kraju, gdzie w ramach sprawiedliwości Władających Jerozolimą żyją mieszkańcy Iraju. Moje imię to Tobiasz. Jestem aniołem stróżem Twojego przybranego Ojca - Krzysztofa. Krzysztof wciąż nie wybrał Jerozolimy i za przyczyną tragicznych wydarzeń na Ziemi nadal błąka się po drugiej stronie rzeki, gdzieś na obrzeżach piekieł, ukrywając się przed wojskami anielskimi.
Pan nasz polecił nam odszukać Krzysztofa i ustanowić go Królem Iraju. Musisz wiedzieć, że cała potęga Niebios, ta moc, której nie oprze się żaden upadły anioł zgodnie z wolą i prawami Jerozolimy musi ustąpić przed wolną wolą człowieka. Niestety, moce piekielne używając trwających po dzień dzisiejszych wątpliwości Krzysztofa co do Bożego Miłosierdzia ukrywają go w niewiadomym dla nas miejscu. Zgodnie zatem z wolą wyrażoną po ostatniej wyprawie przez Władających - wzywam Cię do stolicy Iraju, abyś pomógł nam odzyskać prawowitego władcę tego miasta.
Na poparcie moich słów przypominam Ci słowa, których kiedyś użył Pan nasz wobec praojca Twojego - Mojżesza: “Oto ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i słuchaj jego głosu. Nie sprzeciwiaj mu się w niczym, gdyż nie przebaczy waszych przewinień, bo imię moje jest w nim. Jeśli będziesz wiernie słuchał jego głosu i wykonywał to wszystko, co ci polecam, będę nieprzyjacielem twoich nieprzyjaciół i będę odnosił się wrogo do odnoszących się wrogo do ciebie. Mój anioł poprzedzi cię”.
Odzyskajmy Krzysztofa!
Tobiasz
- Masz ważne zadanie - stwierdził ojciec Szymona - ale nie tylko ty.
Od strony okrętu do rozmawiających zbliżał się Tomek. Co kilka sekund jakby uważnie wypatrywał czegoś lub kogoś na widnokręgu, który z tego miejsca ograniczał się do linii najbliższych wzgórz. W miasteczku jednak nic szczególnego się nie działo, jedynie z najbliższego pagórka drogą wiodącą do portu szły lekkim krokiem dwie osoby. Tomek zatrzymał się obok Szymona.
- Żegnaj zatem. Spotkamy się za pewien czas - powiedział podając chłopakowi rękę na pożegnanie.
- Wiem, to znaczy domyślam się. Jeszcze raz będziemy musieli razem przedostać się na tamten brzeg.
- Masz rację. Ale wszystko w zgodzie z wolą Jerozolimy - uśmiechnął się Tomek.
- Wyruszamy teraz wszyscy pociągiem do stolicy - wtrącił się ojciec Szymona.
- Spotkajmy się zatem w tym mieście.
Tomek przerwał rozmowę stając nagle na placach u stóp i przykładając dłoń do czoła.
- Zobaczcie! Tam idzie moja siostra! - krzyknął wskazując na dwie postaci raźnie maszerujące główną drogą Reefcool. - My, to znaczy właściwie ja, powinienem najpierw odwiedzić braci cystersów z Varnhem, przynajmniej pan Gritty tak twierdzi.
- Zatem... -wyraz twarzy pana Sztolcmana stał się bardzo poważny - zatem szykuje się wojna.
***
Dom państwa Gritty okazał się bardzo wygodnym. Kolorowe hamaki zawieszone na ganku wydawały się zapraszać do skorzystania z chwili odpoczynku. Po długim dniu wieczór w Reefcool zapowiadał się wyśmienicie. Obecna za dnia delikatna mgiełka unosząca się znad rzeki w kierunku miasta ustąpiła. Chłodniejsze powietrze nie doskwierało jednak. Woda w rzece uspokoiła się. Zmrok zapadał ogarniając rozłożone u stóp wzgórza miasteczko. Na niebie ukazywały się pierwsze gwiazdy. Zachodnią część nieba rozświetlała jeszcze słoneczna poświata. Jednocześnie także przestrzeń nad wschodnim widnokręgiem powoli czerwieniła się. To leżąca niedaleko od Zaświatów mgławica otaczała swym urokiem mieszkańców Iraju.
Hamaki skrzypiały lekko współgrając ze śpiewającą swój koncert gdzieś nieopodal cykadą. Marta, Kaja i Tomek poddali się tej atmosferze.
- Zobaczcie, to mgławica w Orionie - Marta wyciągnęła dłoń ku widocznej coraz wyraźniej na wschodnim niebie czerwono - różowej plamie. Jasne gwiazdy w jej centrum jakby mrugnęły w odpowiedzi, ale dziewczyna pełniąca tu rolę gospodyni mówiła dalej.
- Pani Gritty opowiadała, że gdy umarła na Ziemi i dostała się tutaj musiała przejść od Obserwatorium Astronomicznego, gdzie urzęduje brat Krzysztof Clavius do Jerozolimy.
- Kto to jest ten brat Krzysztof? - przerwał jej Tomek.
- Gdy umrzesz i wrócisz do naszej krainy już w normalny sposób...
- Śmiesznie to brzmi, no ale mów dalej - przerwała z kolei Kaja.
- … no w każdym razie po śmierci wszyscy tutaj trafiają do brata Krzysztofa, który urzęduje w Obserwatorium. Stamtąd muszą dopiero przejść do nas. Chodzi mi o to, że nie wszyscy wybierają tutaj drogę do Jerozolimy. Są tacy, którzy wolą iść do piekła.
- Sami wolą? - Kaja tym razem przerwała wykrzywiając twarz z niesmakiem.
- No, sami. Pani Gritty opowiadała o takim Adamie, który idąc razem z nią opuścił ich grupę i poszedł do piekła ufając bardziej diabłu niż Władającym Jerozolimą. Podobno już na Ziemi nauczył się, że o wszystko musi walczyć sam. I nikomu nie może zaufać. A w tym świecie jest inaczej. Zobaczcie na to miasto na przykład. Za dnia nie pali je słońce. W nocy ogrzewa nas ta cudowna konstelacja na niebie. To Pan Bóg nas tuli do siebie...
Zapadła cisza. Wszyscy zdawali sobie sprawę z obecności Nieba, które tutaj było zawsze na wyciągnięcie ręki. Tomek zsunął się na ganek, po czym na chwilę zniknął za drzwiami wejściowymi do domu państwa Gritty. Wrcacając zastał tą specyficzną, wypełnioną ciepłem, światłem, jakimś odpowiednim do jego wrażliwości drganiem powietrza ciszę. Zaczął czytać na glos książkę, którą znalazł na biurku pana Gritty: “Gdy Pan obmyje brud Córy Syjońskiej i krew rozlaną oczyści wewnątrz Jeruzalem tchnieniem sądu i tchnieniem pożogi, wtedy Pan przyjdzie spocząć na całej przestrzeni góry Syjonu i na tych, którzy się tam zgromadzą, we dnie jak obłok z dymu, w nocy jako olśniewający płomień ognia. Albowiem nad wszystkim Chwała Pańska będzie osłoną i namiotem, by za dnia dać cień przed skwarem, ucieczkę zaś i schronienie przed nawałnicą i ulewą.”
***
Opactwo Varnhem znajdowało się na samym szczycie góry położonej wprost nad jeziorem Melar. Monumentalna, wysoka na prawie kilometr pionowa ściana rozdzierała spokojny płaskowyż wynosząc opactwo ponad wszystko inne w okolicy. Klasztor składał się ze zbudowanego w stylu romańskim kościoła. Trzy nawy, prezbiterium, mnóstwo przybudowanych do niego kaplic i przede wszystkim grube mury tworzyły zasadniczą bryłę widoczną z wysokości jeziora. Wokół świątyni rozkładały się zabudowania gospodarcze i mieszkalne, a wszystko to dodatkowo osłonięte było od strony przeciwnej do jeziora murem obronnym. Za bramą wykutą w tym murze góra opadała w miarę łagodnie zółcią i ciemną zielenią wczesnej jesieni. Zarośla i trawy opanowały tą stronę wzniesienia. Przedzielała je jedynie wąska dróżka wiodąca do opactwa.
Przed bramą stał potężny mężczyzna. Ostre rysy twarzy i wysokie czoło sugerowały charakter dość wyrazisty i stanowczy. Był nim Eryk Jedvardon, dawny król Szwecji i święty Kościoła. Mężczyzna oczekiwał na przybyszów, którzy powoli wspinali się w kierunku opactwa.


Komentarze
Pokaż komentarze