5 obserwujących
21 notek
13k odsłon
  168   0

Jan III Bałtycki...

Lew Lechistanu… brzmiał jeden z przydomków Jana III Sobieskiego nadanych mu w tym wypadku przez pełnych podziwu Turków i Tatarów. I jako ich nieustępliwy pogromca przeszedł do historii ten władca. Niewiele brakowało, jednak by przydomek ten brzmiał np. Lew Pomorza. Niestety snute przez Sobieskiego plany ekspansji nad Bałtykiem, wspierane przez panującego wówczas we Francji Ludwika XIV i sprzymierzonego z nim króla Szwecji Karola XI rozwiały się jak pajęczyna na wietrze.

Smutną prawdą jest, że I Rzeczpospolita poza nielicznymi wyjątkami w swojej historii pozostawała odwrócona do morza plecami. Jest to o tyle ciekawe, że był okres, gdy wybrzeża podległe władcom Koronny i Litwy liczyły nawet 1500 km. Dodatkowo dla państwa, jakim była ówczesna Polska skazanego na eksport swoich towarów głównie rolniczych drogą morską, wydawało się, że posiadanie silnej morskiej pozycji jest nakazem racji stanu, a nie przejawem sentymentów i porywów serca. Niestety postulaty wzmocnienia wodnej potęgi państwa nie znajdowały posłuchu u braci szlacheckiej. Zdarzały się jednak chlubne wyjątki, a jednym z nich był Jan Sobieski.

Jest rzeczą znaną, że synowie magnaccy po okresie edukacji w kraju byli wysyłani na zagraniczne wojaże przez swych rodziców, by poznać otaczający ich świat i jego realia. Nie inaczej było z Janem i jego bratem Markiem, którzy po zakończeniu nauki w Krakowie zostali wysłani przez Jakuba Sobieskiego w taką podróż. W jej takcie przyszły król Polski miał okazję zapoznać się z tematyką morską. Choć nie pozostawił z tej wyprawy zapisków, to jednak na podstawie pamiętników jednego z opiekunów dworzanina ich ojca Sebastiana Gawerckiego można przypuszczać, że było to zapoznanie dość dokładne. Musiało takowe być skoro obejmowało nawet wizytę u jednego z największych herosów epoki flot żaglowych admirała Maartena Trompa. Z europejskiej eskapady Jan Sobieski wyniósł niewątpliwie przekonanie o konieczności wzmocnienia pozycji Polski nad Bałtykiem.

Przekonanie to wzrosło zwłaszcza odkąd Sobieski, do tej pory jeden z kresowych magnatów, zyskał godność starosty gniewskiego w 1667 roku. Od tej pory mógł niemalże naocznie zaobserwować skutki lekceważenia przez szlachtę kwestii morskich. Zetknął się wówczas z samowolą bankierów i dzierżącego główną pieczę nad handlem morskim Rzeczpospolitej Gdańska. I postanowił to zmienić. Zarys tej zmiany był ukazany choćby w wotum, które pozostawił na piśmie, opuszczając sejm 1672 roku. Stwierdził w nim, że Polska nie jest skazana na wojny z Turcją i Tatarami, a większą dla niej korzyścią byłoby zawarcie z nimi sojuszu skierowanego przeciwko Moskwie i uwolniwszy się w ten sposób na południu budowa silnej pozycji na północy. Wówczas pisał to jako hetman wielki koronny. Kiedy w 1674 roku został wybrany na króla Rzeczpospolitej, otworzyły się przed nim nowe możliwości pod względem realizacji strategicznego zwrotu w polityce Polski.

Zamiary te zbiegły się w czasie z planami Ludwika XIV utworzenia wielkiej linii strategicznej, czyli sojuszu Szwecji, Polski i Turcji. Związek ten miał być skierowany przeciwko cesarzowi, a Polsce jako państwu położonemu w nim centralnie, z dużym potencjałem, miała przypaść szczególnie ważna rola. Choć, co warto podkreślić, Francuzi przynajmniej na początku nie zakładali, że Polacy wezmą aktywny udział w toczącej się wówczas wojnie z cesarstwem. Wraz z tą koncepcją ze strony monarchii Króla – Słońce konkretne kroki. Pierwszym z nich co oczywiste było dążenie do ułożenia stosunków pomiędzy wyżej wymienionymi państwami na gruncie pokojowym. Następnym była chęć osadzenia na tronie polskim kandydata francuskiego np. księcia Kondeusza, a kiedy to się nie udało przynajmniej kandydata profrancuskiego, a takim był wówczas hetman Sobieski. Natomiast bardzo konkretnym posunięciem było utworzenie przez francuskiego ministra marynarki Colberta w 1669 roku Kampanii Północnej, czyli gildii handlowej mającej w zamyśle pomysłodawcy opanować handel bałtycki.

Koncepcja wielkiej linii strategicznej, choć nie nowa zyskała wówczas dla państwa francuskiego szczególne znaczenie. Trzeba bowiem pamiętać o toczącej się wówczas w Europie wojnie holenderskiej (1672 – 1679), w której z jednej strony występowała Francja wspomagana przez Szwecję a z drugiej Holandia Hiszpania Brandenburgia i Austria. Król – Słońce potrzebował sojuszników. Nic więc dziwnego, że pisał on do swego ambasadora w Warszawie markiza de Bethune: „Najważniejszym zadaniem jest nakłonić króla do uderzenia na Prusy Książęce, skoro tylko ułoży się on z Turcją. […] Upoważniam pana, byś oświadczył temu władcy, że w razie, gdyby po zawarciu pokoju z Turcją chciał on zaatakować Prusy, dostarczyłbym mu subsidium w wysokości 200 tys. talarów (600 tys. złotych) rocznie tak długo, ile mogłaby trwać ta wojna”. Myśl ta nie była nowa. Już bowiem po elekcji Sobieskiego podsunął ją władcy Francji jeden z jego przedstawicieli nad Wisłą biskup Forbin Janson. Z kolei także tuż po wyborze nowego władcy do Polski przybył poseł króla Szwecji Karola XI Liliehook z ofertą ścisłej i wiecznej przyjaźni. Nowy król Polski miał do wyboru albo uderzyć na austriacki wówczas Śląsk, albo na elektorskie Prusy Książęce. Wybrał to drugie.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale