W Gdyni, na jednym z osiedli, rekrutację pracowników do nowo powstającego TESCO prowadzi... proboszcz. Ma to być uduchowiony wymiar kapitalizmu, gdyż chętni do pracy dostaną błogosławieństwo i poważanie w okolicznej parafii - miejsce w pierwszej ławie na co niedzielnej mszy gwarantowane.
Ale coś za coś. Posługa duszpasterska niestety kosztuje. Każde 3-miesięczne pośrednictwo w naborze pracowników będzie kosztowało zarząd TESCO kilka tysięcy złotych. Plus napiwki w postaci "ofiary na tacę".
Akcja nagłośniona dość dobrze, gdyż chętnych do wyprówania sobie żył za 850 zł nie brakuje. Zwałszcza, iż stając się pełno- ( lub niepełno-) etatowym zatrudnionym, na starcie otrzymuje się odpust rodem z ociemniałego (pod względem religijnym) średniowiecza!. Wszystkich pracujących w TESCO nie będzie "obejmował" grzech za pracę zarobkową w dzień święty. Taki rodzaj dyspensy na poziomie kościelnej kieszeni...
Ksiądz twierdzi, że kieruje się dobrem wiernych, którzy nie będą winni za pracę w niedzielę. Całe zło zrzuca na pracodawców, a na boku liczy już zyski. I jeszcze oficjalnie twierdzi, że kościelny wymiar rekrutacji pozwoli zobaczyć w pracowniku człowieka. Co nie zmienia faktu, że wszelkie formy wyzysku w hipermarkecie zapewne wymownie przemilczy. Z ambony. Dla dobra parafian.
Więc drodzy niepracujący katolicy!
Zatrudniajcie sie w gdyńskim TESCO!
A kiedy staniecie już przed bramą niebieską, grzechy zostaną Wam odpuszczone!
Bo certyfikat ze sklepu i rekomendacja samego proboszcza to nie byle co...
Alleluja i do przodu.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)