11 obserwujących
135 notek
61k odsłon
  430   0

Popławski: Oburzeni w lustrze

Zdjęcia z okupowanych ulic Nowego Jorku i Madrytu skłaniają do wielu przemyśleń na temat nadchodzącej przyszłości. Z pewnością jesteśmy świadkami wielkich zmian, szczególnie w naszym sposobie myślenia o możliwościach społeczeństwa. Wystąpienia które miały miejsce w ponad 80 krajach na całym świecie są najlepszym dowodem na kryzys neoliberalnego sposobu jego pojmowania. Wbrew temu co mówiła nam kilkadziesiąt lat temu Margaret Thatcher, istnieje coś więcej niż "pojedynczy mężczyźni, kobiety i rodziny". Jedność i solidarność są dziś znacznie bardziej w cenie niż kiedykolwiek. Na ile są one w stanie rozwiązać nasze problemy?

Ponad wszelką wątpliwość przeżywamy kryzys demokracji reprezentacyjnej. Partie polityczne, pomimo ściśle nakreślonych w programach wyborczych światopoglądów, przestały reprezentować swoich wyborców. Co więcej, wielokrotnie dawały nam dowód swojej alienacji. Stosunkowo świeże są jeszcze wspomnienia zakupów prezesa Kaczyńskiego. Do dziś wiele osób wspomina je jako spacer kosmity po obcej planecie. Trudno teraz wyliczać ile razy w debacie publicznej słyszeliśmy termin "zabetonowanie sceny politycznej". Oddolne inicjatywy, które próbowały przebić się przez tą ścianę ginęły równie szybko, jak powstawały. O rosnącej rezygnacji społeczeństwa, co cztery lata, przypomina nam frekwencja w wyborach do Sejmu. W tym momencie nikogo nie powinny dziwić tłumy z żądaniem realnej demokracji na ustach.

W atmosferze obecnego kryzysu finansowego i bliskowschodnich manifestacji, powstał szereg ruchów domagających się zmian. Wszyscy pamiętamy jak na fali protestów w Egipcie i Tunezji, na ulice Madrytu wyszli młodzi Hiszpanie. To był początek czysto antykapitalistycznych wystąpień, których zwieńczeniem jest obecna okupacja Wall Street . Nikt chyba nie spodziewał się jaką fantastyczną lekcję demokracji i społecznej odpowiedzialności potrafimy zafundować sobie sami. Wszystkie protestujące grupy u swoich fundamentów położyły bezpośrednia formę władzy - powszechne głosowanie. Decyzje są podejmowane wspólnie. Nie posiadają reprezentantów, a wszelkie próby stania się nimi, kończą się ostracyzmem. Wielu komentatorów uważało takie postępowanie za największą słabość tych ruchów. Z tego powodu miały one być niestabilne i po dłuższym czasie rozpaść się. Ku zaskoczeniu wielu, Hiszpanie konsekwentnie okupują Puerta del Sol od początku wiosny. Z kolei Amerykanie udowodnili skuteczność demokracji bezpośredniej, unikając "akcji oczyszczającej" burmistrza Bloomberga.

Mimo wszystko, czy w krytycznych opiniach nie ma odrobiny prawdy? Czy oprócz wyłuszczania kolejnych przejawów nierówności i zachłanności najbogatszych, jesteśmy w stanie zaproponować spójną wizje innego świata? Przez pierwszy okres wystąpień do perfekcji opanowaliśmy posługiwanie się liczbami. "Jesteśmy 99%", "Najbogatsze 10% posiada 85% majątku" czy "60% aktywów kontroluje najzamożniejszy 1%". Obecnie kolejne ruchy publikują listy postulatów, które mają albo ogólnikowy charakter, albo dotyczą wąskiej, ekonomicznej, przestrzeni naszych problemów. Co więcej, konsekwentnie jesteśmy ignorowani przez polityków. Trudno znaleźć środki nacisku które byłyby skuteczne w tej globalnej walce. Ogólnoświatowy strajk powszechny? Taki scenariusz może wymknąć się wszelkiej racjonalnej kontroli. Wszyscy zdajemy się rozumieć genezę obecnej sytuacji, po części jesteśmy w stanie zaproponować rozwiązania, ale z pewnością nikt nie wie jak je realnie wcielić w życie.

Oczywiście, nikt nie powinien oczekiwać tego typu odpowiedzi od "oburzonych" tłumów. W naturalny sposób, rozwiązanie na tę przepaść między społeczeństwem a władzą, powinna znaleźć lewica. Szczególnie oczekiwania mam od środowisk naukowych, które powinny mocniej zaangażować się w bieżące wydarzenia i wykorzystać swoje kompetencje do szukania kompleksowych rozwiązań. Obecna atmosfera sprzyja również dyskusji na temat tożsamości lewicy - szczególnie socjaldemokratycznej. Od wielu lat nie jesteśmy w stanie dotrzeć do odbiorców naszych idei, a oni właśnie stoją na ulicach.

Ludzie siedzący na bruku Manhattanu nie tylko pokazują jak bardzo wszyscy potrzebujemy zmian w naszej rzeczywistości, ale również na ile jesteśmy bezradni w tej sytuacji. Mamy przed sobą problemy natury globalnej. Środowisko któremu się przeciwstawiamy jest od nas zdystansowane i ma co najmniej "rozmytą" naturę. Nie zmienia to faktu, że sporo osiągnęliśmy. Nikt rok temu nie przypuszczał, że aż tylu ludzi będzie chciało krytykować obecny system. Tworzy się nowy dyskurs, wobec którego nie można się już nie ustosunkować. Przy okazji miejmy dużo pokory. Być może prawdziwe owoce tej rewolucji pojawią się, gdy pokolenie, które obecnie okupuje ulice wymieni sprawujących teraz władze.

Swoją drogą, nic lepiej nie symbolizuje bariery miedzy władzą a społeczeństwem, jak lustra weneckie w oknach nowojorskich biurowców. Być może jeszcze pan poseł Waszczykowski, który uparcie twierdzi w telewizyjnej debacie poświęconej "15 października", że ostatnią szanse na zmiany przegapiliśmy nie głosując na Prawo i Sprawiedliwość.

Jakub Popławski

(Młodzi Socjaliści)

Lubię to! Skomentuj7 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale