modus in actu modus in actu
109
BLOG

Opowieści z szatni i boiska cz.2

modus in actu modus in actu Kultura Obserwuj notkę 0
O tym, jak wybudowali nowy stadion

image

O tym, jak wybudowali nowy stadion, a razem z nim przyszła nostalgia za błotem i skończyła się pewna epoka

Nowy stadion pojawił się nagle.

 Jak wszystko, co miało być lepsze.

Sztuczna murawa była zielona w sposób nienaturalny, jakby ktoś ją wymyślił, a nie wydeptał.

 Nie było kałuż.

 Nie było piachu.

 Nie było miejsc, gdzie piłka znikała bez śladu, a razem z nią sens akcji.

— Tu się nie da grać źle — powiedział Barony z nieufnością.

 — To dopiero problem — odpowiedział Albin.

Pierwszy mecz na nowym boisku był cichy.

 Piłka chodziła równo, odbijała się przewidywalnie, jakby znała regulamin.

Szachnit zagrał dokładne podanie.

 I sam się zdziwił.

— Kiedyś by stanęła — mruknął.

 — Albo skręciła — dodał Heniek.

 — Albo zdradziła — podsumował Dziubek.

Na starym boisku wszystko było wspólne:

 błąd, pot, błoto, przypadek.

Tam nikt nie pytał:

 — Dlaczego nie wyszło?

Bo odpowiedź zawsze była ta sama:

 — Bo było mokro.

I to była odpowiedź, która nikogo nie obrażała.

Na sztucznej murawie nie było wymówek.

 Piłka nie zatrzymywała się w kałuży, nie skręcała w piasku, nie grzęzła w ziemi.

— Teraz widać, kto umie — powiedział młody z okręgówki, Wesa.

 — Zawsze było widać — odpowiedział Albin. — Tylko błoto było łaskawe.

Dziubek stał przy linii i patrzył na starą bramkę, którą ktoś zostawił opartą o płot.

 Zardzewiałą.

 Krzywą.

 Prawdziwą.

— Tu się uczyliśmy cierpliwości — powiedział.

 — I fauli bez gwizdka — dodał Król.

Pierwszy raz nikt nie przyszedł wcześniej.

 Nie było sensu.

 Boisko było gotowe samo.

Nie trzeba było:

odgarniać śniegu,

wybierać wody z kałuż,

szukać linii.

— To już nie jest przygotowanie do meczu — powiedział Barony.

 — To logowanie — odparł Szachnit.

Po meczu nikt nie był brudny.

 I to było najbardziej niepokojące.

Spodenki czyste.

 Getry tylko spocone.

 Kolana całe.

— Jak mamy wiedzieć, że graliśmy? — zapytał Heniek.

Albin spojrzał na nich długo.

— Epoki kończą się wtedy, kiedy przestajemy się ubrudzić — powiedział.

Wieczorem ktoś znalazł stare korki.

 Zasypane piaskiem.

 Z błotem wkręconym w gwinty.

Postawili je obok nowej murawy.

Jak pomnik.

Grali dalej.

 Zawsze będą grać.

Ale od tamtej pory, kiedy piłka toczyła się zbyt gładko,

 ktoś zawsze mówił cicho:

— Pamiętasz, jak stała w kałuży?

I nikt nie odpowiadał.

 Bo to już było wszystko powiedziane.

O tym, jak ustawiano wybory i jak Albin jednocześnie decydował i nie decydował

Wybory w Oldboyach były wydarzeniem.

 Wszyscy na nie czekali,

 wszyscy o nich mówili,

 i wszyscy wiedzieli, jak się skończą.

To była demokracja przygotowana.

 Nie sfałszowana — dojrzała.

— Trzeba wybrać Prezesa, Skarbnika i Wiceprezesów — mówiło się z powagą.

 — Trzeba — potwierdzał Albin.

I to „trzeba” załatwiało sprawę.

Głosowanie odbywało się oficjalnie.

 Ręce szły w górę.

 Kartki krążyły.

 Ktoś liczył.

Ale wszystko było już policzone wcześniej —

 nie w liczbach, tylko w relacjach.

Jeśli głosy się zgadzały — wybory były ważne.

 Jeśli się nie zgadzały —

 pojawiały się zarzuty formalne.

— Procedura!

 — Reasumpcja!

 — Jeszcze raz!

Głosowano ponownie, aż wynik nabrał sensu.

Albin w tym czasie siedział spokojnie.

 Nie kandydował.

 Nie przewodniczył.

 Nie liczył.

A jednak wszystko od niego zależało.

— On decyduje? — pytali nowi.

 — Nie — odpowiadali starzy. — On jest.

I to była różnica zasadnicza.

Albin był uniwersum.

 Punktem odniesienia.

 Miara miar.

Każdy go podziwiał.

 I każdy chciał z nim wygrać.

Bo pokonać Albina znaczyło coś więcej niż wygrać mecz —

 znaczyło być przez chwilę równym porządkowi świata.

Jego słowa miały rangę kanoniczną.

 Nie dlatego, że były długie.

 Dlatego, że zamykały dyskusję.

Najczęściej powtarzał jedno zdanie:

„Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz.”

I to zdanie krążyło po boisku jak objawienie.

Po grecku brzmiało poważniej:

Ὅσος εἶ ἀγαθός, τοσοῦτος ὁ τελευταῖος σου ἀγών.

Po łacinie — nieodwołalnie:

Tantus es, quantus fuit ultimus tuus ludus.

Po angielsku — brutalnie uczciwie:

You are only as good as your last game.

Po czesku — jak rada z knajpy:

Jsi tak dobrý, jak dobrý byl tvůj poslední zápas.

Po niemiecku — bez litości:

Du bist nur so gut wie dein letztes Spiel.

Po francusku — elegancko:

Tu es aussi bon que ton dernier match.

Po hiszpańsku — namiętnie:

Eres tan bueno como tu último partido.

Po włosku — z rezygnacją:

Sei bravo quanto la tua ultima partita.

I nikt nie pytał, czy to sprawiedliwe.

 Bo kanon nie musi być sprawiedliwy.

Czasem Albin sięgał głębiej.

— Byt jest — mówił nagle.

 — Niebytu nie ma.

I to było już czyste objawienie.

Po grecku, jak u Parmenidesa:

ἔστι γὰρ εἶναι, μηδὲν δ᾽ οὐκ ἔστιν

 (Jest bowiem byt, a niebytu nie ma)

Po łacinie:

Ens est, non-ens non est.

Po polsku — ostatecznie:

Byt jest. Niebytu nie ma.

Nikt nie wiedział dokładnie,

 czy chodziło o piłkę,

 o drużynę,

 czy o Albina.

Ale wszyscy kiwali głowami.

Wybory kończyły się zawsze tak samo.

 Wybrani byli wybrani.

 Niewybrani rozumieli.

 Porządek został zachowany.

A Albin wstawał, brał piłkę i mówił:

 — Dobra. Teraz gramy.

Bo choć jego słowa miały rangę apokryfu,

 a obecność przypominała mit ujawniony po latach,

 to na boisku nadal obowiązywała jedna zasada:

Każdy jest równy —

 aż do pierwszego gwizdka.

I dlatego wszyscy go podziwiali.

 I dlatego wszyscy próbowali z nim wygrać.

O Wielkim Szlemie, którego wszyscy chcieli, a zdobyli tylko nieliczni

W Oldboyach nie liczyły się tabele.

 Nie liczyły się sezony.

 Liczył się Wielki Szlem.

Nie ten tenisowy.

 Prawdziwy.

Cztery mecze. Cztery zwycięstwa. Jedna zima.

Mecz wigilijny

Ostatni mecz starego roku

Pierwszy mecz nowego roku

Mecz na Trzech Króli

Kto wygrał wszystkie cztery — był kimś.

 Na zawsze.

 Choćby przez chwilę.

Przygotowania zaczynały się już w listopadzie.

— W tym roku bierzemy Szlema — mówiono z powagą, która nie znosiła sprzeciwu.

Była dieta.

 Rzekoma.

— Bez alkoholu do Wigilii — ogłaszano.

 — Od kiedy?

 — Od jutra.

Była taktyka.

 Prawdziwa.

— Na Wigilię gramy spokojnie.

 — Na Sylwestra agresywnie.

 — Na Nowy Rok cierpliwie.

 — Na Trzech Króli — wszystkim.

Mobilizacja była totalna.

Nie było:

zwolnień,

spóźnień,

usprawiedliwień.

Były:

bandaże,

plastry,

modlitwy.

Mecze miały dramatyzm religijny.

Ręka w polu karnym nie była już tylko ręką.

 Była stanowiskiem międzynarodowym.

— Była!

 — Nie było!

 — A powinna być!

Faul urastał do rangi konfliktu regionalnego.

 Aut do kryzysu dyplomatycznego.

— Jak to gwizdnął?!

 — Jak to nie gwizdnął?!

I wszystko było ważne, bo stawka była absolutna.

Nieliczni zdobywali Wielkiego Szlema.

Zawsze:

przypadkiem,

cudem,

albo przez pomyłkę przeciwnika.

Nigdy przez plan.

Najbardziej bolało Albina.

Cztery razy mistrz Polski.

 Jednaastka stulecia.

 Historia.

A Wielkiego Szlema — nigdy.

— Za krótka zima — mówił ktoś.

 — Za długa pamięć — odpowiadał Albin.

Walczyl co roku.

 Pomimo lat.

 Pomimo kolan.

 Pomimo tego, że matematyka była przeciwko niemu.

Wielki Szlem był jak paradoks Zenona.

Zawsze blisko.

 Zawsze o jeden mecz za daleko.

Wygrywał trzy.

 Przegrywał czwarty.

Wygrywał pierwszy.

 Potem coś się działo:

kontuzja,

ręka,

sędzia,

historia.

— Dlaczego ci tak zależy? — zapytał kiedyś Dziubek.

Albin odpowiedział spokojnie:

 — Bo mistrzostwa się kończą. Szlem się pamięta.

Kiedy komuś udało się zdobyć wszystkie cztery,

 nie było pucharu.

Było:

milczenie,

spojrzenia,

i jedno zdanie:

— Zrobił Szlema.

I to wystarczało.

Albin próbował do końca.

 Nie dla statystyki.

 Dla sensu.

Bo w Oldboyach najważniejsze trofea były te, których nigdy nie dało się dotknąć.

O polityce w szatni, czyli o tym, że jedność bywa głośna, a prawda cicha

Polityka w szatni była prosta.

 Prostsza niż ustawienie 4–4–2 i bardziej obowiązująca niż regulamin.

Obowiązywała zasada, którą wszyscy znali, choć nikt jej nie zapisał:

— Jedna partia. Jedna linia.

Tak jak mówił Gomułka, tylko bez mównicy i z ręcznikiem na ramieniu.

To, co było w telewizji, było linią obowiązującą.

 Nie dlatego, że wszyscy się zgadzali.

 Tylko dlatego, że grupa musi oddychać jednym rytmem, inaczej dostaje zadyszki.

Byli tacy, którym się to nie podobało.

 Ale siedzieli cicho.

 Bo cisza w szatni to też pogląd — najbezpieczniejszy.

A jednak, żeby grupa mogła trwać w stanie homeostazy,

 musiał być jeden,

 który się sprzeciwiał jawnie.

Nie krzyczał.

 Nie przekonywał.

 Po prostu nie kiwał głową.

I to było gorsze niż sprzeciw.

Za nim stali Arystoteles, Platon i inni, których nazwisk nikt w szatni nie używał, bo nie mieściły się między „zmiana”, „krycie” i „spłuczka”.

— Ty zawsze musisz inaczej — mówił Buła.

 — To nie jest polityka, to życie — dodawał Zibi, bo drogowcy zawsze wiedzieli, gdzie jest główna trasa.

Na boisku nie było litości.

Albin kopał go po kostkach.

 Nie z nienawiści.

 Z przekonania.

— Gra się twardo — mówił.

A wtedy tamten odpowiedział raz, spokojnie, bez złości:

 — Kopiemy w piłkę, nie w nogi.

Zapadła cisza.

 Bo to było zdanie, którego nie da się sfaulować.

W szatni też miał swoje miejsce.

 Na końcu.

Pod prysznic mógł iść dopiero wtedy, gdy:

wszyscy się wykąpali,

zeszła para,

została jeszcze odrobina wody, taka na przypomnienie, że higiena to przywilej.

Buła i Zibi pilnowali porządku.

 Drogowcy wiedzieli, jak się ustawia ruch.

— Teraz twoja kolej — mówili z uśmiechem, który nie był zakazany.

Obgadywali go wszyscy.

 Zawsze wtedy, gdy go nie było.

 A gdy był — milkli.

To była najczystsza forma jednomyślności.

A on?

 On grał.

Nie tłumaczył się.

 Nie prostował.

 Nie reagował.

Strzelał hat-tricki.

 Jakby to była jego odpowiedź na każdy argument.

Stał tam, gdzie nikt go nie chciał,

 a potem piłka sama go znajdowała.

— On prowokuje — mówili.

 — On ma szczęście — mówili.

 — On gra przeciwko nam — mówili.

A on grał obok.

Po meczu, gdy wszyscy już byli wykąpani,

 a woda ledwo leciała,

 ktoś kiedyś zapytał:

— Dlaczego on w ogóle tu jeszcze jest?

Albin spojrzał w podłogę.

 — Bo jakby go nie było, musielibyśmy się ze sobą nie zgadzać.

I to było najbardziej polityczne zdanie, jakie padło w tej szatni.

A on dalej strzelał.

 Nie dlatego, że chciał wygrać spór.

 Tylko dlatego, że piłka była jedynym miejscem, gdzie nie trzeba było mieć racji.


To co jest, jest in actu, natomiast to, co jest inaczej niż w akcie - naprawdę nie jest.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura