modus in actu modus in actu
78
BLOG

Opowieści z szatni i boiska cz.3

modus in actu modus in actu Sport Obserwuj notkę 0
O meczu noworocznym w samo południe

imageO meczu noworocznym w samo południe i o tym, że pierwszy gol znaczył więcej niż lądowanie na Księżycu

W ramach Wielkiego Szlema był mecz szczególny.

 Nie najważniejszy — najbardziej niebezpieczny.

Nowy Rok. Godzina dwunasta.

Nie jedenasta pięćdziesiąt.

 Nie dwunasta pięć.

 Dokładnie w południe, kiedy czas jeszcze się waha, czy już ruszyć, czy poczekać.

Ten mecz miał zasadę prostą i okrutną:

Kto strzeli pierwszego gola — przechodzi do historii.

Nie drużyna.

 Człowiek.

Bo jeśli strzeliłeś pierwszą bramkę w Nowy Rok o dwunastej,

 to miasto wiedziało, że rok zaczyna się od ciebie.

Twoje zdjęcie wisiało:

w urzędach,

w domach kultury,

przy portierniach,

tam, gdzie normalnie wiesza się regulaminy i plan ewakuacji.

Przez rok nie obowiązywały cię zwykłe zasady.

Mówili o tobie wszyscy.

— To on.

 — Ten z południa.

 — Pierwszy.

Kibice skandowali twoje imię, nawet jeśli normalnie skandowali tylko przy kasie albo w kolejce po kiełbasę.

— Imię! Imię!

 I imię niosło się po mieście, odbijało od bloków, wracało echem jak prawda, której nikt nie kwestionuje.

Byłeś kimś więcej niż Gagarin.

 Więcej niż Armstrong, który co prawda wylądował na Księżycu,

 ale zrobił to raz, a ty zrobiłeś to tu,

 na boisku,

 w błocie albo na hali,

 przy wszystkich.

Apollo też był bogiem.

 Ale ty byłeś Apollem lokalnym,

 tym, którego można spotkać w sklepie i któremu sprzedawczyni mówi:

 — To dla pana świeższe.

Dziewczyny wzdychały.

Nie wszystkie.

 Ale wystarczająco dużo, żebyś zauważył.

Patrzyły tak, jakbyś:

wiedział coś o przyszłości,

miał wpływ na pogodę,

i mógł zdecydować, czy ten rok będzie dobry.

Mecz był cichy.

 Nerwowy.

Nikt nie atakował na oślep.

 Nikt nie ryzykował.

Bo stracić bramkę — to jedno.

 Ale stracić szansę na nieśmiertelność — to coś zupełnie innego.

Pierwsza bramka padała zwykle:

z rykoszetu,

po błędzie,

po strzale, którego autor sam nie był pewien.

I wtedy…

 wszystko się kończyło.

Mecz trwał dalej,

 ale już bez historii.

Ten, który strzelił,

 chodził inaczej.

 Stał prościej.

 Milczał mądrzej.

Przez rok był punktem odniesienia.

— No tak, ale on strzelił w południe…

 I rozmowa się kończyła.

Albin próbował wiele razy.

 Wiedział, że to absurd.

 Wiedział, że to loteria.

 Wiedział, że Zenon z Elei by to wyśmiał.

Ale wychodził.

 Ustawiał się.

 Czekał.

Bo jeśli raz w życiu można być kimś większym niż czas,

 to właśnie wtedy,

 kiedy zegar wybija dwunastą,

 a piłka jeszcze nie wie,

 do kogo należy nowy rok.

O tej ręce w polu karnym, której nikt nie widział i którą widzieli wszyscy

Ręka była.

 Albo jej nie było.

To zależy, kto opowiada.

Piłka poleciała w pole karne, odbiła się od czegoś, zmieniła tor lotu jak myśl w trakcie kłótni i spadła martwa pod nogi napastnika, który już chciał strzelać, ale nie strzelił, bo wszyscy stanęli.

Bo stało się coś ważniejszego niż gol.

— Ręka! — krzyknął ktoś z przekonaniem.

 — Jaka ręka? — zapytał ktoś, kto stał bliżej.

 — No właśnie — odezwał się Albin.

I to był moment decydujący.

Nikt tej ręki nie widział na pewno.

 Ale każdy widział ją wystarczająco.

Szachnit widział ją wyraźnie, choć był tyłem.

 Buła widział kątem oka, które zwykle go zawodziło.

 Sędzia patrzył dokładnie tam, gdzie nic się nie wydarzyło.

— Naturalne ułożenie — powiedział Zibi.

 — Nienaturalne życie — odpowiedział Dziubek.

Albin podszedł wolno.

 Nie krzyczał od razu.

 To był zły znak.

— Panie sędzio — zaczął spokojnie. — Ja tylko zapytam.

Sędzia napiął się jak linia obrony.

— Czy pan wierzy w przypadek?

Zapadła cisza.

— Bo jeśli pan wierzy — ciągnął Albin — to była ręka.

 — A jeśli pan nie wierzy — dodał po chwili — to też była ręka.

To, czy był karny, nie zależało od ręki.

 Zależało od Albina.

Od tego:

czy był wkurzony zwyczajnie,

czy filozoficznie,

czy wygrać chciał bardziej niż zwykle,

czy bardziej niż zawsze.

Im bardziej chciał wygrać, tym ręka była:

wyżej,

szerzej,

bardziej odstawiona,

i coraz mniej ludzka.

— On ją miał jak skrzydło — powiedział Barony.

 — Jak decyzję — poprawił Albin.

Sędzia spojrzał w bok.

 Na widzów.

A widzowie — czyli Oldboye czekający na zmianę — już zdecydowali.

— Była!

 — Nie było!

 — A powinna być!

To było najgłośniejsze „VAR”, jakie kiedykolwiek istniało.

— Może powinniśmy głosować — zaproponował ktoś naiwnie.

 — Demokracja w polu karnym? — zapytał Albin. — To już było. Zawsze kończy się wojną.

— To kto ma decydować? — zapytał Szachnit.

 — Ten, kto najbardziej wierzy — odpowiedział Albin.

Karny był.

 Albo nie był.

Zależy, jak się liczy.

Piłkę ustawiono.

 Albo nie.

Ktoś strzelił.

 Albo tylko się zamachnął.

Wynik się zmienił.

 Albo pozostał taki sam.

Ale jedno było pewne:

Ręka istniała dłużej w rozmowach niż w rzeczywistości.

Po meczu Albin powiedział:

 — W piłce prawda jest chwilowa.

 — A interpretacja — wieczna.

I nikt już nie pytał, czy był karny.

 Bo wszyscy wiedzieli, że następnym razem też będzie ręka,

 której nikt nie zobaczy,

 a wszyscy będą gotowi za nią umrzeć.

O zbieraniu i płaceniu składek, czyli o tym, jak pieniądz stał się ważniejszy od formy

Składki były obowiązkowe.

 To znaczy — w teorii.

W praktyce było tak, że nikt nie chciał płacić,

 ale wszyscy chcieli grać,

 a jeszcze bardziej jeść i pić po meczu.

I tu zaczynał się problem systemowy.

Był tylko jeden, który chciał zbierać.

 Nie dlatego, że lubił pieniądze.

 Dlatego, że lubił porządek.

— Bez składki nie ma gry — powiedział spokojnie.

I w tym momencie powstały listy.

Nie jedna.

 Kilka.

Pierwsza lista: Niepłacący

To była lista podstawowa.

 Najdłuższa.

 Dynamiczna.

Każdy był na niej tymczasowo,

 ale niektórzy — z przekonania.

Druga lista: Niepłacący, którzy nie mogą grać

Ta lista była krótsza, ale boleśniejsza.

— Dlaczego ja nie gram? — pytał Michu.

 — Bo nie zapłaciłeś — odpowiadał Zibi.

— Ale ja strzelam gole — mówił Sito.

 — Gole nie są walutą — dodawał Buła.

Trzecia lista: Niepłacący, którzy nie mogą jeść i pić

Najbardziej kontrowersyjna.

— A piwo? — zapytał Odro.

 — Po zapłacie — odpowiedział drogowiec.

— A herbata?

 — To już luksus.

Czwarta lista: Ci, którzy już nie grają, ale muszą zapłacić

Lista metafizyczna.

— Ale ja już nie przychodzę — tłumaczył Bronek.

 — Właśnie dlatego — usłyszał w odpowiedzi.

To była składka za pamięć.

Egzekutorzy byli znani.

Zibi.

 Buła.

 I drogowcy.

Ludzie, którzy wiedzieli:

gdzie kto mieszka,

którędy chodzi,

i o której wraca.

Nie biegali.

 Czekali.

— Spokojnie — mówili. — My mamy czas.

Niepłacących wytykano palcami.

— Patrz, ten jeszcze nie zapłacił — szeptano głośno.

A potem pojawiły się plakaty.

Na słupach.

 Na tablicach.

 Na przystankach.

„WANTED”

Pod spodem nazwiska:

Michu

 Sito

 Odro

 Bolo

 Klaudio

 Puzdrak

 Bronek

 Seba

Król

„Poszukiwani w całym mieście.

 Martwi lub zapłaceni.”

Najgorzej było spotkać Zibiego przypadkiem.

— Masz chwilę? — pytał.

 A to była chwila, która kosztowała dokładnie tyle, ile składka.

Po czasie lista zaczęła działać.

Nie dlatego, że ludzie płacili chętniej.

 Dlatego, że wstyd jest droższy niż pieniądz.

A ten jeden, co zbierał, zamknął zeszyt i powiedział:

 — Widzicie? System działa.

— To nie system — odpowiedział Dziubek.

 — To strach.

— Nie — poprawił go Albin. — To wspólnota.

I wszyscy zapłacili.

 Prawie wszyscy.

Bo w każdej drużynie

 musi zostać ktoś na liście,

 żeby reszta wiedziała,

 po co w ogóle są zasady.

O strachu przed stratą piłki, kiedy grało się z Albinem w jednej drużynie

Grać przeciwko Albinowi było trudno.

 Ale grać z Albinem — to był inny rodzaj doświadczenia.

 Bliższy egzaminowi z życia niż meczowi.

Bo największym strachem nie było przegrać.

 Największym strachem było stracić piłkę.

Kiedy Albin był w twojej drużynie, piłka nagle ważyła więcej.

 Nie fizycznie.

 Egzystencjalnie.

Przyjęcie musiało być czyste.

 Podanie — przemyślane.

 Decyzja — natychmiastowa.

Nie było miejsca na:

poprawkę,

„przepraszam”,

„myślałem”.

Myślenie miało być wcześniej.

Każdy grał pod presją.

 Nie dlatego, że Albin krzyczał.

 Właśnie dlatego, że nie krzyczał od razu.

Najgorsze było jego spojrzenie po stracie.

 Krótkie.

 Spokojne.

 Takie, które mówiło: to było niepotrzebne.

I wtedy człowiek wiedział, że zawiódł porządek świata.

Dlatego najlepszym rozwiązaniem było jedno:

 podać do Albina.

Nie dlatego, że był gwiazdą.

 Dlatego, że piłka przy nim czuła się bezpiecznie.

— Zagraj do Albina — szeptano sobie w głowie, zanim jeszcze piłka dotarła pod nogę.

 — On wie.

A on wiedział.

Nie zawsze robił coś spektakularnego.

 Czasem tylko stał.

 Czasem przesunął się o pół metra.

 Ale nagle napięcie znikało.

Jakby piłka wróciła do domu.

Każdy mecz był meczem o wszystko.

 Nie było:

sparingu,

luźnego grania,

„na pół gwizdka”.

Stawka była zawsze ta sama:

 wygrać.

Każdy faul był osobisty.

 Każde sporne zagranie — niemal ontologiczne.

— Była piłka!

 — Nie było!

 — Jak to nie było?!

To nie były kłótnie.

 To były bitwy interpretacyjne.

Kiedy ktoś stracił piłkę, czas się zatrzymywał.

 Ktoś wstrzymywał oddech.

 Ktoś już wiedział, że będzie rozmowa.

— Dlaczego tam? — pytał Albin cicho.

 I to było gorsze niż krzyk.

Bo to pytanie nie miało dobrej odpowiedzi.

Zdarzało się, że ktoś nie podawał do Albina.

 Zaryzykował.

 Chciał być bohaterem.

Piłka ginęła.

I wtedy wszyscy patrzyli nie na niego,

 tylko na Albina.

Czy coś powie.

 Czy tylko kiwnie głową.

Najczęściej kiwał.

I to było jak wyrok w zawieszeniu.

Dlatego grano ostro.

 Za ostro.

Faule były szybkie, zdecydowane, bez półśrodków.

 Bo lepiej było sfaulować niż pozwolić, żeby piłka wróciła w zły sposób.

— To wojna — mówił ktoś.

 — Nie — odpowiadał Albin. — To odpowiedzialność.

Po meczu wszyscy byli zmęczeni.

 Nie nogami.

 Głową.

Ale nikt nie żałował.

Bo jeśli potrafiłeś nie stracić piłki grając z Albinem,

 to znaczyło, że:

myślałeś szybciej,

widziałeś więcej,

i przez chwilę byłeś lepszą wersją siebie.

A to było warte każdej wojny o rzut wolny,

 każdego faulu

 i każdego spojrzenia,

 które mówiło więcej niż tysiąc słów.

O tym, jak Banan pożyczył kasę i uciekł z boiska, a nie miał kto zapłacić sędziemu

Banan nie był złym człowiekiem.

 Był tylko szybki w decyzjach i wolny w odpowiedzialności.

Grał na skrzydle, bo tam najłatwiej zniknąć.

 Najpierw obrońcy, potem gry, a na końcu — zobowiązania.

Tego dnia pojawił się sędzia.

 Prawdziwy.

 Z gwizdkiem, notesem i tą miną, która mówiła:

 ja tu jestem na chwilę, ale płatną.

— Po ile? — zapytał Dziubek.

 — Jak zawsze — odpowiedział sędzia.

 I to było najgorsze, bo „jak zawsze” nigdy nie znaczyło „teraz”.

Już w rozgrzewce wyszło, że brakuje kasy.

— Ja nie mam drobnych — powiedział Heniek, choć nikt nie pytał.

 — Ja mam, ale na paliwo — dodał Ruski, który zawsze był w drodze.

 — A ja w ogóle nie gram — oznajmił Szachnit, ale i tak stał w środku.

Wtedy odezwał się Banan.

— Spokojnie, ja pożyczę — powiedział z uśmiechem, który był za szeroki jak linia boczna.

 — Oddacie po meczu.

To był drugi błąd systemowy dnia.

 Pierwszym było wpuszczenie sędziego.

Banan zagrał świetnie pierwsze pięć minut.

 Drybling, szybkość, faul wymuszony — pełen pakiet.

— Widzisz? — mruknął Albin. — On gra pod przyszłość.

— Jaką? — zapytał Barony.

 — Taką, w której go nie ma — odpowiedział Albin.

W dziesiątej minucie Banan powiedział:

 — Muszę tylko na chwilę do auta.

Nikt się nie zaniepokoił.

 Na Śląsku „na chwilę” oznacza wszystko między minutą a wiecznością.

Gra toczyła się dalej.

 Sędzia gwizdał uczciwie, nawet raz przeciwko Albinowi, co było podejrzane.

— Dobrze sędziuje — powiedział Dziubek.

 — Jeszcze — odparł Albin.

W przerwie Banana nie było.

 W drugiej połowie też.

Za to był wiatr, który przewracał pachołki, i cisza, która mówiła więcej niż wynik.

— On nie wróci — powiedział Szachnit z przekonaniem człowieka, który już kiedyś komuś pożyczył.

— Może stoi w korku — próbował Barony.

 — Nie — odpowiedział Ruski. — Ja znam korki. To był zjazd awaryjny.

Po meczu sędzia podszedł spokojnie.

— Panowie…

 I w tym „panowie” było wszystko: regulamin, honor i paragon.

Zapadła cisza.

Dziubek zaczął przeszukiwać kieszenie, jakby tam mogła się pojawić wspólnota.

 Heniek liczył w myślach, ale źle.

 Szachnit patrzył w ziemię, jakby pieniądze miały wyrosnąć.

Albin westchnął.

— To jest klasyczny kontratak Banany — powiedział.

 — Zabrał środek ciężkości i zniknął skrzydłem.

Sędzia spojrzał na nich uważnie.

 — To jak?

Wtedy Król wyjął banknot.

 — Ja zapłacę. Ale on już nie gra.

— On i tak nie gra — powiedział Albin. — On się przemieszcza.

Banana już więcej nie widziano.

 Czasem ktoś twierdził, że gra gdzie indziej.

 Czasem, że odda.

 A czasem, że to była inwestycja w naukę.

Od tamtej pory przed każdym meczem Albin mówił:

 — Najpierw skład. Potem kasa. Potem filozofia.

Bo jak nie ma kto zapłacić sędziemu,

 to nawet najlepsza taktyka

 nie ma gwizdka, żeby się zacząć.

To co jest, jest in actu, natomiast to, co jest inaczej niż w akcie - naprawdę nie jest.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Sport