
O tym, jak przyszli ligowcy z IV ligi i skończyło się granie, a zaczęło bieganie
Przyszli któregoś dnia.
Odro, Wesa, Sito i Łysy.
Czwarta liga i nieco wyżej i niżej.
Młodość.
Płuca jak miechy kowalskie i łydki, które jeszcze wierzyły w przyszłość.
Już w rozgrzewce było wiadomo, że coś się zmieniło.
Nie podawali.
Biegali.
— Patrz, jak zasuwają — powiedział Barony z mieszaniną podziwu i niepokoju.
— Nie patrz — odpowiedział Albin. — Słuchaj piłki. Ona milczy.
Gra się zaczęła, ale wyglądała jak test Coopera z piłką.
Odro biegł prawym, Wesa lewym, Sito środkiem, a Łysy wszędzie naraz.
Piłka była dodatkiem.
Czasem ją mieli.
Czasem im przeszkadzała.
— Zagraj! — krzyknął Heniek.
— Nie ma czasu! — odkrzyknął Wesa, mijając go z prędkością sezonu przygotowawczego.
Albin stał z rękami na biodrach i liczył w myślach.
Nie metry.
Decyzje.
— To nie jest pressing — powiedział.
— To jest ucieczka do przodu.
Szachnit próbował coś powiedzieć, ale Łysy przebiegł obok niego trzy razy, zanim zdążył skończyć zdanie.
W pewnym momencie piłka wyszła na aut.
Zatrzymała się.
Jakby chciała odpocząć.
Albin podniósł ją i krzyknął:
— Ej! Wam piłka niepotrzebna!
Wszyscy stanęli.
— Idźcie biegać! — ciągnął.
— Na bieżnię! Tam nie trzeba myśleć, tam się tylko oddycha!
Cisza była głęboka.
Taka, w której młodość po raz pierwszy słyszy krytykę.
Odro spuścił wzrok.
— Trener w klubie mówi, że intensywność…
— Intensywność bez sensu to panika — przerwał Albin.
— Piłka jest po to, żeby stać we właściwym miejscu, a nie żeby ją gonić jak psa.
Zagrali dalej, wolniej.
Niechętnie.
I nagle Sito dostał piłkę w półprzestrzeni.
Zatrzymał się.
Rozejrzał.
Zagrał prosto.
Celnie.
— O, widzisz — mruknął Albin. — Teraz zaczęło się granie.
Łysy jeszcze raz spróbował sprintu.
Sam.
Bez sensu.
— Samotny maratonista — skomentował Dziubek.
Po meczu młodzi byli zmęczeni.
Starzy — zadowoleni.
— Myślałem, że piłka to bieganie — powiedział Wesa.
— Nie — odpowiedział Albin. — Piłka to stanie. Bieganie to kara.
Od tamtej pory, kiedy ktoś zaczynał biegać bez celu,
zawsze ktoś krzyczał:
— Bieżnia jest tam!
I wszyscy wiedzieli, że to nie była obelga,
tylko najkrótsza lekcja futbolu, jaką da się przekazać.
O wielkiej porażce z Jaroszowicami 1:5, czyli o tym, jak logika przegrała z rzeczywistością
Mecz z Jaroszowicami miał być formalnością.
A formalność, jak wiadomo, to coś, co w piłce zawsze kończy się katastrofą.
Trener Albin wyszedł tego dnia w roli człowieka racjonalnego.
A to już było podejrzane.
— Gramy doświadczeniem — powiedział i nikt nie zapytał dlaczego, bo doświadczenie brzmiało drogo.
Wystawił skład, który wyglądał jak plakat reklamowy futbolu:
Szalika.
Banana.
Bizaka.
Zadyla.
Oprzonda.
Stipę.
Extraklasa.
Nazwiska.
CV.
Młode wilczki — Kowal, Buła, Seba, Szycha — siedziały na ławce i patrzyły, jak historia przechodzi obok nich w korkach z korkami wkręcanymi jeszcze w PRL-u.
Jaroszowice zaczęły spokojnie.
Bez nazwisk.
Bez planu.
Za to z sensem.
Pierwszy gol padł szybko, bo Banano nie wrócił, a Szalika wrócił myślami do innego meczu.
Drugi — bo Bizak chciał pokazać, że jeszcze potrafi, i pokazał przeciwnikowi.
Trzeci — bo Stipa stał dokładnie tam, gdzie nie powinien stać nikt.
— To ustawienie jest nowoczesne — powiedział Albin.
— Nowoczesne jak telegraf — mruknął Dziubek.
Taktyka Albina była precyzyjna:
wszyscy wysoko,
nikt blisko,
środek wolny jak sumienie po meczu bez VAR-u.
— Dlaczego oni tam ciągle są sami? — zapytał Szachnit.
— Bo my jesteśmy wszędzie — odpowiedział Albin.
I to była odpowiedź, po której wynik zrobił się 0:3.
Na ławce młodzi wilczki poruszali się niespokojnie.
— Trenerze… — zaczął Kowal.
— Spokojnie — przerwał Albin. — Mecz się ułoży.
I ułożył się przeciwnikowi.
Czwarty gol padł z kontry, której nikt nie widział, bo wszyscy patrzyli do przodu.
Piąty — z rzutu wolnego, bo faul był logiczną konsekwencją braku logiki.
— Zmiany? — zapytał ktoś nieśmiało.
Albin spojrzał na zegarek.
— Nie psujmy koncepcji.
To był moment czysto mrożkowski:
koncepcja stała się ważniejsza niż rzeczywistość.
Szalika grał dalej.
Banana zniknął, ale już bez kasy.
Bizak tłumaczył, że „to nie jego strefa”.
Zadyl twierdził, że „tak było w planie”.
Oprzond pytał, czy „liczy się wynik czy proces”.
Stipa milczał, bo milczenie było jedyną pozycją, jaką jeszcze zajmował poprawnie.
Mecz skończył się 1:5.
Jedyny gol dla naszych padł przypadkiem, po rykoszecie od sędziego, który też nie wiedział, gdzie stać.
— Wynik nie oddaje gry — powiedział Albin.
— Oddaje aż za bardzo — odpowiedział Dziubek.
Po meczu młode wilczki zeszły do szatni pierwsze.
Były świeże.
Gotowe.
Niepotrzebne.
— Następnym razem — powiedział Albin.
I to było najbardziej absurdalne zdanie dnia.
Bo następny raz w piłce zawsze przychodzi za późno.
Jaroszowice wygrały.
Logika przegrała.
A filozofia siedziała na ławce rezerwowych, dobrze rozgrzana i kompletnie niewykorzystana.
O pojedynkach jeden na jeden, czyli o tym, że piłka czasem ucieka na aut z nudów
Pojedynki jeden na jeden były u Oldboyów sprawą osobistą.
Nie taktyczną.
Nie zespołową.
Osobistą jak spojrzenie po faulu.
Bo drużyna drużyną, ale człowiek musi czasem przegrać sam, żeby wiedzieć, kim jest.
Pierwszy był Kowal na Michę.
Kowal lubił kiwać.
Nie dlatego, że umiał, tylko dlatego, że wierzył.
Micha stał spokojnie.
Za spokojnie.
Kowal zrobił zwód w prawo.
Potem drugi, jeszcze ładniejszy.
Potem trzeci, którego już nikt nie zamawiał.
I wtedy potknął się o własne nogi.
Piłka spojrzała na nich obu, westchnęła i wyszła na aut.
— Sama poszła — powiedział Micha.
— Z nudów — odpowiedział Albin.
Szycha na Jacka było inaczej.
Szycha nie robił zwodów.
On robił zamiary.
Podbiegł wolno, popatrzył w ziemię, potem w niebo, a Jacek w tym czasie zgubił orientację, sens i krycie.
Szycha minął go jednym ruchem, tak prostym, że aż obraźliwym.
— Jak ty to zrobiłeś? — zapytał Jacek.
— Nie przeszkadzałem sobie — odpowiedział Szycha.
Najbardziej oczekiwany był pojedynek Albin na Szachnita.
Szachnit chciał wygrać z Albinem od zawsze.
Od pierwszego meczu.
Od pierwszej porażki.
Podszedł agresywnie.
Za blisko.
Albin nie zrobił zwodu.
Nie przyspieszył.
Nie spojrzał nawet na piłkę.
Zrobił krok w bok.
Szachnit pobiegł dalej.
Sam.
— To było oszustwo — krzyknął.
— Nie — odpowiedział Albin. — To było ustawienie.
Buła na Zibiego był pojedynek siły z zasadą.
Buła kiwał barkiem.
Zibi faulem.
Zderzyli się w pół drogi.
Buła poleciał.
Zibi podniósł rękę.
— Czysto!
— Czysto — potwierdził sędzia, który nie widział, ale rozumiał.
Piłka została przy Zibim, bo w piłce — jak w życiu —
prawo drogi ma ten, kto waży więcej.
Pawlik na Puzdraka to była sztuka.
Pawlik zrobił zwód tak szybki, że Puzdrak zareagował dzień później.
— Gdzie on jest? — zapytał Puzdrak.
— Był — poprawił go Dziubek.
Ale Pawlik przesadził.
Chciał jeszcze.
Jeszcze jeden zwód.
Jeszcze jeden moment chwały.
Piłka znowu uciekła na aut.
Z nudów.
Po meczu Albin podsumował:
— Zwód jest jak dowcip.
— Jak jest za długi, nikt się nie śmieje.
— Jak za krótki, nikt nie rozumie.
A piłka leżała przy linii bocznej i wyglądała na zmęczoną.
Bo nic nie męczy bardziej
niż pojedynki jeden na jeden, w których człowiek chce wygrać sam ze sobą.
O wielkim transferze Banana do Zetki i o tym, że największe kontrakty czasem nie dochodzą do skutku
Wszystko zaczęło się od siatki.
A właściwie od kilku.
Banan grał jak grał —
trochę bez głowy,
trochę na pamięć nóg,
trochę wbrew sensowi.
Ale kilka razy minął Zibiego tak,
że piłka przeszła mu między nogami jak myśl,
która nie poprosiła o pozwolenie.
Zibi zatrzymał się.
Spojrzał za piłką.
Potem za Bananem.
I wtedy zobaczył numer na koszulce.
— Aha — powiedział.
A kiedy Zibi mówił „aha”,
to znaczyło, że porządek świata wymaga interwencji.
Zibi był drogowcem.
Lubił porządek.
Nie lubił być ogrywany.
A już na pewno nie publicznie.
Kilka dni później padła decyzja.
— Kupujemy go — powiedział Zibi.
— Kogo? — zapytali wszyscy.
— Banana.
— Po co?
— Żeby przestał robić bałagan gdzie indziej.
I tak doszło do wielkiego transferu.
Zetka — drużyna klasy A,
na granicy istnienia,
na progu spadku do klasy B,
z wizją, że jedno nazwisko może wszystko zmienić.
Banan miał ich uratować.
Bo Banan lubił być sprzedawany.
Najpierw:
z Tychów do Katowic,
potem:
do Legii,
potem:
do Bundesligi.
A teraz —
do Zetki.
Historia zatoczyła koło,
choć nikt nie był pewien,
czy to koło ratunkowe,
czy młyńskie.
Kontrakt był największy w historii Oldboyów.
Nie w pieniądzach.
W symbolice.
Za każdy występ Banana
Zetka miała płacić
jedną perłą.
Nie wiadomo skąd.
Nie wiadomo jaką.
Ale perłą.
— Bo gwiazdy nie grają za gotówkę — powiedział Zibi.
— Grają za legendę.
Przed Oldboyami otworzył się świat.
Mówiono:
o przyszłości,
o projektach,
o awansie,
o historii,
o tym, że teraz już wszystko jest możliwe.
Zetka miała Banana.
Banan miał kontrakt.
Perły czekały.
I wtedy…
Banan nie zagrał.
Nie w pierwszym meczu.
Nie w drugim.
Nie w żadnym.
Nie było kontuzji.
Nie było konfliktu.
Nie było oświadczenia.
Po prostu — nie zagrał.
— Może się rozgrzewa? — pytano.
— Może czeka na właściwy moment?
— Może to taktyka?
Zibi sprawdzał skład.
Numer był.
Koszulka była.
Banana — nie.
Do dziś nie wiadomo dlaczego.
Jedni mówią, że:
nie pasował system,
inni:
że perły były za małe,
jeszcze inni:
że Banan był stworzony tylko do bycia kupowanym,
a nie do grania.
Zetka spadła.
Perły nie zostały wypłacone.
Historia pozostała.
A Zibi, kiedy ktoś dziś zakłada mu siatkę,
tylko kręci głową i mówi:
— Już raz jednego takiego kupiłem.
I wszyscy wiedzą,
że najdroższe transfery to te,
które nigdy nie wychodzą na boisko.
O tym, jak Albin przeczytał książkę o nowoczesnej taktyce i chciał pojechać z Oldboyami na mistrzostwa Europy
Wszystko zaczęło się niewinnie.
Albin przeczytał książkę.
Już samo to było wydarzeniem.
Nie kryminał.
Nie wspomnienia.
Taktyka. Nowoczesna.
Od tamtej pory patrzył na boisko inaczej.
Nie jak na miejsce, gdzie się gra,
tylko jak na problem do rozwiązania.
— My też możemy jechać na mistrzostwa Europy — powiedział któregoś dnia.
Zapadła cisza.
— Gdzie? — zapytał Heniek.
— Na Euro — powtórzył Albin.
— Autobusem? — dopytał Barony.
Albin nie żartował.
— Nie trzeba mieć gwiazd — tłumaczył. — Trzeba mieć system.
I zaczął wykład, który przeszedł do historii jako
„ten moment, kiedy wszyscy chcieli wrócić do biegania”.
— Pressing — zaczął Albin — to nie gonienie piłki. To skracanie czasu przeciwnikowi.
— Czyli mamy biegać — ucieszył się Masta.
— Nie — odpowiedział Albin. — Macie myśleć, kiedy biec.
Masta spochmurniał.
— Podania diagonalne — ciągnął Albin — to zmiana strony ataku po skosie. Piłka robi drogę, której człowiek nie zdąży.
— A po co? — zapytał Szycha.
— Żeby przeciwnik się spóźnił — odpowiedział Albin. — Jak zwykle.
— Kompaktowość — mówił dalej — to bycie blisko siebie bez bycia sobie na drodze.
— Czyli jak w szatni — zauważył Dziubek.
— Nie — poprawił go Albin. — W szatni jesteśmy za blisko.
— Półprzestrzeń — to miejsce, gdzie obrońca nie wie, czy już kryć, czy jeszcze czekać.*
— Czyli tam, gdzie zawsze stoi Książka — mruknął ktoś.
— Właśnie — ucieszył się Albin. — On intuicyjnie to rozumie.
Wszyscy spojrzeli na Książkę z nieufnością.
— Rest defense — mówił Albin dalej — to zabezpieczenie ataku. Atakujesz, ale już bronisz.
— To po co atakować? — zapytał Buła.
— Właśnie — westchnął Albin.
Plan był prosty i genialny:
niski budżet,
wysoka organizacja,
pressing falami,
brak gwiazd,
maksimum dyscypliny.
— Jak Simeone — mówił Albin.
— Jak Guardiola — dodawał.
— Jak kto? — zapytał Szachnit.
— Nieważne — machnął ręką Zibi. — Biegać trzeba.
Niestety, nikt nie zrozumiał.
Jedni biegali za dużo.
Drudzy za mało.
Trzeci pytali, gdzie dokładnie jest ta półprzestrzeń i czy trzeba ją oznaczyć pachołkiem.
— Ja wolę prosto — powiedział Barony.
— Ja też — dodał Heniek.
— Ja już biegnę — krzyknął Wesa.
Albin usiadł na ławce.
Oldboye nie pojechały na mistrzostwa Europy.
Nie było eliminacji.
Nie było baraży.
Nie było nawet wniosku.
A ci, co pojechali,
odpadli szybko.
— Widzicie? — powiedział Albin. — Mieli gwiazdy. Nie mieli struktury.
Nikt nie odpowiedział.
Na następnym treningu grali jak zawsze.
Bez pressingu falami.
Bez rest defense.
Bez diagonalnych podań.
Ale Albin czasem jeszcze mówił:
— Tu powinna być półprzestrzeń.
I wszyscy wiedzieli,
że gdzieś tam, w innym świecie,
Oldboye właśnie grają ćwierćfinał mundialu,
a piłka chodzi tak,
jak powinna.



Komentarze
Pokaż komentarze