Jan Leśny Jan Leśny
35
BLOG

Polska chorym człowiekiem strupieszałej Europy ?

Jan Leśny Jan Leśny Rozmaitości Obserwuj notkę 0

BILANS DWUDZIESTOLECIA ( cz. I)

13 czerwca redaktor Warzecha zamieścił swój subiektywny bilans 20-lecia Niepodległej. Zgadzam się z nim pod wieloma względami, ale akcenty rozmieściłbym już inaczej. Według mnie głównym problemem nie jest nasze cywilizacyjne zapóźnienie, lecz niewłaściwe wykorzystywanie bogactwa, które jeszcze posiadamy, właśnie dzięki owemu zapóźnieniu. Proszę wybaczyć długość mojego tekstu: powaga tematu spowodowała, że postanowiłem pewne aspekty wyartykułować obszerniej. Na następny temat będzie zdecydowanie krócej.     
 
Ofiarność daje siłę
 
Nietzsche ubolewał nad upadkiem cywilizowanego człowieka, nad jego moralnym stetryczaniem, wygodnictwem, utratą zdolności do harmonijnego samodoskonalenia się. Przeciwstawiał mu antycznych bohaterów, którzy z jednaką troską traktowali sprawy duszy i ciała. Jednak nie wszyscy współcześni filozofa, jak i młodsi od niego o pokolenia, zasługiwali na tak surową ocenę. Na gruncie polskim środowiskiem, które zachowało najwięcej cech antycznych herosów, było młode pokolenie akowców. Należał doń m.in. Gracjan „Bojar” Fijałkowski. Później z kondycją polskiego społeczeństwa, było już tylko gorzej.
Wspomniany Fijałkowski jako młody oficer wojska polskiego trafia po klęsce wrześniowej do litewskiego obozu internowania, skąd udaje mu się dotrzeć do Generalnej Guberni. Cały czas szuka kontaktu z podziemnymi strukturami polskiego wojska. Pracuje m. in. jako robotnik budowlany i mierniczy. Na Lubelszczyźnie poznaje młodziutką dziewczynę o imieniu Zośka, która jest córką ziemianina spod Białegostoku. Biorą szybki ślub, swoje rodziny stawiają przed faktem dokonanym..   
 
Zośka pozostawia dom rodzinny, w którym nie brakuje jej przysłowiowego ptasiego mleka i decyduje się dzielić z Gracjanem bardzo niepewny los. Gdy pojawia się wreszcie szansa na działalność konspiracyjną oboje stają się żołnierzami ZWZ. Za mieszkanie służył im fragment magazynu cementu i faszyny. Można więc powiedzieć, że warunki bytowe mieli rozpaczliwe, tym bardziej, że Zośka niebawem zaszła w ciążę. Nie rozpacz jednak była im drogowskazem, lecz wprost niezniszczalna wola działania i życia – oboje rzucili się w wir pracy konspiracyjnej, całkowicie przeświadczeni, że jest to ich obowiązek i nakaz moralny. Jakby instynktownie wyczuwali, że uchylając się od konspiracji odbierają sobie szansę bycia lepszymi. Konformizm był w ich mniemaniu czymś w rozkładowym i rozmiękczającym. W sytuacji, w jakiej znalazła się Polska, nie troska o własne bezpieczeństwo wydawała się dla nich ratunkiem, lecz coś zupełnie przeciwnego: narażanie życia i ofiara.
 
Bezsensowne były pytania: „Czy to się opłaciło ?”, „Czy walka miała szansę powodzenia ?”. Wszak o trzeźwy rachunek sił tu szło, nie o zwalczenie dwóch żelaznych totalizmów pomiędzy które dostali się Polacy ze swym rycerskim honorem (z którego pokpiwał sobie Miłosz), lecz o wierność sobie.
 
Walka była potrzebna nie tyle ojczyźnie, ile tym młodym ludziom. Zgnuśnienie, nastawienie jedynie na fizyczne przetrwanie okupacji oznaczało dla tej pary cofnięcie się w moralnym rozwoju. 
 
Ponoć byt określa świadomość. W przypadku żony Fijałkowskiego, okazało się to największym fałszerstwem „epoki”. Możemy wszak wyobrazić sobie jak potężna musiała być rola patriotycznego wychowania w życiu tej kobiety, jak fundamentalne musiało być znaczenie imponderabiliów w jej ziemiańskiej rodzinie, jak mocno musiało być wykształcone poczucie obowiązku u tej dziewczyny, skoro bez żalu zamieniła komfortową egzystencję arystokratki na konspiracyjną biedę, strach i niepewność. To nie ziemiański materialny raj ją kształtował, lecz duch ofiary i miłości do ludzi. Nie wszystkie ziemiańskie i inteligenckie domy dawały takie wychowanie – to prawda. Warto jednak pamiętać, że w wielu z nich, jeżeli już brało się za patriotyczne wychowanie, to nierzadko wypuszczano w świat herosów. Fijałkowski jako oficer AK wpadł w końcu w ręce Niemców i trafił Oświęcimia. Tam znowu zatriumfowała jego siła ducha.
Fijałkowski należał wraz z żoną do szczególnego pokolenia polskiej inteligencji uformowanego w pełni przez system wychowawczy II Rzeczypospolitej. Było to pierwsze pokolenie, które dojrzewało w wolności i nie musiało przed nikim zginać karku. Dom rodzinny, szkoła oraz organizacje wychowały je w poczuciu dumy, męstwa i odpowiedzialności. Ludzie ci wiele ojczyźnie zawdzięczali, ale gdy zaszła potrzeba bez wahania oddawali za nią życie. Pokolenie to okazało się niezwykle silne duchem, dzielnie znosiło niedole okupacyjnego życia, narażało codziennie życie w konspiracji, wznosiło barykady w powstaniu warszawskim, wykazywało się niezwykłym hartem w hitlerowskich obozach koncentracyjnych i sowieckich łagrach. Zaś po wojnie w znacznej części ofiarnie włączyło się w odbudowę kraju. Takiego pokolenia – jak pisze Noraman Davies – Polska nie miała nigdy wcześniej, ani później.
 
Komunistyczne wyjałowienie
 
Lata komuny to okres egzystencji półniewolniczej, gdzie nie odwaga i męstwo stają się cnotą, lecz właśnie konformizm. W sferze wychowawczej całkowita schizofrenia: co innego naucza dom rodzinny, Kościół, a co innego komunistyczna szkoła, co innego mówi się prywatnie, a co innego publicznie, co innego napisane jest w książkach i gazetach, a co innego jest w życiu. Mnoży się klientyzm, jest coraz bardziej płasko, szaro, ponuro. Czy można być naprawdę dumnym ze zniewolonego kraju ? Czy w takich warunkach można duchowo wzrastać ? Oczywiście, że można, ale jest to nieporównanie trudniejsze, choć pod pewnymi względami żyje się łatwiej. Etyka pracy, etyka obywatelska, żołnierska... ulegają rozkładowi. Króluje bezpańskość, niechęć do brania odpowiedzialności za siebie i innych. Brak jakiejś skutecznej organizacji formującej postawy obywatelskie i patriotyczne.
 
Pułapki awansu społecznego
 
Nowe pokolenia okazują się coraz bardziej obłe, nijakie. Kiedyś było wiadomo, że Politechnikę Lwowską, bądź Uniwersytet Jagielloński opuszczają tacy, a tacy ludzie, że na pewno będą rozporządzać taką a taką wiedzą fachową, że najprawdopodobniej będą mieli taki, a taki stosunek do obowiązków zawodowych, obywatelskich itp. itd. Natomiast komunistyczne uczelnie stają się po części kuźniami kadr bez charakteru, wyćwiczonych w robieniu uników.
 
Ludzie awansu społecznego nawet jeżeli mają w sobie spore pokłady hartu i wodzonej godności, swoją egzystencję w charakterze świeżo wykreowanych inteligentów zaczynają często od razu na czworakach. Wszak władza ciągle im powtarza, że bez socjalizmu byliby nikim. Muszą więc ciągle płacić jej daninę w postaci daleko idącej spolegliwości.
 
Im dłużej trwa komunizm, tym tańsza staje się odwaga. Represje jakie spotykają działaczy Solidarności w stanie wojennym są śmieszne nie tylko w porównaniu z tymi, które spotykają ludzi w czasie okupacji, ale i z tymi, jakie stosowała wobec swoich największych wrogów sanacja (Bereza Kartuska). Zdarzają się pojedyncze mordy, ale raczej jako wypadki przy pracy, a nie efekty planowej akcji mordowania niepokornych.
Niepodległość witamy jako naród stłamszony, poturbowany, zakompleksiony i w znacznej mierze uzależniony od opiekuńczego państwa. Musimy na nowo uczyć się wyprostowanej postawy, na nowo nabierać wiary we własne siły, przekonywać się, że to, co przez dziesiątki lat było mrzonką, jednak jest możliwe. Okazuje się, że wszystko trzeba robić inaczej: inaczej uprawiać politykę zagraniczną, inaczej budować fabryki, kształcić młodzież, pracować...
Przez dziesiątki lat byliśmy w stanie hibernacji: opieraliśmy się zawzięcie wzorom sowieckim, ale nie mogliśmy też korzystać z wyglądających na bardziej „sympatyczne” - wzorów zachodnich. Nie było też miejsca na coś własnego: na jakiś własny ośrodek niezależnej myśli politycznej i społecznej, na jakiś własny model kapitalizmu, własny model wychowawczy i edukacyjny. 
 
W epokę niepodległości wkroczyliśmy wyjałowieni moralnie i duchowo, trochę puści w środku i bezbronni wobec Zachodu, od którego bierzemy wszystko jak leci, niestety także to, co najgorsze.
 
Największą klęską polityczną jest brak nowoczesnej lewicy – wyrazistej ideowo i prężnej intelektualnie na miarę przedwojennej PPS. Prawica biadoli o nierównościach społecznych i potrzebie sprawiedliwego dzielenia biedy, ale nie proponuje zmian systemowych, które umożliwiłyby biedakom trwałe wyjście ze strefy ubóstwa. Liberałowie zaś tak bardzo pragmatyczni, bezideowi i aroganccy, że, ze względu na polską tradycję, jest to niepokojące. I nie chodzi tu bynajmniej o jakiś bogoojczyźniany patriotyzm – choć widzę w Polsce miejsce także dla takich patriotów – lecz o patriotyzm w ogóle, motywowany nie tylko interesem ekonomicznym, ale także uczuciami.
 
Wizerunek kraju dziełem przypadku
 
Podczas debaty ze związkowcami w sprawie stoczni premierowi wymksnęło się, że w Unii też ma miejsce „rozpychanie się łokciami”. Wypowiedź szafa rządu dotyczyła głównie spraw ekonomicznych, ale trzeźwi i bezstronni obserwatorzy europejskiej sceny politycznej wiedzą doskonale, że „łokcie” mają zastosowanie w każdej innej dziedzinie. Także w takich dziedzinach jak kultura, sztuka czy stosunek do przeszłości. Czemu Niemcy zawdzięczają fakt, iż tak marginalny incydent w powojennych dziejach Europy jak zburzenie Muru Berlińskiego urósł do rangi najważniejszego wydarzenia tego okresu, a sami Niemcy awansowali do rangi głównych pogromców komuny ? Oczywiście dzięki umiejętnemu rozpychaniu się łokciami i skutecznej propagandzie. Dlaczego cały świat wie o powstaniu Żydów w getcie warszawskim, a o powstaniu Polaków w całej Warszawie nie wie prawie nikt ? Ponieważ zabrakło ośrodka, który w sposób planowy, ciągły i przemyślany budował pozytywny wizerunek Polski i Polaków w świecie. Ktoś powie, że oznacza promowanie martyrologii i niezbyt dobrze jest w świecie widziane. Do pewnego stopnia będzie miała rację, wszak lepiej chwalić się niepodważalnymi sukcesami zamiast porażkami. Tylko dlaczego są na świecie narody, które tak genialnie przekuwają martyrologię w narzędzie swojej polityki, że cały świat chyli przed nim czoła ? Nie mówię żeby walczyć o palmę pierwszeństwa w tej dziedzinie, ale też nie widzę powodów, dla których świat miałby nie wiedzieć prawdy o naszej przeszłości.
 
Niepodległość zbudowana na trumnach
 
Niepodległość postawiła nas przed epokowymi zdaniami, którym niestety nie sprostaliśmy. W wymiarze politycznym cały czas drepczemy w miejscu. Polskim życiem politycznym rządzi przypadek oraz – jak to kiedyś określił Jerzy Giedroyć – dwie polityczne trumny: trumna Piłsudskiego i trumna Dmowskiego, wszak do dorobku tych osób odwołują się wielu polskich polityków pragnących uchodzić za tradycjonalistów i patriotów. Trumny tych osobistości może i są dobrym „podkładem” do budowania nowoczesnych i nie skłóconych z wysoko cywilizowanym światem formacji politycznych (każdy z tych polityków w swoim czasie i na swoim odcinku, okazał się wielki), ale nie sposób opierać się na nich w obecnej polityce, która wymaga nie tylko ideologii, ale i szczegółowej strategii i cierpliwości. Oczywistym jest też, że nie dałoby się jej skutecznie realizować, nie wyleczywszy się pierwej z wszelkich uprzedzeń etnicznych.
Dwie największe partie polityczne są bardziej dziełem przypadku, niż efektem długofalowego i konstruktywnego działania. Obie też na skutek walk frakcyjnych i niepohamowanych ambicji ich przywódców zagrożone są rozpadem. Obie są tworami autorskimi, które nie spaja program, lecz osobowość liderów, obie wyrzucają ludzi o silnych indywidualnościach i to nie dlatego, że sprzeniewierzyły się programowi partii, lecz za to, że naraziły się ścisłemu kierownictwu.
 
Trwonimy naturalne bogactwo
 
Na polu ekologii wykonaliśmy krok do przodu i dwa kroki do tyłu. Zamknięto najbardziej trujące zakłady i wybudowano wiele oczyszczalni ścieków, lecz stan środowiska naturalnego się nie poprawił, ponieważ rolnicy zaczęli stosować o wiele więcej środków chemicznych niż kiedyś. Dzięki czemu żywność, którą produkujemy jest coraz gorsza, a gleba i łąki są coraz bardziej zatrute. Co prawda samochody, którymi jeździmy emitują mniej spalin, ale jest ich za to tak dużo, że w dużych miastach oddycha się jeszcze trudniej niż kiedyś. U progu naszego wejścia do Unii Gazeta Wyborcza dokonała porównania stanu środowiska naturalnego w Polsce i Niemczech. Przedstawiono konkretne liczby, wymieniono konkretne gatunki roślin i zwierząt. Z raportu wynikało, że środowisko naturalne Niemiec jest tak mocno zniszczone, że Niemcy mogą się doliczyć u siebie co najwyżej 20-30 % gatunków występujących w Polsce, że bardzo wiele rzadkich przedstawicieli fauny i flory bezpowrotnie tam wyginęło. Pod względem przyrodniczym byliśmy jeszcze potęgą. Była też wówczas szansa ocalenia tego dziedzictwa za pieniądze unijne. Stara Unia widziała też w tym swój interes. Nie była wcale za tym, abyśmy w tej dziedzinie podążali jej śladami. Zdając sobie sprawę z tego, że własnego bogactwa przyrodniczego już nie odbuduje, chciała by przynajmniej gdzieś w Europie wschodniej zachowany został naturalny krajobraz wraz całą gatunkową różnorodnością. Niestety w ostatnich latach skupiono się w Polsce bardziej na trwonieniu tego potencjału niż ochronie. Plastikowe opakowania wprowadziliśmy akurat wtedy, gdy wiadomo już było czym to grozi i Zachód przymierzał się do ich zastąpienia opakowaniami naturalnymi. Rozwój gospodarstw ekologicznych idzie jak po grudzie, a odnawialnych źródeł energii jak na lekarstwo.               
 
Społeczeństwo obywatelskie czy wypalone
 
Ponieśliśmy również porażkę na polu społecznym. Nie zdołaliśmy zbudować podstaw społeczeństwa obywatelskiego. Nadal jak na lekarstwo jest takich wspólnych działań jak poprawianie własnymi siłami estetyki swoich osiedli, organizacja imprez kulturalnych, sportowych czy spotkań integracyjnych, nadal panuje dość powszechna niewrażliwość na patologie, które kwitną nieraz za naszymi ścianami (przemoc domowa, alkoholizm i brak odpowiedniej opieki nad dziećmi itp). Kiedyś zwalaliśmy wszystko na komunę, na to, że władza nie życzyła sobie aktywności społeczeństwa, bo społeczeństwo zintegrowane i świadome swoich możliwości byłoby trudniejsze do rządzenia. Nowa władza mówi (czasami nieszczerze): „Bierzcie swoje sprawy w swoje ręce”, ale wielu z nas zapomniało już jak to się robi. Dokucza nam anonimowość życia w wielkich blokowiskach, lecz nie potrafimy już skutecznie działać na rzecz integracji. Niektórym rodzą się w głowie różne pomysły, lecz niewielu ma odwagę przystąpić do ich realizacji, z obawy, że nikt ich nie poprze i nikt się nimi nie zainteresuje, wszak tak bardzo przyzwyczailiśmy się do inercji, że przestaliśmy wierzyć w jej pokonanie. Akurat w tej dziedzinie na Zachodzie jest wiele pozytywnych wzorów, niestety w naśladowaniu tego co dobre znajdujemy mniejsze upodobanie.
 
Źle umieramy  
 
Nie uporaliśmy się też z problem opieki nad przewlekle i nieuleczalnie chorymi. Umieramy przede wszystkim w szpitalach, w warunkach pozbawionych intymności i wśród obcych ludzi. Nie musi tak być zwłaszcza w przypadku osób, których rodziny mogą wygospodarować dla ciężko chorego osobny pokój. Wiemy, że opieka szpitalna jest b. droga i nie spełnia często podstawowych standardów sanitarnych, lecz fundujemy ją choremu albo z własnej wygody, albo z konieczności, ponieważ obowiązki zawodowe są nie do pogodzenia z całodobową opieką nad chorym. Czy opiekunowie chorego muszą jednak pracować, zwłaszcza w okresie, gdy najbliższa im osoba znajduje się w okresie terminalnym ? Czyż nie wygodniejsze i tańsze dla państwa byłoby wprowadzenie dla opiekunów pełnych rekompensat z powodu ich okresowej nieaktywności w zawodzie i odciążenie nieefektywnej służby zdrowia ? Oczywiście nie wystarczy tylko wprowadzenie odpowiednich zapisów prawnych. Istnieje też potrzeba krzewienia ducha opiekuńczości i prawdziwej empatii. Zapoczątkowywana przez Gazetę Wyborczą akcja „Umierać po ludzku” dowodzi, że rozwiązanie tej kwestii potrzebne jest nie tylko umierającym, ale i żywym. Ileż wyrzutów sumienia, sennych koszmarów i psychicznych ran noszą w sobie ci, którzy nie byli w stanie zapewnić wystarczającej opieki swoim bliskim. Od tego jak umierają ludzie, zależy w dużej mierze komfort żyjących. Nie tylko opieka nad dziećmi jest naszą powinnością. Nie mówiąc już o tym, że jest to nasz kapitał na przyszłość, gdy sami zaczniemy umierać. Wielu napatrzywszy się na chorych wegetujących w oddziałach internistycznych naszych szpitali, przeżywa dziki strach przed umieraniem na raty. Niestety statystyki są nieubłagane: długie umieranie wielu z nas jest po prostu pisane i lepiej zadbać o jego jakość zawczasu.   
 
Źle żyjemy
 
Nie potrafimy też radzić sobie z plagą otyłości. W zastraszającym tempie przybywa osób z nadwagą. Fast food-y, chemicznie „pędzone” wyroby mięsne i wędliniarskie, ulepszane z pieczywo, zatrute pestycydami owoce i warzywa, brak ruchu ... a nade wszystko kiepska kondycja psychiczna wielu z nas, powodują, że stajemy się coraz bardziej kalecy.
 
Nie mamy zwyczaju – mam tutaj głownie mężczyzn na myśli – rzeźbienia swojej sylwetki. Gimnastyka, bieganie, jazda rowerem czy inne formy fizycznej aktywności nadal przekonują nielicznych. Być może przeszkodą jest tutaj nasza chłopska mentalność (mieszkańcy miejskich blokowisk to w większości mieszczuchy dopiero w pierwszym lub drugim pokoleniu), która nie skłania do zdzierania zelówek bez celu. Na wsi każdy ruch fizyczny – za wyjątkiem wędrówki do kościoła – służył jakiemuś celowi praktycznemu. Ludzie musieli oszczędzać siły, by ich jak najwięcej wystarczyło do ciężkiej pracy. Jedzenie rolników było jeszcze parę dziesiątek lat temu dość ubogie. Prawie nikt więc na wsi nie cierpiał więc z powodu nadmiaru kalorii. Rolnik biegający po polu w celu spalenia niepotrzebnej warstwy tłuszczu, to na polskiej wsi prawdziwe kuriozum. Niestety wielu z nas zabrało ten obyczaj ze sobą do miasta, wielu po prostu wstydzi się aktywności fizycznej. Brak nam psychicznej siły zarówno na to, by pokonać wstyd, jak i na to, by uprawiać systematycznie gimnastykę w czterech ścianach. Powszechne jest zwalanie całej winy na biedę, brak infrastruktury sportowej czy brak dostępu do tanich bądź bezpłatnych siłowni, pływalni itp., itd. Tymczasem najbardziej winna jest nasza słaba wola, brak ambicji panowania nad własnym ciałem. Spaśni i nieruchawi trzydziesto i czterdziestolatkowie dają nie tylko zły przykład swoim dzieciom, lecz szykują nie lada problem swoim opiekunom w razie obłożnej choroby. Ciało jest w znacznej mierze zwierciadłem duszy: nikt chyba nie uwierzy, że w misiowatym, zdefasonowanym i ociężałym cielsku znajduje się silny, ambitny i kreatywny duch. Rzeźbiąc ciało rzeźbimy swójcharakter, ćwiczymy się w wytrwałości, nabieramy szacunku do siebie i łatwiej radzimy sobie ze stresem. Przepraszam za te banały, ale przytaczam je dlatego, iż tak się nieraz dzieje, że przyczyn swojej pośledniości gotowiśmy szukać nawet w Kosmosie, byleby tylko nie zaglądać w lustro.
 
Naprawę kultury rozpoczęto od niszczenia
 
Kultura polska zaczyna ponoć rozkwitać: „Nasze kino wraca do dobrej formy dzięki systemowi wsparcia za pośrednictwem PISF-u. Pełne są widownie teatrów, a od prawie 30 lat nie mówiło się w Europie tak dobrze o polskich reżyserach, jak teraz o Warlikowskim, Lupie, Klacie, Trelińskim czy Jarzynie. Wysyp talentów pisarskich, nagród literackich, liczne tłumaczenia na języki obce świadczą dobrze o naszej literaturze. Prestiżem cieszą się sztuki wizualne, twórczość Wilhelma Sasnala, Katarzyny Kozyry, Pawła Althamera należy do kanonu europejskiej współczesności. Dzięki Narodowemu Instytutowi Audiowizualnemu przywracane są do życia skarby naszej twórczości audiowizualnej” – piszeMaciej Nowak, dyrektor Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego (”Hauser zarzyna kulturę” Gazeta Wyborcza, 13 VI.2009).
Niestety ta ocena odnosi się tylko do naszych ostatnich lat. Zanim ukształtował się obecny system wspomagania kultury przez wiele długich lat błądziliśmy w tej dziedzinie jak pijane dzieci we mgle. Niektórym marzyło się rozwiązanie absurdalne: przerzucenie całego ciężaru finansowego, związanego z funkcjonowaniem kultury, na barki prywatnych sponsorów. Nie chciano przyjąć do wiadomości faktu, że w całej Europie – jak pisze Nowak – „udział sponsorów w finansowaniu kultury nie przekracza 2 proc.”
Uzdrawianie kultury zaczęto więc od niszczenia, niszczenia polskiej kinematografii, dorobku teatralnego, rozrywki... Gdy zorientowano się, że skutkiem takiego działania może być tylko kulturalna pustynia, na ratunek dla wielu przedsięwzięć, okazało się już za późno.
Znowu okazaliśmy się mądrzy po szkodzie, chociaż w dziedzinie finansowania kultury, mądrość ta leżała w Europie na ulicy.  
Mimo optymistycznych ocen wydaje mi się, że nadal brakuje spójnej wizji rozwoju polskiej kultury. Najgorzej jest chyba w tzw. showbiznesie, który polega u nas niemal wyłącznie na mniej lub bardziej udatnym kopiowaniu karier wątpliwych gwiazd zachodnich. To bardzo przykre, ale gdy zaczynam poszukiwać polskości – zwłaszcza jej ambitniejszych rejestrów – i usiłuję z jakichś pojedynczych, pozrywanych wątków udziergać sobie coś na kształt dzisiejszego oblicza mojej ojczyzny, to znajduję... tandetę. Czasami jest to tandeta bardzo pomysłowa z przebłyskami wielkości, ale jednak tandeta. Uderza brak koncepcji, myśli przewodniej.
 
Gdy wyobrażam Polskę jako kobietę – jestem nawet zbudowany, widzę coraz lepiej zadbaną buzię, na z której można wyczytać coraz silniejszą wolę działania, ale gdy pomyślę o facetach – ogarnia mnie głęboki smutek. Widzę nalaną gębę w bejsbolówce, która więcej czasu poświęca na oglądanie pornografii w Internecie, niż na czytanie czegokolwiek...        
 
Tragiczny rynek pracy
 
Niepokoi mnie też stan polskiej gospodarki. Jakże mizerne są jej możliwości, skoro niewiele ponad 50 % Polaków znajduje zatrudnienie.Jak olbrzymie musiałoby być bezrobocie, gdyby ludzie nie zaczęli emigrować oraz uciekać w renty chorobowe i wcześniejsze emerytury.
Nasz rynek pracy jest cholernie nieelastyczny, jeżeli ktoś znajdzie pracę, to wymaga od razu ofiary całopalnej. Brakuje zatrudnienia na ½, ¼ etatu, brakuje pracy dla młodzieży, samotnych matek czy ludzi mających na głowie opiekę nad chorymi rodzicami. Przy obecnych przepisach gwarantujących pracodawcy bezkarność, strach nawet takiej pracy podejmować, bo nagminne jest przetrzymywanie pracownika na cały etat a płacenie za pół. 
Gospodarka rynkowa ujawniła nie tylko grzechy naszych pracowników, wypieszczone w komunizmie na skutek pozorowania pracy, ale też wyzwoliła w wielu polskich kapitalistach wyjątkową butę, pazerność i prymitywizm, za jakiego niegdyś słynęli pańszczyźniani ekonomowie.    
CDN.
 
Jan Leśny
O mnie Jan Leśny

Cenię uczciwość i prostolinijność.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości