Jan Leśny Jan Leśny
130
BLOG

Wieśniak - to brzmi dumnie !

Jan Leśny Jan Leśny Rozmaitości Obserwuj notkę 15

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie m.in. napaść Władysława Frasyniuka na PSL i chłopów, których uznał ich niemal za pasożytów, domagających się nieuzasadnionych przywilejów. Chłop w wynurzeniach Frasyniuka to postać nie tylko antypatyczna, lecz wręcz upiorna. W dziewiętnastym wieku specjalizował się w dobijaniu powstańców, a PRL przedzierzgnął się a aspołecznego chłoporobotnika.

Wieś to skansen, utrzymywany za pieniądze podatników - uważa Frasyniuk.  Zaś stwierdzenie: Walić chłopów, walić, bo dalej będą podtrzymywać polskie kompleksy i udowadniać, że Polacy nie pochodzą od małpy, ale od chłopa – wręcz szokuje agresją. Najgorsze jest jednak to, że Frasyniukowi przyklasnęło niemałe grono internautów, którzy w komentarzach pluli na chłopów żółcią z podziwu godną konsekwencją. Podobnego popisu ignorancji, złośliwości i niewiedzy nie obserwowałem w Internecie od dawna.
 
A jaka jest prawda   
PSL to duchowy spadkobierca jednej z najstarszych (po PPS), polskiej  partii politycznej (SL) założonej w 1895 r. przez  niezależnych działaczy ludowych w Galicji.  SL swoje szlify zdobywało w austriackim parlamencie. Prowadziło grę z cesarko-królewską administracją o lepsze warunki gospodarowania, dotacje na szkoły oraz inwestycje publiczne etc., etc. Jego aktywistami byli chłopi (Witos) oraz inteligenci, którzy cieszyli się autorytetem wśród chłopów. Partia ta opowiedziała się jednoznacznie za niepodległością Polski, choć chłopskie masy raczej się tym faktem nie entuzjazmowały.
Wszak wszystko, co najlepsze – w XIX i na początku XX w. – spotkało chłopów od zaborcy. To przecież zaborcy znieśli pańszczyznę, która jedną z najtrwalszych form niewolnictwa. Owo niewolnictwo nie było mitem, o czym dziś nie chce się już pamiętać, tylko przejawem prawdziwego upodlenia.
W Galicji zaborca przyznał też chłopom prawo wyborcze, zapoczątkował powszechny system kształcenia na poziomie elementarnym, umożliwił zakładanie organizacji społecznych i stworzył system pozwalający na przekształcanie się amorficznej masy chłopskiej w klasę obywateli. Zdarzało się również, że w austriackiej administracji chłopi znajdowali ochronę przed nadużyciami polskich panów.
Można przypuszczać, że przemiany te nastąpiłby niezależnie od tego, kto by wówczas rządził Galicją. Gdyby Galicja była polska, to pewnie też zaczęłaby się demokratyzować, bo to był trend ogólnoeuropejski. Wówczas chłopi zawdzięczaliby swoje upodmiotowienie, nie zaborcy, lecz polskim ziemianom, którzy na skutek ciśnienia historii i ekonomicznego przymusu, musieliby zrezygnować z pańszczyzny. Tak się jednak nie stało. Szlachta w sytuacjach, kiedy mogła się wykazać dalekowzrocznością, wybierała raczej pasywność. W powstaniu kościuszkowskim chętnie korzystano z chłopskich kosynierów, ale nie obiecywano chłopom niczego konkretnego. Sytuacja powtórzyła się później w 1830 i 1863 r.
Warstwa szlachecka mieniła się jedynym właścicielem ziemi, chłopów i państwa. Folwarki sprzedawane były razem z chłopami, stanowiącymi rodzaj żywego inwentarza. Zdecydowanie lepiej przedstawiała się sytuacja Żydów, którzy cieszyli się wolnością osobistą.
Nieszczęściem dla Polski było to, że emancypacja chłopstwa dokonała się pod obcymi rządami. Wykopało to jeszcze większą przepaść między chłopami a szlachtą. Dobijanie powstańców, acz nosi znamiona prymitywnego okrucieństwa i zasługuje na potępienie, w myśl chłopskiej wiedzy i logiki, nie oznaczało pastwienia się nad swoimi. Za pomoc szlacheckim partyzantom groziły represje i pacyfikacje. Chłopi nie spodziewali się po powstańcach niczego dobrego. Byli zdania, że szlachta chce dojść do dawnego znaczenia po to, by ich jeszcze bardziej gnębić. Antypowstaniowa i antyszlachecka propaganda prowadzona przez zaborcę przynosiła owoce, m. in. w postaci rabacji galicyjskiej.
W XIX r. niedocenianie przez chłopów nieodległości nie było polską specjalnością, tylko w pewnym sensie - tendencją europejską. Włoscy chłopi też odnosili się wrogo do wszelkich ruchów narodowowyzwoleńczych. Żołnierze oddziałów republikańskich często spotykała śmierć z rąk italskich wieśniaków, podczas gdy w Polsce zwracanie się chłopów przeciwko powstańcom miało raczej charakter incydentalny. Dlaczego chłopi nienawidzili powstańców, doskonale wyjaśnił Stefan Żeromski w opowiadaniu „Rozdziobią nas kruki, wrony”.
 
Odpowiedzialność za kraj i korupcja
W dwudziestoleciu międzywojennym dokonano wiele, by zasypać przepaść między wywodzącą się ze stanu szlacheckiego inteligencją, a chłopstwem. Swoistym znakiem czasu był sojusz PSL Piast z popieraną przez m. in. ziemiaństwo, konserwatywne mieszczaństwo i Kościół – endecją (występowała pod nazwą Chrześcijański Związek Jedności Narodowej, w skrócie Chjena). Witos jako premier wcale nie faworyzował swojej klasy, wprowadził drakońskie oszczędności, które uderzały również w chłopów. Dobrze zapisał się jako premier Rządu Obrony Narodowej w 1920 r. Był lojalnym współpracownikiem Piłsudskiego (za co ten odwdzięczył mu się później wyrokiem wieloletniego więzienia).
Wojna z Rosją bolszewicką była pierwszym wielkim sprawdzianem dla chłopskiego patriotyzmu, na naukę którego chłopi mieli bardzo niewiele czasu. Zdali ten egzamin bardzo dobrze.
Nie byli klasą bez wad. Ciemnota i setki lat niewoli odcisnęły na nich piętno. Konserwatyzm, sobkostwo, nieufność i bezideowość zarzucał im już sam Witos. Chłopi przejmowali też od szlachty jej wady („Zastaw się a postaw się”) oraz szybko przyswajali sobie tajniki korupcji. Jednak nie dopuszczali się jej wcale częściej niż inne klasy społeczne. Chłopom, jako wieśniakom, którzy w drodze łaski dopuszczeni zostali do stanowisk, mniej jednak wybaczano (nie dość, że chłop, to jeszcze kombinator – szczyt bezczelności !).   
 
Chłoporobotnik wytworem komunistów
W 1944 r. wprowadzając w życie dekret o reformie rolnej komuniści mieli wielką szansę przebudowy struktury agrarnej Polsce. Miast uszczęśliwiać obszarniczą ziemią niemal wszystkich, mogli stworzyć sieć samodzielnych gospodarstw rolnych, produkujących na rynek. Tak się jednak nie stało, ponieważ ziemia potraktowana została przez PKWN jako swego rodzaju waluta, za którą komuniści chcieli sobie kupić poparcie części mieszkańców wsi. Liczono, że im więcej nadziałów ziemi, tym więcej głosów. W rezultacie nie zmniejszono rozdrobnienia gospodarstw, lecz jeszcze bardziej je pogłębiono.
Ziemię dostawali także ci, którzy wcześniej jej nie mieli. 2,3,4-hektarowa działka rolna pod żadną szerokością geograficzną nie była podstawą utrzymania rodziny. Jej właściciel zmuszony był szukać dodatkowych dochodów poza rolnictwem. Najprostszym rozwiązaniem było podjęcie pracy przemyśle, odczuwającym chroniczny niedobór rąk do pracy. Na skutek tych czynników – wbrew stanowisku znacznej części środowiska chłopskiego – instytucja chłoporobotnika stała się jednym najtrwalszych elementów PRL-u.
Rola chłoporobotnika była podwójnie niewdzięczna. Koledzy robotnicy zazdrościli mu hektarów, zarzucali, że jest słabo zintegrowany z załogą (chłoporobotnik cięgle się spieszył do domu), nie ma zainteresowań i przychodzi do pracy po to, żeby odpocząć. I poniekąd to było prawdą. Wszak gdy się idzie prosto z pola na drugą lub trzecią zmianę do fabryki, to trudno wzbić się na szczyty wydajności. Ponadto złodziejem czasu były dla chłoporobotnika dojazdy do pracy. Żeby się dostać z zapadłej wsi do roboty na pierwszą zmianę, musiał wstawać średnio o 2 godz. wcześniej niż robotnik mieszkający w mieście. Z powrotami była podobna historia: w zimowe dni wracał do domu o zmroku.
Prawdziwi rolnicy nie darzyli chłoporobotnika szacunkiem, bo to ni pies ni wydra, dostaje od państwa za darmo pieniądze (żadna praca prócz harówki w ziemi nie była przez nich traktowana jak prawdziwa praca), a w ziemi pracuje tylko z łaski. Tymczasem ów chłoporobotnik to był często śmiertelnie zmęczony, zahukany gość, dla którego doba była zawsze o kilka godzin za krótka.
Nie chciał zrezygnować z fabryki, bo z ziemi by nie wyżył i jednocześnie bał się zostawić ziemię, bo nie był przekonany do miastowego życia i nie chciał spędzać całego żywota na bruku. Tym bardziej, że sytuacja mieszkaniowa przez wiele dziesięcioleci, była w mieście rozpaczliwa.    
Po 1989 r. chłoporobotnicy stawali się często pierwszymi ofiarami zwolnień grupowych, choć niektórzy byli naprawdę dobrymi fachowcami.
W powojennej Polsce większość robotników i inteligentów z awansu stanowili wczorajsi chłopi. Pierwsze pokolenie „zurbanizowanych” chłopów było z reguły konserwatywne i dość spolegliwe wobec komunistów. Następne – lepiej wykształcone i obyte, miało już w sobie ducha buntu. (dobrze to obrazuje serial „Dom”), angażowało się w działalność opozycyjną i odegrało znaczącą rolę w wojowniczej Solidarności.
 
Wieś miejscem narodzin kultury wysokiej
Na tym jednak rola wsi w historii Polski się nie kończy, ponieważ na terenach wiejskich zrodziło się wiele rzeczy, które później przedostały się do kanonu kultury narodowej.
 Polska nie posiadała własnej warstwy kupieckiej i rozwiniętego, rodzimego mieszczaństwa. Kultura wysoka wykluwała się nie gdzie indziej, tylko na szlacheckim dworze. Wystarczy zajrzeć w biografie naszych wieszczy narodowych czy wybitnych kompozytorów. Mało tego pierwsze pokolenie polskich rewolucjonistów z Ludwikiem Waryńskim na czele (oprócz przedstawicieli mieszczaństwa żydowskiego) to też szlachta. Dominacji inteligencji mającej swe wiejsko-szlacheckie korzenie nie zapobiegła w Polsce nawet komuna. Gdyby przeanalizować życiorysy członków powojennego Związku Literatów Polskich, to okazałoby się, że największy zaciąg polskich pisarzy stanowili ludzie błękitnej krwi, korzeniami tkwiący we wsi (Borowski, Konwicki, Miłosz, Putrament, Dąbrowska, Iwaszkiewicz, Stempowski,  Wańkowicz, Kossak-Szczucka…)
Zatem w kraju takim jak Polska, gdzie udział wsi w tworzeniu kultury narodowej był bardzo znaczący, jeżeli nie dominujący, utożsamianie wiejskości z brakiem patriotyzmu i kultury jest co najmniej kuriozalne.  
Oczywiście nie zamierzam stawiać równości między chłopami (uważnymi za typowych wieśniaków) a wiejską szlachtą, podkreślam tylko, iż w państwie o tradycjach typowo rolniczych, które dominowały zarówno wśród ludności plebejskiej, jak i wewnątrz elity władzy, przeciwstawianie miasta wsi, jest poniekąd wypieraniem się swych korzeni i dezawuowaniem dorobku kulturalnego minionych pokoleń.
Nie zamierzam pomniejszać osiągnięć polskiego mieszczaństwa, które kładło podwaliny pod polski kapitalizm i wydało wybitnych mężów stanu i intelektualistów.  Jednak to nie ono nadawało ton życiu kulturalnemu, to nie ono wyznaczało główne trendy, to nie jego etykieta przejmowana przez niższe warstwy społeczne. W tym dziele niezastąpiona była liberalna inteligencja pochodzenia szlacheckiego, która wykształciła własny model społecznikostwa. W XIX w. miasta zgodnie z ogólnym prawem rozwoju były centrami, kulturalnymi, administracyjnymi, przemysłowymi i naukowymi (miasta uniwersyteckie). Gdybyśmy jednak prześledzili listy studentów i życiorysy inteligencji, to okazałoby się, że gros z nich, to szlacheccy synowie, bądź wywodzący się ze wsi, zdeklasowani członkowie klasy panów.
Nie brakowało ludzi, którzy postrzegali ich wpływ na polską obyczajowość i tradycję jako bezwzględnie dominujący. Świadczy o tym m. in. żart Jana Lechonia, który przyglądał się komunistycznej Polsce zza oceanu. Otóż Lechoń zażartował, że w Polsce nie może być demokracji, ponieważ istnieje „panokracja”. I nie był w tym poglądzie odosobniony.
 
Wieś jest przeludniona
Dzisiejsi mieszkańcy wsi gospodarujący na kilkuhektarowych gospodarstwach, nie trzymają się ziemi dla własnej przyjemności. Dla wielu z nich, to – z powodu utraty pracy w mieście – jedyne źródło utrzymania. Gdyby ci ludzie raptem porzucili swoje zagrody i zaczęli szturmować miasta w poszukiwaniu pracy, to wokół niektórych ośrodków musiałby wyrosnąć slumsy, jak wokół afrykańskich stolic, a liczba zarejestrowanych bezrobotnych mogłaby wzrosnąć o parę milionów.
Utopią jest plan rozbudowy na wsi sfery usług, by więcej ludzi mogło znaleźć pracę poza rolnictwem, nie ruszając się ze wsi, ponieważ chłopów po prostu nie stać na te usługi, a mieszczuchy odwiedzają wioski zbyt rzadko, by zapewnili rentowność sporej ilości punktów usługowych. Usługi na wsi to ciągle zajęcie dla jednostek. Te najpotrzebniejsze już dawno tam powstały, a ukryte bezrobocie kwitnie nadal.             
 
Miasto zakorkowane
Polska ma jeden z najniższych wskaźników zatrudnienia w Europie, ponieważ jest za mało miejsc pracy. Ucieczki we wcześniejsze emerytury, to ratunek przed trwałym strukturalnym bezrobociem. Gdyby wszyscy, którzy mogą wykonywać jakąś pracę zarejestrowali się jako bezrobotni, łącznie z mieszkańcami wsi, to wskaźnik bezrobocia z kilkunastu procent, skoczyłby może do 40 %. Byłoby to straszną wizytówką dla rządzących, więc starają się je jak najlepiej maskować, miast skupić główne wysiłki na tworzeniu miejsc pracy.
Miasta polskie okazały się w pewnym stopniu zakorkowane, niezdolne do organizacji zatrudnienia zarówno dla własnej populacji, jak i do zaabsorbowania nadwyżek ludnościowych ze wsi. Dopóty miasta się nie odkorkują, dopóki politycy będą zainteresowani utrzymywaniem, przynajmniej na części polskiej wsi, skansenu, by jego zdesperowani mieszkańcy nie zapukali do bram miejskich i nie zakłócili kruchej równowagi społecznej.
Zatem obwinianie, chłopów, czy choćby samych polityków chłopskich za niedorozwój polskiej wsi, przypomina obarczanie konia odpowiedzialnością za to, że się wóz przewraca.        
Nikt nie może mieszkańcom wsi odmówić prawa do dumy ze swej tradycji, stylu życia i odbudowy kraju, który w znacznym stopniu był dźwigany z ruin rękami ich współbraci masowo ściąganych na wielkie budowy socjalizmu. Wiele polskich miast bez stałego dopływu chłopskiej krwi, kwalifikowałoby się niestety do zaorania. Zatem - wieśniak, to brzmi dumnie !  
 
PS.
Nie jestem chłopomanem, konserwatyzm niektórych chłopskich polityków oraz ich skłonność do narzekań (tzw. chłopski lament) czasami  mnie denerwują. Zdaję sobie jednak sprawę, że środowisko chłopskie nie jest monolitem i wszelkie generalizacje na jego temat, zwłaszcza te pejoratywne, są krzywdzące.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Jan Leśny
O mnie Jan Leśny

Cenię uczciwość i prostolinijność.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (15)

Inne tematy w dziale Rozmaitości