Jan Leśny Jan Leśny
54
BLOG

Żałosne utyskiwanie prof. Majcherka

Jan Leśny Jan Leśny Rozmaitości Obserwuj notkę 1

Prof. Janusz Majcherek atakuje artystów i twórców szukających pomocy u prezydenta, rzucając w nich obelgą, że są „jak pracownicy PGR”.

„Artyści i twórcy wieszający się u prezydenckich klamek w intencji ratowania publicznych mediów zachowują się żałośnie, jak niegdyś pracownicy PGR, którzy też uważali, że państwowe gospodarstwa rolne muszą istnieć, by im dawać utrzymanie” – pisze Pan Profesor Majcherek w dzisiejszej Wyborczej ("Telemrzonki"). 
Spróbujmy zastanowić czy rzeczywiście robotnicy rolni zasłużyli sobie na taką pogardę, by ich imieniem lżyć inne grupy społeczne i traktować jak wrzód na zdrowym ciele polskiego społeczeństwa.
Po pierwsze pracownikom PGR-ów zależało nie tyle na ocaleniu nieefektywnych przedsiębiorstw, ile na miejscach pracy. Gdyby ktoś zaproponował im inną pracę, na przykład zakładach przetwórstwa spożywczego, to przyjęliby ją z wdzięcznością, zadowoleni, że pracują wreszcie w rentownej firmie i nikt im nie będzie wypominał, że musi do nich dokładać. Problem z PGR-ami wybuchł dlatego, że likwidowano miejsca pracy, nie tworząc niczego w zamian.
Doskonale przy tym było wiadomo, że pracownicy PGR-ów to ludzie o niskich kwalifikacjach, którzy przez dziesięciolecia byli w różny sposób uzależniani od swego pracodawcy (mieszkania, deputaty, opieka socjalna) oraz uczeni niesamodzielności.
W okresie transformacji porównywano ich do ptaków, które zamknięcie na długi czas w klatce, utraciły zdolność latania. Nie szczędzono im przy tym obraźliwych epitetów, utwierdzano opinię publiczną o ich niereformowalności i zbędności, twierdzono, że skoro na równi z innymi obywatelami otrzymali wolność, to powinni sobie radzić sami. Było w tym tyle pogardy dla prymitywnych roboli, hipokryzji i zwykłej głupoty, że włos się na głowie jeżył. Wydawać by się mogło, że przez 20 lat niepodległości można się było w tej materii czegoś nauczyć. Niestety dla profesora Majcherka ten czas okazał się (w tej konkretnej sprawie) stracony.
Prawdą jest, że pracownicy PGR-ów w nowej rzeczywistości kompletnie się pogubili. Wolność była dla nich istotną wartością, bo nigdy wcześniej z niej nie korzystali. Nie mogli poczuć radości latania, ponieważ ich wolnościowe skrzydła nigdy nie były na tyle wykształcone, by udźwignąć problemy związane z egzystencją w gospodarce rynkowej. Żeby takim ludziom zwrócić wolność nie wystarczyło otworzyć okna i powiedzieć: lećcie. Wiadomo było przecież, że nigdzie nie polecą, że mogą się co najwyżej poważnie pogruchotać.
Byli wytworem określonego systemu i bez wyraźnej reformy swojego stylu myślenia, kwalifikacji i stosunku do samych siebie nie mieli najmniejszych szans na poradzenie sobie w zmienionych warunkach. Niewykształcony i zakompleksiony człowiek, uważany już w poprzednim ustroju za najgorszy sort klasy robotniczej, takiej reformy nie był w stanie przeprowadzić sam. Bez pomocy z zewnątrz mógł co najwyżej popaść w demoralizację i utwierdzić się w swoich kompleksach.
      Żeby takich ludzi wyprowadzić na prostą trzeba dużo cierpliwości, życzliwości i fachowego podejścia. Każdy „uratowany” przypadek to zysk moralny, materialny (pracownik płaci podatki i przestaje korzystać z pomocy społecznej) i społeczny (dobry przykład pociąga innych). W każdym państwie jest pewien odsetek ludzi niezaradnych, którzy wymagają różnego rodzaju pomocy i nietypowych sposobów motywacji. W Europie Zachodniej funkcjonowało już wówczas wiele programów, których celem było odzyskiwanie ludzi przeznaczonych z różnych powodów „na przemiał”. W Polsce uznano jednak taką działalność za zbyteczny trud.
Istnieje u nas liczna grupa osób długotrwale bezrobotnych, którzy nie dostają pracy nie dlatego, że jej w ogóle nie ma, ale przede wszystkim ze względu na różne zahamowania psychiczne, niskie poczucie własnej wartości, wyuczoną bezradność etc., etc. Skuteczność w zwalczaniu bezrobocia wśród takich ludzi jest u nas niemal zerowa. Tymczasem w Wielkiej Brytanii znaleźli sposób na aktywizację zawodową osób, które nie pracowały nawet po 20 i więcej lat. Ich przygotowaniem do pracy nie zajmują się instytucje, tylko prywatne firmy, wynajęte przez państwo, które krok po kroku przystosowują tych ludzi do samodzielnego życia i pracy. I o dziwo wszystkim się to opłaca. 
Żaden z programów przystosowawczych nie jest skuteczny w stu procentach, ale ich realizacja daje nieporównanie lepsze efekty niż nicnierobienie.
Pracownicy PGR-ów padli nie tylko ofiarą własnej niezaradności, ale również przemian, na które nie mieli żadnego wpływu. Nie wszystko zależy od nas. Jednych czynniki obiektywne kształtują bardziej, a innych mniej. Nasz kraj też nie jest wyłącznie wytworem swobodnej działalności jego obywateli. Były czasy, że większym stopniu nas kształtowano, niż my kształtowaliśmy siebie.
Przy okazji warto też sprostować pewien mit, że pracownicy PGR to ludzie w sposób szczególny dotknięci patologiami, głównie alkoholizmem. Z relacji osób zatrudnionych w Gminnych Ośrodkach Pomocy Społecznej, obsługujących popegeerowskie wioski wynika, że odsetek alkoholików nie był w tym środowisku większy niż w innych grupach społecznych. Główną patologią było tam bezrobocie całych rodzin, które na dłuższą metą mogło oczywiście zaowocować wzrostem alkoholizmu, ale nie wszędzie tak się stało.
Przyklejanie negatywnych etykietek jakiejkolwiek grupie społecznej, która znalazła się w trudnym położeniu, bez zapoznania się z jej elementarnymi problemami, to przejaw pogardy dla gorzej przystosowanych. Rozumiem, że Profesor Majcherek chciał obrazić twórców szukających pomocy w prezydenta w kwestiach związanych z funkcjonowaniem publicznej telewizji. Nie rozumiem jednak dlaczego wykorzystuje do tego celu negatywny stereotyp pracownika PGR-u. Czy to znaczy, że odtąd słowa: „jesteś jak pracownik PGR-u” mają wejść do kanonu polskich obelg ?
A oto próba odwrócenia ról: ogląd naukowego czyli profesorskiego podwórka za pomocą logiki zaprezentowanej przez profesora J. Majcherka:
„Jakość naszej kadry akademickiej już dawno przeszła w ilość. Liczba patentów i cytowań prac naszych uczonych jest żenująco niska. Może więc należałoby się wreszcie dobrać do skóry polskiej kadry naukowej i rozpędzić na cztery wiatry tych żałosnych obiboków z tytułami, którzy uważają, że uczelnie i instytuty są po to, by mieli gdzie wzajemnie się adorować i pobierać wcale niemałe pensje ? Pracowników PGR-ów odcięto od dotacji już 20 lat temu, a polskie placówki naukowe bez szans na to, że kiedyś przyniosą krajowi pożytek, nadal doją polskich podatników jak złoto. Że to wina zarządzających polską nauką, braku wizji, pieniędzy, właściwego systemu premiowania itp. itd. Kogo to może obchodzić ? Precz ze smutnymi panami, którzy plotą głupstwa uroczystym torem, precz z nygusami w togach ! Koniec z życiem na krechę ! My ludzie ciężkiej pracy wstydzimy się za takich profesorów”
Podpisali:
Członkowie Zarządu Stowarzyszenia Hodowców Trzody Chlewnej.
 
Na szczęście to tylko żart. Polscy hodowcy trzody mają zdecydowanie więcej oleju w głowie, niż niejeden p…….
 
PS.
Nie ustosunkowuję się do głównych tez profesorskiego artykułu, które dotyczyły sprawy publicznych mediów, ponieważ nie znam mechanizmów zarządzania radiem i telewizją. Wolę się powstrzymać z komentarzem także z innego powodu: nie jestem pewien czy niemądry wstęp profesora pozwoliłby mi na obiektywne rozważenie jego propozycji. 
 
Jan Leśny
O mnie Jan Leśny

Cenię uczciwość i prostolinijność.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Rozmaitości