Swego czasu „wybuchła” sprawa Brunona Jasieńskiego. Chodziło o zmianę nazwy ulicy w Klimontowie, która nosiła jego imię. Niestety „postępowe” media (m. in. Polityka, Gazeta Wyborcza) rozpętały taką kampanię w obronie poety, że nie tylko nie dano samorządowi Klimontowa szansy wypowiedzenia się w tej sprawie, ale nawet zastraszono IPN, który pierwotnie zasugerował, aby ulicy B. Jasieńskiego nadać inną nazwę. Nie byłaby to kwestia warta jakiejś szczególnej uwagi, gdyby nie wpisywała się w szerszą kampanię na rzecz zacierania pamięci o zbrodniach komunizmu.
Najpierw jeden z urzędników IPN napisał w piśmie do Rady Gminy Klimontów, że nazwa ulicy B. Jasieńskiego powinna być zmieniona z powodu komunistycznej przeszłości poety. Gdy w mediach pojawiły się publikacje podnoszące zasługi B. Jasieńskiego i zarzucające urzędnikowi IPN ciasnotę horyzontów, prezes tej instytucji wysmażył do radnych Klimontowa kolejne pismo, w którym podważał opinię swojego podwładnego i stwierdził autorytatywnie, że Jasieński zasłużył na swoją ulicę.
Czyżby obaj urzędnicy IPN, a także optujące za Jasieńskim media, byli zdania, że mieszkańcy Klimontowa skaczą jeszcze po drzewach i nie dorośli do samodzielnych decyzji w swoich własnych sprawach ? Jak ocenić woltę IPN ? Według mnie pachnie to tchórzostwem.
Zamiast debaty wrzask „postępowych” mediów
Patronem jednej z ulic Klimontowa poeta stał się w czasie komunizmu, kiedy osobistości, które ludzie mieli w terenie podziwiać, przywożone były w teczkach. Mieszkańców Klimontowa, ani miejscowych czynników decyzyjnych nikt o zgodę na pewno nie pytał. Zatem list urzędnika IPN sugerujący zmianę nazwę ulicy Jasieńskiego – acz ingeruje w wewnętrzne sprawy miasta – powinien być potraktowany jak dopust boży. Stworzył on bowiem świetną okazję do przypomnienia artystycznej sylwetki poety oraz zapoznania się z jego poglądami. Rada Klimontowa wreszcie mogłaby podjąć właściwą – jakakolwiek by ona była – decyzję. Najlepszą rzeczą, jaką można było dla radnych tej gminy zrobić, to dostarczenie im możliwie najobszerniejszych materiałów o Jasieńskim, by mogli wyrobić sobie o tym artyście jak najbardziej obiektywny pogląd. Tym bardziej, że sugestia urzędnika IPN, to z pewnością nie polecenie służbowe. O IPN można wiele złego powiedzieć, ale na pewno nie to, że przejął funkcję dawnego PZPR. Dziś odwaga nie kosztuje tyle, co kiedyś i gdyby radni Klimontowa pokazali IPN-owi figę, to włos z głowy by im za to nie spadł.
Casus Jasieńskiego powinien być pretekstem o ogólnokrajowej debaty na temat typowania kandydatów na patronów ulic, placów czy budynków użyteczności publicznej. Jakie kryteria powinni spełniać kandydaci ? Czy patriotyzm, bądź choćby lojalność wobec państwa polskiego powinny być wymagane bezwzględnie ? Czy może warto tolerować wyjątki, jeżeli ma się do czynienia z postaciami szczególnie wybitnymi ? Czy wybitność i szczególna biegłość w jakiejś sztuce, bądź dziedzinie nauki, jest w stanie zrekompensować niedostatek kwalifikacji moralnych kandydata ?
Niestety adwokaci Jasieńskiego stłumili tę dyskusję w zarodku wyraźnie dając do zrozumienia, że kto jest za „odebraniem” mu ulicy, ten jest niedouczony, ma zapędy inkwizytorskie i wyraźnie nie staje mu inteligencji i kultury, by docenić zasługi tak wielkiej osobowości jak autor „Słowa o Jakubie Szeli”.
Nie czuł się obywatelem II RP
Jako artysta Jasieński był postacią nietuzinkową, pod względem intelektualnym wysoko wyrastał ponad swoje otoczenie. Jego twórczość – płód bujnej fantazji, napuszonej uczoności i maestrii słowa, dziś szokuje już bardziej tytułami, niż ważkością treści. Ale kiedyś pisarz bardzo ubarwiał polską rzeczywistość, wprowadzał na prowincję powiew świeżości, poruszał szare komórki. Czy „podoba” nam się jednak Jasieński jako komunista, obywatel Sowieckiej Rosji i członek Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii bolszewików, który II Rzeczpospolitą nazywa „skleconym naprędce państwem kapitalistycznym” ? W „autobiografii-ankiecie” powstałej już w ojczyźnie światowego proletariatu napisał m.in. „W Zawiązku Radzieckim przebywam już dwa lata. [...] Żyjąc i pracując w ZSRR nie uważam siebie za emigranta i myślę, że jeżeli swą codzienną działalnością nie zapracowałem dotychczas, to zapracuję sobie na prawo obywatelstwa w szeregach bohaterskiego proletariatu tego kraju”. W dokumencie tym znalazła się również deklaracja, że dalsze utwory zamierza pisać po rosyjsku, ponieważ „rola jaką mogą odegrać wiersze [proletariackie] w języku polskim jest bardzo niewielka”. Jeżeli ów dokument jest autentyczny to wynika z niego ponad wszelką wątpliwość, że Jasieński nigdy nie czuł się ani polskim patriotą, ani też lojalnym obywatelem Polski. Odrodzone państwo polskie uważał za nieporozumienie i w gruncie rzeczy żałował, że ZSRR r. nie wymazał go w 1920 r. z mapy świata.
Ktoś może powiedzieć, że Jasieński znalazł się w dobrym towarzystwie. Wszak II Rzeczpospolita nie podobała wielu polskim patriotom, wielu jej znamienitych osobistości pragnęło zmiany istniejących stosunków politycznych i społecznych. Steki przeciwników sanacji trafiły do Berezy Kartuskiej, a tak wielka i znamienita postać jak Wincenty Witos została zmuszona do emigracji. Na szczęście między nimi a Jasieńskim była fundamentalna różnica. Na szczęście – za wyjątkiem komunistów i niektórych przedstawicieli mniejszości narodowych – nikt z przeciwników Piłsudskiego swej niechęci do rządzących nie rozszerzał na całą Polskę, nikt z nich nie kwestionował jej niepodległości. Walczyli z dyktaturą Piłsudskiego, ale nie walczyli z Polską, nie pragnęli jej ubezwłasnowolnienia i poddania ZSRR.
Patriotyzm nie jest obowiązkowy, ale przyzwoitość - tak
Oczywiście nikogo nie można zmuszać do patriotyzmu i lojalności wobec własnego kraju. Jasieński mógł się do Polski rozczarować, mogła nie spełnić jego oczekiwań polska kultura. Mógł się czuć przez Polskę oszukany, mógł ją postrzegać nie jako ojczyznę-matkę, lecz macochę. Dziś wiele dziesiątek lat po jego śmierci, nie znając ówczesnych warunków z autopsji, powinniśmy być daleko od potępiania w czambuł wszystkich jego dokonań. Tym bardziej, że Jasieński nie zdążył swojemu krajowi aż tak bardzo zaszkodzić (udała mu się tylko nagonka na Izaaka Babla) i zginął tragicznie, „zamordowany” przez ideologię której służył.
Na początku swej politycznej drogi Jasieński mógł rzeczywiście pragnąć poprawy doli ludu, mógł się czuć zobowiązany do solidarności z najbiedniejszą częścią społeczeństwa. Problem jednak polega na tym, że komuniści nie pragnęli wcale sprawiedliwości, tylko krwawej odpłaty. Nie chodziło im li tylko o odebranie ziemi obszarnikom, lecz także o ich unicestwienie, nie zadawalali się odebraniem fabryk kapitalistom, lecz zamierzali ich jeszcze zniszczyć jako ludzi. Komunizm od początku obiecywał krwawą zemstę zanim jeszcze przerodził się w najkrwawszą dyktaturę w dziejach ludzkości. Ktokolwiek się z tą ideologią wiązał musiał mieć tego świadomość. Wystarczy poczytać starego Singera, by się przekonać, że komunistom warszawskim, marzyła się nie tylko władza, ale i skąpanie przeciwników klasowych we krwi. Ktokolwiek miał choćby blade pojęcie o zrealizowanym wariancie rewolucji, doskonale wiedział, że to nie czcze przechwałki. Rewolucyjna rzeż miała mieć moc oczyszczającą, niczym krwawa rozprawa z niewiernymi.
Zatem nawet daleko idąca wyrozumiałość dla życiowych wyborów Jasieńskiego, nie może bynajmniej skutkować nazwaniem jego imieniem ulicy i szkoły. Czym innym jest przecież próba zrozumienia jego motywacji, a czym innym stawianie go za wzór. Absurdem jest obstawanie przy utrzymaniu ulicy jego imienia w państwie, którego się wyrzekł. Swoją działalnością B. Jasieński napisał jednoznaczny testament: moja nowa ojczyzna – Związek Radziecki jest mi najbliższa, pragnę poświęcić się bez reszty sprawie rewolucji i zasłużyć na godność pisarza radzieckiego. Utrzymując w Polsce ulicę jego imienia sprzeniewierzamy się temu testamentowi. Nie ma potrzeby uszczęśliwiać go na siłę.
Jasieński zasłużył na odpowiednie miejsce w historii Polski
W komunistycznej Polsce taka postać mogła być wzorem do naśladowania, natomiast w Polsce demokratycznej, w kraju, który jako pierwszy w bloku wschodnim zrzucił więzy totalitaryzmu, który stał na powrót kapitalistyczny, tolerowanie go jako patrona ulicy, to podwójna obraza. Po pierwsze, obraża to pamięć samego Jasieńskiego, który – jakby to powiedzieli komuniści – raptem zaczął patronować jakiemuś klerykalnemu zaułkowi („jego” ulica położona w pobliżu kościoła) w burżuazyjnym kraju, spadkobiercy tego, którego nie znosił. Po drugie, jest to również obraźliwe dla wszystkich, którzy narażali życie w walce z totalitaryzmem, skoro niekwestionowany totalitarysta nadal traktowany jest jako postać do naśladowania.
Jako jeden z powodów przemawiających za ostaniem się ulicy Jasieńskiego, podaje się również fakt, że Jasieński był przede wszystkim pisarzem, a nie politykiem. Bzdura. Było całkiem odwrotnie: „[...] swą pracę literacką traktowałem i zawsze traktuję jako wspomagającą aktualne prace polityczne” –stwierdza autor „Buta w butonierce”.
Nie zmienia to faktu, że dla wielu Jasieński może się wydawać postacią fascynującą. Był przecież człowiekiem fenomenalnie uzdolnionym, poliglotą tworzącym w kilku językach, świetnym organizatorem. Kontakt z jego poezją morze być orzeźwiającym intelektualnie doświadczeniem. Dlatego też nikt nie zabrania popularyzacji jego utworów poetyckich, nikt nie zabrania utworzenia towarzystwa miłośników jego twórczości, nikt też nie zabroni mieszkańcom Klimontowa udziału w Brunonaliach, jeżeli taka impreza się odbędzie. Jasieński może być nadal obecny w naszej historii. Ważne tylko, żeby pozostał w niej na swoim miejscu i w odpowiednim charakterze. Na pewno nie powinno to być miejsce eksponowane i na pewno nie powinien występować w charakterze wzoru do naśladowania. Trzeba zawsze pamiętać, że – wbrew temu, co Jasieński głosił – lwia cześć tego, co robił nie tylko nie służyła, ale wręcz szkodziła dobru ludzkości. Z ruchem komunistycznym poeta związał się w 1923 r. i pozostał wierny tej ideologii do końca życia. Przez ostatnie piętnaście lat swojego żywota – czyli przez większość okresu dojrzałego – staczał się po równi pochyłej. Zatem niechęć wobec pozostawienia go patronem ulicy, nie jest skutkiem złośliwców, którzy szukali haków w jego życiorysie. Trudno przecież mówić o haku w biografii, skoro niemal całe dojrzałe życie przemawia przeciwko poecie.
Na „własną” ulicę zasługuje Jerzy Jasieński
Jakże odmienną drogą B. Jasieńskiego poszedł jego ojciec Jakub Zysaman i brat Jerzy Jasieński. Obaj poświęcili się medycynie. Pierwszy zapamiętany został jako świetny lekarz i człowiek o wielkim sercu, leczący za darmo biedaków w Klimontowie. Drugi był profesorem medycyny, ordynatorem w jedynym ze szpitali warszawskich, wybitnym naukowcem, tytanem pracy bez reszty oddanym sprawie chorych. Nie ma w Polce zbyt wielu ludzi, którzy swoje talenty tak pięknie rozwinęli i wykorzystali w służbie temu, co dobre i piękne. Przed B. Jasieńskim też z pewnością otwierała się taka szansa...
Nie wiem nic o poglądach politycznych ojca i brata B. Jasieńskiego, ale jakiekolwiek by one nie były, nie mają żadnego znaczenia w porównaniu z ogromem dobra, które uczynili. Wierność przysiędze Hipokratesa, to coś więcej niż wierność ideologii, to wierność ogólnoludzkim zasadom moralnym, które B. Jasieński niestety zawiesił na kołku. Nikt kto się w Polsce urodził nie ma obowiązku czuć się Polakiem ani polskim patriotą. Każdy jednak powinien dążyć do tego, by być dobrym człowiekiem. Niestety fascynacja rewolucyjną rzezią i terrorem, nie wystawia B. Jasieńskiemu dobrego świadectwa przede wszystkim jako człowiekowi, choć mógł rzecz jasna, mieć chwile refleksji, w których żałował obranej drogi.
I wreszcie kwestia ostatnia. Krwiożerczość komunizmu okazała się większa niż faszyzmu. Komunizm trudniejszy był jednak do rozszyfrowania i obezwładniał intelektualnie skuteczniej niż faszyzm. Dlatego zwykliśmy „mierzyć” te ideologie oraz ich skutki różnymi miarami. Moim zdaniem to błąd. Stosując taryfę ulgową wobec komunizmu dopuszczamy się moralnego nadużycia, głównie wobec jego ofiar. Wszak komunizm pozostawił po sobie o wiele więcej trupów i różnych nieszczęść ludzkich niż faszyzm. Jednak piętnując moralnie oba totalitaryzmy postępujemy wbrew tym faktom i główny akcent kładziemy na faszyzmie. Czyżby śmierć z ręki komunistów była mniej straszna ? Czyżby ofiary komunizmu w sensie ludzkim mniej znaczyły niż ofiary hitleryzmu ? Ile istnień ludzkich powinien pochłonąć komunizm, by na skali zła zrównać się z hitleryzmem ?
Każdy z tych ustrojów był inny, każdy uśmiercał według innego klucza (hitleryzm – klucz rasowy, komunizm – klucz klasowy), ale oba miały zasadniczą cechę wspólną: masowe mordy były wpisane w ich struktury. Czy kilka milionów Ukraińców, którzy umarli śmiercią głodową, to w sensie ludzkim mniejsza strata niż kilka milionów Żydów ? Czy żywot ludzi, który stracili życie podczas wojny domowej w Rosji, w łagrach, w wyniku licznych powstań chłopskich, klęsk głodu, kolejnych czystek stalinowskich, deportacji... mniej znaczy niż życie ludzi, którzy zostali zgładzeni w hitlerowskich obozach zagłady ?
Zatem dlaczego nawet cień współpracy z hitlerowcami przekreśla człowieka w sensie społecznym, natomiast pełne i świadome zaangażowanie w komunizm traktowane jest jako rodzaj niegroźnego skrzywienia ? Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie z jak wielkim potępieniem spotkałby się Bruno Jasieński, gdyby przyjął obywatelstwo III Rzeszy i zapisał się do NSDAP ? Czy ktokolwiek rozgrzeszyłby go z tego czynu, nawet gdyby był poetyckim geniuszem ? A przecież hitleryzm w sensie „ilościowym” nie był największym złem ludzkości. Oczywiście jestem przeciwny temu, by traktować Jasieńskiego z równą niechęcią jak współpracowników Hitlera, ba nie jest nawet za tym, by traktować go z jakąkolwiek niechęcią. Cokolwiek uczynił, można mu wybaczyć. Jednak stawianie go za wzór, to zgoda na moralny daltonizm.
Szkoda, że w Klimontowie nie uhonorowano ulicą Jerzego Jasieńskiego, zamiast Brunona. Zachowana by wówczas elementarna uczciwość moralna, która nakazuje czcić tych, którzy potrafili być wielcy i zrozumieć (nie stawiając ich jednak za wzór do naśladowania) tych, którzy opowiedzieli się po stronie krwawej dyktatury.
Prof. Balcerzan uważa, że w ramach wyrażania poglądów można działać na szkodę swojego państwa
Prof. Balcerzan w emocjonalnym liście do Rady Gminy Klimontów (publikacja: Gazeta Wyborcza) napisał m.in.:
„Czy Jasieński był komunistą? Był antyfaszystą, romantykiem rewolucji proletariackiej, ofiarą jej patologii sowieckiej, postacią głęboko tragiczną. Wrażliwy aż do bólu na krzywdę i nietolerancję, wierzył - naiwnie? - w utopię ludzkości wyzwolonej z konfliktów narodowych i społecznych, tak jak w na początku XX wieku wierzyło wielu wybitnych myślicieli i artystów. Kto nie potrafi odróżnić ludzkich marzeń od brutalnej polityki totalitaryzmu, ten nie rozumie XX wieku. Ten nie rozumie demokracji, skoro domaga się zemsty za coś, co w demokracji powinno być święte: za poglądy, za nadzieje, za złudzenia, za ofiarę życia”.
Warto w związku z tym wyjaśnić, że pozbawienie B. Jasieńskiego własnej ulicy w Klimontowie, to wcale nie zemsta, tylko uwolnienie poety od ciężaru patronowania ulicy w kraju, z którym się nie utożsamiał i przeciwko któremu skierowana była ideologia, której służył. Poza tym żadna demokracja nie oznacza zgody na podkopywanie fundamentów państwa, którego jest się obywatelem, a w tym się specjalizowali polscy komuniści. Nie ma i – mam nadzieję – nigdy nie będzie na świecie demokracji, która pozostawałaby obojętna wobec systematycznego, planowego i opartego na ścisłej współpracy z wrogim mocarstwem działania na szkodę własnego kraju.Prawidłowo w sprawie Jasieńskiego zachowała się demokracja francuska, wydalając go ze swego kraju, jako komunistycznego szkodnika. Gdyby polscy komuniści ograniczali się tylko do snucia naiwnych planów w warszawskich i krakowskich kawiarniach, to rzecz jasna, mieliby do tego święte prawo. Jednak agenturalna działalność mająca na celu niszczenie z trudem odzyskanego państwa polskiego[1], to nie jest tylko wyrażanie poglądów, to przejaw kolaboracji.
Dobrze, że Pan Profesor chciałby uchronić Jasieńskiego przed aktem zemsty. Lepiej by jednak było, gdyby częściej się pochylano nad losem polskich patriotów, którzy stracili w Polsce życie w wyniku krwawej zemsty komunistów. Dziś nikt nie próbuje się mścić na komunistach (przez 20 lat niepodległości żadnemu nie spadł włos z głowy). Istnieją jedynie nieśmiałe próby obnażenia ich zbrodni. Ale i tego rodzaju sprawiedliwość okazuje się dla niektórych trudna do zniesienia. Czyżby bliższa im była sprawiedliwość rewolucyjna, wymierzana w piwnicach bezpieki ?
O oczywiście nikt nie zarzuca B. Jasieńskiemu, że osobiście doprowadził do jakiejś konkretnej zbrodni. Jego wina polega na gloryfikowaniu zbrodniczego systemu. O tym, że jest on zbrodniczy po prostu nie dało się nie wiedzieć, mieszkając w Związku Sowieckim, choć rzecz jasna można było je relatywizować, usprawiedliwiać czy wypierać ze świadomości. Gdy się ma lat 17,18 można się fascynować rewolucyjną pożogą prowadzącą do rzekomo świetlanej przyszłości, ale gdy ma się lat 30 i więcej, to nie sposób nadal być ślepym wobec faktu, że droga do świetlanego jutra prowadzi przez góry trupów.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)