Pan Andrzej Wajda już brał raz udział w wojnie domowej, opowiadając się filmem „Popiół i diament” po stronie komunistów.
Maciek Chełmicki, reprezentujący podziemie niepodległościowe skończył, w interpretacji Wajdy, na śmietniku, tak jak idea, której służył. Teraz Wajda stał się promotorem kandydata na prezydenta Bronisława Komorowskiego, który odwołuje się do AK-owskich tradycji, kłuje w oczy swym klejnotem szlacheckim i pokrewieństwem z dowódcą Armii Krajowej Tadeuszem Borem Komorowskim.
Trzeba przyznać, że ma tupecik ten Pan Andrzej, ma. Inny na jego miejscu zająłby się co najwyżej robieniem filmów i ewentualnie modlitwą o to, by ta część Polski, którą wytarzał w śmietniku zechciała mu wybaczyć ten zakłamany film. On jednak poczyna sobie wręcz przeciwnie – uzurpuje sobie prawo do bycia „sumieniem narodu”.
Ktoś może powiedzieć, że nie można być tak pamiętliwym. Owszem, nie można, lecz tylko wówczas, gdy ktoś raz zbłądziwszy, staje się później mądry swoimi błędami. Pan Wajda nie wyciągnął jednak wniosków z przeszłości i – podobnie jak to kiedyś robili komuniści –
wojennym językiem zachęca do budowania zgody narodowej, którą jego faworyt w wyborach prezydenckich raczył wypisać na swym sztandarze. Sam nie wiem czego jest w tym więcej: hipokryzji czy głupoty ?
Bronisław Komorowski jeżeli chce wyjść z twarzą z tej kampanii, to powinien przepędzić przynajmniej część swego przezacnego komitetu honorowego. Chyba, że… jest tego samego pokroju co Pan Wajda i nie ma nic przeciwko hańbieniu pamięci formacji, którą jego krewny dowodził.
Chciałoby się do p.o. prezydenta zawołać: Panie Bronisławie, więcej szacunku dla swojej rodziny, dla swoich bohaterskich przodków !



Komentarze
Pokaż komentarze (4)