Pan Janusz Majcherek to profesor, który interpretuje zjawiska społeczne za pomocą stereotypów, co w sposób ewidentny dyskwalifikuje go jako uczonego.
Jego zdaniem mieszkańcy wsi, którzy głosowali w wyborach prezydenckich na Jarosława Kaczyńskiego, to cwaniacy zainteresowani przede wszystkim w dojeniu państwa. Ciągle dopominają się o rozbudowany socjal, kosztem reszty ciężko pracującego społeczeństwa. Dominują wśród nich nieudacznicy lub lenie, którzy nie chcą wziąć na siebie odpowiedzialności za zabezpieczenie materialne własnych rodzin. Profesor nie jest odosobniony w swych sądach, wśród osób nie orientujących się w problemach ludności rolniczej, takie zdania słyszy się na tyle często, że urosły już do „rangi” stereotypów.
Nie wiem czy Pan Profesor zdaje sobie sprawę, że równie krzywdzącymi stereotypami można bez trudu obciążyć każdą grupy narodowościową, zawodową czy społeczną. A stereotyp, którym uczony posłużył się w swym artykule jest z tej samej półki, co stwierdzenia: „Żydzi są fałszywi”, „Polacy to antysemici”, „Rosjanie to alkoholicy”, „Arabowie to terroryści”, „Inteligenci to darmozjady”, „Uczeni są zakręceni”, „Romowie to brudasy”. Każdy z nich zawiera przecież jakąś cząstkę prawdy i słuszność każdego można udowodnić jednostkowymi przykładami, co nie zmienia jednak faktu, że generalnie każdy z nich jest fałszywy.
Polscy naukowcy nie radzą sobie wcale lepiej niż chłopi
Gdy przywołamy stereotypy na temat świata polskiej nauki powtarzane w prasie, to obraz uczonych, jaki się z nich wyłoni, okaże się wręcz groteskowy. Bardzo wielu naszych pracowników nauki nie wykazuje się po prostu niczym, albo prawie niczym – głoszą niektóre tytuły. Liczba cytowań ich prac, wynalazków, odkryć w stosunku do liczby naszych naukowców jest zastraszająco niska. O polskiej nauce decydują stare pryki, które największą aktywnością wykazują się wtedy, gdy trzeba zablokować karierę młodych i wybitnych. Podtrzymują anachroniczną ścieżkę awansu z nikomu niepotrzebną habilitacją.
Okazuje się korporacja naszych uczonych to środowisko wyjątkowo konserwatywne, zhierarchizowane, zacofane i żądne przywilejów. Najlepsze polskie uniwersytety to zaledwie trzecia, a może nawet czwarta liga światowej nauki. Nie tylko nie mają osiągnięć badawczych, ale i kształcą na żałośnie niskim poziomie. W stosunku do czasów komuny jest niewątpliwy postęp, ale tylko pod względem braków w nauczaniu: magistrem może zostać nawet ten, kto kupił sobie maturę na bazarze, albo zrobił ją w rok. Gros studentów, to wtórni analfabeci, którzy niczego nie czytają i nie umieją się poprawnie wysłowić. Czy taki jest rzeczywisty obraz polskiej nauki i szkolnictwa wyższego ?
Niektóre z powyższych sformułowań odpowiadają prawdzie, ale część to zapewne krzywdzące stereotypy. Powtarzane raz, drugi i trzeci tworzą atmosferę nagonki na naukowców. Wielu uczonych, którzy walczą z biurokratyczno-kumoterskim betonem – rządzącym przynajmniej niektórymi naszymi uczelniami – i stają na głowie, by zdziałać coś dla dobra prawdziwej nauki, może to uznać przejaw lekceważenia czy wręcz pogardy ze strony filistrów, którzy opierają swoje sądy na pół i ćwierćprawdach.
Korzystanie chłopów z pomocy państwa to ekonomiczny przymus
Na podobnej zasadzie formułuje swe sądy o wyborcach Kaczyńskiego prof. Majcherek. Wiadomo przecież, że nie wszyscy rolnicy małoobszarowi są roszczeniowi, nie wszystkich też cechuje cwaniactwo. Korzystanie przez nich z różnych form pomocy państwa czy Unii Europejskiej, to wcale nie jest ich sposób na życie, tylko skutek ekonomicznego przymusu.
Dla nich idealnym rozwiązaniem byłoby zapewnienie takich cen zbytu i produktów, aby ich gospodarstwa byłby opłacalne. Dla rolników złotym okresem były lata gierkowskie. Wtedy każdy rolnik, który gospodarował na areale od 7-8 ha wzwyż, był rolnikiem rozwojowym. To wtedy wieś zaczęła budować piętrowe domy z łazienkami, specjalistyczne obory i kupować maszyny. Obszarników pracujących na 50-100 ha nie było prawie w ogóle. Dziś małe gospodarstwa nie są w stanie zarobić na utrzymanie rodziny. Bez pomocy państwa większość rolników musiałaby porzucić swoje domy i szukać szczęścia w mieście, gdzie i bez chłopów trudno o pracę.
Czasy gierkowskie na wieś już nie powrócą – tego wszyscy chłopi są już świadomi, ale to z pewnością nie wystarczy, by zmienić strukturę gospodarstw. Potrzeba dużej liczby miejsc pracy poza rolnictwem (2 może 3 miliony), których wieś przy jej obecnych zasobach finansowych nie jest w stanie stworzyć sama. Tam wielki kapitał nie chce inwestować, a sektor usług jest ograniczany jest niskim popytem, będącym z kolei skutkiem niskich dochodów wiejskiej ludności.
Wieś bez pomocy przypuści szturm na miasta
Można odciąć wieś od pomocy finansowej i spowodować, że właściciele małych gospodarstw będą sprzedawać swoją ziemię bogatszym producentom (obecnie oddają ją często w dzierżawę). Ludzie ci jednak nie znikną z powierzchni ziemi, będą musieli z czegoś żyć. Zaczną więc szturmować miasta w poszukiwaniu pracy i mieszkań. Miasta mając spore ilości własnych biedaków i bezrobotnych, potraktują ich jak intruzów, a wzniecana przez niektóre media i naukowców tej maści co Janusz Majcherek, nagonka na chłopów przybierze na sile, co jeszcze bardziej zatruje stosunki między ludnością wiejską i miejską. Wokół wielkich miast powstaną slumsy, a ich mieszkańcy będą się bić o dostęp do śmietników… Wzrośnie przestępczość, a tak szanowani obywatele jak Pan Profesor jeszcze bardziej będą się bali wyjść ze swoich domów o zmroku… Przy okazji wyjdzie też na jaw prawda o naszej transformacji. Wmawianie ludziom, że była wspaniała, a jej realizatorzy nie popełnili żadnych błędów, stanie się wtedy niemożliwe.
Czy tego rzeczywiście oczekuje prof. Majcherek ? Czyżby chodziło mu o wyrzucenie pozna nawias życia społecznego kolejnych rodzin, rozszerzenie strefy ubóstwa, upokorzenie wiejskiego elektoratu Kaczyńskiego i Leppera oraz pogorszenie bezpieczeństwa wszystkich obywateli ?
Transformacja jednym pomogła, drugich dobiła
Musimy pamiętać, że faktyczne bezrobocie w Polsce jest dużo wyższe niż to wynika z oficjalnych statystyk. Ogromne rzesze ludzi zdolnych do pracy odeszły przecież na wcześniejsze emerytury, bądź na renty. Te ostanie nawet jeżeli są orzekane na podstawie faktycznego stanu zdrowia, nie byłby przyznawane w takiej liczbie, gdyby była praca. Wielu rencistów wolałoby przecież pracować, mimo nietęgiego zdrowia, niż przeżywać koszmar cyklicznego stawania przed komisją lekarską i życia z łatką pasożyta społecznego.
Procent zatrudnienia jest u nas najniższy w Europie, ponieważ w okresie transformacji o wiele szybciej niż gdzie indziej likwidowano stare miejsca pracy i zbyt wolno i w niedostatecznej liczbie tworzono nowe. Powstała wielka nadwyżka rąk do pracy zarówno w mieście, jak i na wsi. Z tą różnicą, że potencjał rozwojowy dużych miast jest zawsze wyższy niż w małych miejscowości. Od ery przemysłowej miasta wchłaniały nadmiar siły roboczej ze wsi.
W czasie transformacji proces ten został jednak zahamowany. W pierwszej jej fazie warunki ekonomiczne na wsi uległy znacznemu pogorszeniu, a liczba ludności, której przyszło żyć w oparciu o wiele mniejsze zasoby finansowe – wzrosła. Wszak zakłady pracy redukując załogi w pierwszej kolejności pozbywały się chłoporobotników. To ta grupa rolników w pierwszej kolejności skazana jest na pomoc socjalną państwa, ponieważ w oparciu o ich karłowate gospodarstwa nie da się utrzymać rodziny. Gdy problem dotyka starszych, to pół biedy, ale gdy w rodzinie są dzieci w wieku szkolnym, to normalnie funkcjonowanie bez stałego przypływu gotówki jest niemożliwe. Ludzie ci nie mają szans ani na wydatne powiększenie gospodarstwa (brak środków), ani szans na pracę w mieście, które już wcześniej się na nich wypięło.
Oczywiście można zdać pytanie: dlaczego nikt nie wziął pod ochronę robotników bankrutujących zakładów pracy ? W takim pytaniu jest jednak wiele nieprawdy, ponieważ zielone światło dla osób ubiegających się o renty i wcześniejsze emerytury było formą ochrony dla ludzi w wieku niemobilnym, mających największe problemy w odnalezieniu się na wolnym rynku pracy, podobną rolę miały spełniać odprawy górnicze. Poza tym szanse znalezienia nowego zajęcia w mieście zawsze były większe niż na wsi. To głównie w miastach rozwinął się sektor usług, to w miastach większe szanse na powodzenie miała mała przedsiębiorczość, to w miastach wreszcie inwestował zagraniczny kapitał.
Wieś się zmienia, ale nie wszystko od niej zależy
Struktura agrarna kraju się zmienia i będzie się zmieniać coraz szybciej, jeżeli wieś będzie miała więcej pieniędzy. Jeżeli będą środki na inwestowanie w przetwórstwo, jeżeli nastąpi wzrost zapotrzebowania na usługi, jeżeli wreszcie gospodarka kraju będzie się rozwijać na tyle dynamicznie, że ci, z rolników, którzy będą chcieli swą przyszłość zaplanować w mieście, nie będą tam traktowani jak intruzi. Jednak o większości tych procesów nie decydują sami chłopi, tak samo jak o powodzeniu, bądź niepowodzeniu, transformacji nie zdecydowali sami robotnicy.
Oczywiście chłopi nie są też winni temu, że sporo ludzi nie utrzymujących się z rolnictwa, którzy nigdy nie byli związani z wsią, kupuje po hektarze ziemi, by wyłudzić świadczenia z KRUS-u. To ci ludzie mają obecnie największy wpływ na statystyczne rozdrobnienie gospodarstw. Powierzchnia upraw gospodarstw produkujących na rynek powoli, ale systematycznie rośnie, między innymi dlatego, że drobni posiadacze oddają swoją ziemię w dzierżawę bogatszym gospodarzom.
Majcherek się kompromituje
Profesor Majcherek nie przytacza żadnych badań, żadnych naukowych opracowań traktujących o zagadnieniach, na temat których wypowiada autorytatywne sądy[1]. Posiłkuje się jedynie artykułem Pani Krystyny Naszkowskiej (Lekkostrawny Kaczyński)[2], który jest pełen uprzedzeń i łatwych uogólnień. Autorka wyciąga na podstawie domysłów, domniemań i jednostkowych przykładów. W przypadku dziennikarski takie podejście do problemu można od biedy nazwać niefrasobliwym. Jednak gdy profesor socjologii prezentuje taki sposób dochodzenia do prawdy, to nie jest to tylko niekompetencja. To jest po prostu głupota i zła wola.
W tekście Naszkowskiej i Majcherka między wierszami pobrzmiewa również nuta obrazy na preferencje wyborcze wsi. Bo czy to w porządku, że prosty i zacofany lud dostaje do ręki potężny oręż – głos, który waży tyle samo, co głos intelektualisty ? Straszne ! Prawda. Może należałoby wprowadzić zmiany w ordynacji wyborczej, żeby głosy ludzi zacofanych ważyły połowę lub jedną czwartą tego, co znaczą do tej pory. Może tego właśnie wymaga dobro ojczyzny ?
[1]We wcześniejszym tekście „Pieniądze polskiej wsi szkodzą” Janusz Majcherek przytoczył co prawda wypowiedź Prof. Hrynkiewicza, ale nie wyjaśnił czy cytowany udowodnił swą tezę badaniami, czy tylko wziął ją z sufitu.
[2] Przy okazji warto zwrócić uwagę, że Naszkowskiej coś się pokręciło. Najpierw stwierdza: Z majowego sondażu CBOS wynika, że na Jarosława Kaczyńskiego ma ochotę zagłosować 40 proc. rolników, na Bronisława Komorowskiego 34 proc., 14 proc. dostanie Andrzej Lepper, a lider ludowców Waldemar Pawlak jedynie 6,
natomiast parę linijek niżej autorka oznajmia z bólem:
Kandydat PO Bronisław Komorowski może liczyć głównie na właścicieli dużych i bardzo dużych gospodarstw […] Tyle że takich dużych gospodarstw i podobnie myślących rolników mamy w kraju zaledwie 10 proc. To do wygrania wyborów za mało.
Co się stało 24. procentami wyborców Komorowskiego ? Logika podpowiada, że nie są to rolnicy wielkoobszarowi (tych jest tylko 10 proc.) oraz to, że oni też zagłosują na kandydata PO. Rozumując kategoriami Pani Naszkowskiej można wyprowadzić wniosek, że nie wszyscy rolnicy gospodarujący na małych areałach są tacy zacofani. Ta część, która zamierzała głosować na Komorowskiego, okazała się całkiem postępowa.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)