W trakcie kampanii prezydenckiej do pewnego stopnia podziwiałem Kaczyńskiego, bo ubrał się w obcą sobie skórę i o mały włos ta mistyfikacja doprowadziłaby go zwycięstwa. Musiało go to wiele kosztować i właśnie to poświęcenie imponowało mi najbardziej. Świadczyło, że dla dobra Polski gotów jest się zmienić, jednocześnie nie sprzeniewierzając się za bardzo ideom, które mu przyświecają, choć muszę też przyznać, że przynajmniej dwa razy poszedł w gołąbkomanii za daleko.
Liczyłem, że Kaczyński pokaże, że można nie rezygnować z silnego akcentu na patriotyzm i zarazem nie stwarzać swoim przeciwnikom okazji do walenia w siebie jak w bęben, że można rozmawiać z nieprzychylnymi mediami, zamiast obrażać się na nie jak niedopieszczona primadonna oraz że będzie można (po kampanii) drążyć sprawę katastrofy smoleńskiej i nokautować rząd formułowanymi na zimno wnioskami, zamiast pomstować w sposób gołosłowny i emocjonalny… To wymagało jednak dużego poświęcenia i wysiłku intelektualnego.
Mówić, co się myśli i robić, co się myśli jest bardzo łatwo. Jeżeli się nie znosi Tuska i jego świty, to nie ma nic prostszego niż stwierdzenie, że uprawia zbrodniczą politykę. Jeżeli się cierpi po nagłej stracie najbliższej osoby, to nie ma nic prostszego i wygodniejszego, niż obciążyć winą za jej śmierć konkretnych ludzi, bo w ten sposób tragedia zyskuje przynajmniej swą racjonalizację. Jeżeli się przegrało wybory, to nie ma nic prostszego i wygodniejszego, jak zanegowanie ich prawomocności, bo nie trzeba wtedy podjąć wysiłku autorefleksji.
Domowi tyrani swoją dominującą pozycję budują często poprzez podkreślanie czego nie lubią lub wręcz nie znoszą. A mogą nie znosić wielu rzeczy: szczawiowej zupy, zapachu piżma, koloru czerwonego, facetów, co nie całują kobiet po rękach, kobiet pijących alkohol, hip-hopu, niemieckiej mowy, ruskiego rocka... Akcentowanie tych swoich anty, to nic innego jak obsikiwanie terenu. Wtedy nie trzeba się do nikogo dostosowywać, wtedy to inni kręcą się wokół tego ktosia. Gdy jest silną osobowością ludzie starają się nie wchodzić na jego terytorium, ale nikt go nie uratuje przed opinią śmierdzącego egoisty.
Tylko rezygnując ze swoich przyzwyczajeń, wygodnych dla siebie zachowań i łatwych ocen pokazujemy ile tak naprawdę jesteśmy w stanie poświęcić dla dobra innych ludzi, bądź dla sprawy. Wiadomo, że Kaczyńskiemu trudno zdobyć przychylność mediów, trudno zachować emocjonalny dystans do spraw, które go zajmują, trudno mu się pogodzić dyktatem sondaży, trudno wreszcie podporządkować się dyscyplinie poprawności politycznej i nadać swej facjacie bardziej przyjazną minę. Ale to wszystko jest mu potrzebne do wygrania wyborów, więc powinien to robić. Wszak wyborów nie wygrywa się dla własnej przyjemności, tylko – mówiąc patetycznie – dla ludzi, dla Polaków, dla Polski. Polska jest najważniejsza, więc dla niej powinien temperować swoje humory.
Że cierpi ? Czy musi cierpieć publicznie ? Jeżeli nie radzi sobie z bólem, to niech się wycofa na kilka miesięcy z czynnej polityki. Ma święte prawo do bólu i takiego sposobu przeżywania tragedii, jaki jest odpowiedni dla jego duszy. Tylko po co ów ból mieszać do polityki ? Po co uprawiać politykę bólu i cierpienia ? Wszak o szczere współczucie w polityce trudniej niż o śnieg w trakcie lata. Oczywiście odpoczynek nie musiałoby od razu oznaczać rezygnacji z kierowania partią.
Kaczyński okazał się w gruncie rzeczy facetem aż do znudzenia przewidywalnym. Jeden z dość przeciętnych dziennikarzy zapytany o przemianę prezesa PiS w czasie kampanii, powiedział, że ta zabawa na pewno nie będzie trwać długo. „Po prostu Kaczyński oskarży wkrótce winnych katastrofy i Wersal się skończy”. I – niestety – spełniło się.
Nie muszę chyba przekonywać, że mnie intrygował Kaczyński, który robił swoje trochę jako anty-Kaczyński. Widziałem w tym twórczy wysiłek i próbę wyjścia ze starej skorupy…Nie jest żadną sztuką posiadanie racji, słuszności i wielkich ideałów przy jednoczesnym tkwieniu na aucie. Polityk robi się naprawdę interesujący dopiero wtedy, gdy znajdzie sposób na przekonanie do swych racji możliwie największą grupę osób. Sposób, jaki się obecnie robi politykę – poprzez media (także te brukowe), sondaże i mizdrzenie się do publiczności – może się wydawać niegodny wielkiego męża stanu. Doskonale wiemy, że na przykład marszałek Piłsudski nigdy by nie przystał na coś podobnego. Niestety czasy Piłsudskiego, kiedy media dopiero zaczynały się liczyć, już minęły. Piłsudskiemu kampanię wyborczą (o ile by się na nią zdecydował) mogłaby zrobić sama legenda, której dziś brakuje nie tylko Kaczyńskiemu, ale wszystkim politykom. Takie czasy. Dziś już nie wystarczy się pokazać ludowi w oknie pałacu, dziś trzeba ten niewdzięczny lud przekonywać i ciułać jego poparcie, jeżeli chce się naprawdę coś dla niego zrobić. Kaczyński to odrzuca, odrzucając tym samym zwycięstwo.
W jednym tylko wypadku można zlekceważyć na pewien czas sondaże: gdy się już pewnie trzyma w rękach stery władzy.
J. Kaczyński taki, jaki jest, robi się już nudny. Od czasu jego wywiadu dla „Gazety Polskiej” realizuje mało błyskotliwy scenariusz przysparzania sobie przeciwników wśród niedawnych przyjaciół. Liczne odmiany tego scenariusza wcielane były w życie już wcześniej i kończyły się zawsze tak samo, albo bardzo podobnie. Dlatego największą przysługą, jaką można teraz oddać prezesowi, jest ignorowanie jego publicznych wypowiedzi, do czasu aż uzna, że ciułanie poparcia to we współczesnej polityce, to nie grzech, tylko prawidłowość i warunek zwycięstwa.
Nie pomogą żadne listy otwarte, wezwania do dyskusji czy wręcz rozpaczliwe wołania o opamiętanie się, bo jedyną osobą, którą prezes jest w stanie uważnie wysłuchać, wydaje się tylko jego matka.
Ale nie uważam też, że PiS, gdy zrezygnuje z konfrontacyjnej retoryki, stanie się Platformą (Kataryna). Punktowanie błędów rządu, nagłaśnianie patologii panujących na rynku pracy (wszystkie przepisy prawa pracy są łamane przy aprobacie liberałów), wskazywanie na konkretne blokady hamujące drobną przedsiębiorczość, zwracanie uwagi na nijakość polskiej polityki zagranicznej (właściwie mogłoby jej nie być) i notoryczny brak choćby drobnych sukcesów w tej dziedzinie itp., itd., to są zadania ciągle jeszcze godne opozycji… Wygląda na to, że śp. Grażyna Gęsicka i Aleksandra Natali-Świat nadal nie mają godnych siebie następczyń czy następców. Śpi też Paweł Kowal, który ze stoickim spokojem mógłby przecież rozwałkować miernego Radka Sikorskiego, miast wypowiadać się o krzyżu. To nadal są rzeczy ważne.
A pomnik dla brata prezesa ? Z uwagi na to, że brat był prezydentem to też ważna rzecz, ale lepiej byłoby, gdyby o to walczył ktoś inny niż prezes. Bardzo przepraszam, ale nie od dziś wiadomo, że rodzina nie jest obiektywna w ocenie dokonań swoich najbliższych.
Wielu już powiedziano o niezastąpioności J. Kaczyńskiego na stanowisku prezesa PiS, ponieważ nikt nie ma jego charyzmy. Taka opinia utrzymuje się m. in. dlatego, że nikt z naprawdę znaczących polityków PiS nie odważył się na serio budować wewnątrzpartyjnej opozycji. Są to ludzie za mało pragmatyczni i przewrotni, aby cierpliwie montować konspiracyjne struktury opozycyjne i z lekką domieszką perfidii, w sprzyjającym momencie dokonać partyjnego zamachu stanu (w partii wodzowskiej kierownictwa inaczej zmienić się nie da). Kuluarowe narzekania na Wodza, o których następnego dnia wie cała Polska, przyczyniają się raczej do ośmieszenia narzekających, niż do zagrożenia pozycji Kaczyńskiego.
Nie uważam, że partyjny zamach stanu się Kaczyńskiemu należy. Wychodzę jednak z założenia, że dopiero wtedy się przekonamy o niezastąpioności danej osoby, gdy ktoś spróbuje ją zastąpić.



Komentarze
Pokaż komentarze (19)