Jestem chory. Wspominam o tym tylko dlatego, że dzięki chorobie mam czas na blogowanie i temat na wpis. To nic poważnego – drobna wirusowa infekcja, ale u lekarza byłem, a ten, a raczej ta zaleciła mi krótką, intensywną, weekend'ową kurację, polegającą głównie na leżeniu. Gdyby nie ta recepta, nie miałbym czasu na pisanie, bo byłbym zajęty pracą na naszym rancho, gdzie zawsze jest coś do roboty. Przed kilkoma dniami zacząłem instalację oświetlenia na tarasie i patio, którą z powodu mojej dysfunkcji zmuszony byłem przerwać. Zatem leżę na leżaczku, na naszym pięknym, jeszcze niezelektryfikowanym patio, obok 5-metrowa aluminiowa drabina (mam uprawnienia do pracy na wysokości), przy niej trochę materiałów instalacyjnych, zaś powyżej zwisa ze ściany domu wiązka kabli. I piszę. Zwłaszcza, że mam o czym, bo temat jest poniekąd związany z moją chorobą.
Siadłem na wygodnym krzesełku przed gabinetem i czekam, aż zostanie obsłużony pacjent, który z powodu mojego spóźnienia zajął okienko czasowe przeznaczone dla mnie. Zza drzwi dobiegł mnie dźwięczny, dojrzały baryton, wypowiadający frazę w języku niemieckim. Chociaż znam język i zrozumiałem tę kwestię, nie będę jej przytaczał, bo ujawniłbym tajemnicę lekarską. „I don't uderstand German” – odpowiedziała miłym, łagodnym głosem moja pani doktor, po czym pacjent wypowiedział tę samą kwestię w płynnym angielskim z wyraźnym niemieckim akcentem. I tak wywiązała się rozmowa lekarza z pacjentem o niedomaganiach tego drugiego. No tak – pomyślałem – jakiś niemiecki biznesmen z tutejszego Business Park zasłabł i potrzebuje doraźnej pomocy medycznej.
W pewnej chwili przeszły obok mnie, udając się do mojego gabinetu, dwie panie: lekarka i pielęgniarka, o których asystę – jak się domyślam – prosiła wcześniej moja pani doktor w rozmowie z dziewczyną w recepcji. Jakiś waży gość – pomyślałem – skoro aż trzy panie z przychodni nim się zajmują, odrywając się od swoich pacjentów. Jak się okazało, intuicja mnie zawiodła, bo kiedy doszło do sprawy uregulowania należności za wizytę, okazało się, że pacjent jest bez kasy ale jest „insured”, czyli ubezpieczony. Ze strzępów wypowiedzi pani doktor wywnioskowałem, że pacjent powinien się udać do szpitala, bo przychodnia nie może mu więcej pomóc. Obcokrajowiec trochę protestował, ale później, doceniając – jak mniemam – wysiłki naszych dzielnych pań, zgodził się i grzecznie podziękował: "Thank you very much!"
Po chwili z gabinetu wyszły panie, które moja pani doktor wezwała do pomocy. Lekarka zatrzymała się przy mnie:
"Oj niedobrze – pomyślałem – ubogi obcokrajowiec albo nabrudził, albo na tyle zaniemógł, że będzie okupował gabinet przez dłuższy czas”. Nic z tych rzeczy, bo wkrótce usłyszałem głos pielęgniarki.
Przeszedł majestatycznie obok mnie i – o dziwo – nie wyczułem żadnego przykrego zapachu. Jego ubranie była wprawdzie mocna zużyte, ale nienagannie czyste. Co w takim razie zanieczyściło powietrze w gabinecie? Wszystko jasne: ubogi, żydowski pielgrzym potrzebował wsparcia polskiego lekarza, który z należym szacunkiem go obsłużył, ale nie mógł narażać innych chorych na przykry zapach cebuli lub czosnku, rozsianego przez tego pacjenta, dla którego z kolei jest to coś normalnego, jak dla nas zapach świeżych bułeczek.
Pielgrzym przeszedł powolnym, dostojnym krokiem przez hall recepcji, utrzymując należyty dystans od recepcjonistek, jakby się obawiał indagowania o uregulowanie rachunku, kłaniając się im i dziękując:
Minąwszy recepcję, zauważył dystrybutor z wodą i zwrócił się do dziewczyn:
Ruszył w kierunku windy, gdzie zagadnął przyjaźnie jednego z pacjentów, który odwzajemnił mu się uśmiechem i – jak mniemam, bo nie mogłem słyszeć ich rozmowy - miłym słowem. W tym momencie przyszło mi do głowy, aby się zabawić w paparazziego i zrobić pielgrzymowi zdjęcie przy windzie. Ruszyłem w jej kierunku z komórką ustawioną na foto, gdy otworzyły się drzwi sąsiedniego gabinetu i moja pani doktor zaprosiła mnie do środka.
- Bardzo pana przepraszam, że musiał pan tak długo czekać.
Już chciałem powiedzieć: „Przecież to nie był pani pacjent, bo ani się nie zarejestrował, anie nie zapłacił za wizytę”, ale w porę ugryzłem się w język, bo mogłoby to wyglądać na rozliczanie pani doktor z jej obowiązków wobec pacjentów, którzy płacą za wizytę, a muszą czekać, aż lekarz obsłuży pacjenta na tzw. „krzywy ryj”. Z początku rozumowałem jak amerykański adwokat, którego – jak się dowiedziałem ze znakomitego thrillera sądowego Clifforda Irvinga „Proces” - przestaje obowiązywać tajemnica adwokacka, jeżeli klient uporczywie uchyla się od uregulowania honorarium. Ale tu jest Polska, a nie USA i nie adwokat, tylko lekarz. Polski lekarz.
Po zbadaniu i wypisaniu recepty, pani doktor podziękowała i jeszcze raz przeprosiła, za to, że musiałem czekać.
- Proszę nie przepraszać, bo to ja muszę Pani pogratulować profesjonalizmu i ludzkiego podejścia do cierpiącego człowieka.
Wyszedłem do hallu i rozejrzałem się po twarzach pacjentów i pracowników. Wszyscy zachowywali się tak, jakby nic szczególnego się przed chwilą nie wydarzyło. A ja byłem świadkiem czegoś naprawdę wielkiego: ubogi, żydowski pielgrzym okazał się najważniejszym pacjentem renomowanej kliniki. Gość w dom – Bóg w dom! Oto Polska właśnie.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)