mona mona
133
BLOG

Ciszej nad tą trumną - opowieść o dwóch Barbarach

mona mona Polityka Obserwuj notkę 23

 

      Słucham dramatycznych przemówień na temat komisji śledzczej do wyjaśnienia sprawy śmierci Barbary Blidy.I coraz bardziej chce mi się krzyczeć: "ciszej nad ta trumną!"

   Zacznę od tego: mieszkałam na Śląsku, co więcej - mieszkałam na tzw. "naszyj (naszej) drodze", czyli na ulicy, gdzie wszyscy się znają od pokoleń.Mieszkałam również w osiedlu "fińskich domków", w olbrzymiej większości zamieszkałych przez rodowitych Ślazaków.Nie jestem Ślazaczką, ale mogę powiedziec, że stosunki środowiskowe znam z autopsji.

   Na Śląsku jest inaczej, niż na innych obszarach Polski. Podobnie jak w Małopolsce, prawie nie stosuje się ogólnie przyjętych form "pan", "pani". Osobom szczególnie szacownym co najwyżej się "dwoi", czyli zwraca się do nich przez "wy".Ale z pewnościa nie na "naszyj drodze", gdzie Baśka pozostanie Baśką dla wszystkich sąsiadek, matek koleżanek szkolnych, osób uważającyh, że sam fakt zamieszkania na tej ulicy sprawia, ze znają Baśkę od bajtla. To one dla każdej Baśki maja być osobami szacownymi, choćby przez sam fakt starszeństwa.

   Niedawno napisałam o pewnym polityku, co do którego żywiłam nadzieję, że nie mógłby pokazać się na cmentarzu, gdyby skrewił swojej okolicy.Po czym oprzytomniałam ze złudzeń: ależ mógłby - w towarzystwie BOR-owców.W Polsce centralnej - jest to do pomyślenia.

   Ale na Śląsku - nie. Nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy osoba z "naszej drogi" paraduje z ochroniarzami. A kiedy starka lub starzyk chcą człowiekowi coś powiedzieć, szacunek nakazuje ich wysłuchać. No, a poza tym - sąsiedzi są sąsiadami, maja własne zdanie, jak wszędzie. Niekoniecznie pochlebne. Nie ma od nich ucieczki, nawet w dygnitarstwo.

    Z pewnościa dziś cały Śląsk jest po stronie zmarłej, ale zbyt wiele  widziałam, żeby swego nie wiedzieć - ludzie wszędzie są tacy sami, tylko  na Śląsku trudniej jest odciąć się od  "bycia z naszyj drogi", gdzie każdy może bez trudu powiedzieć swoje.Jest się czego bać - Ślązak nie ma dokąd uciec, tam jest jego Haimat.

   Co mogliby powiedzieć sasiedzi? No cóż, do swojej Baśki mieli znacznie bliżej, niż do jakiegoś warszawskiego bonzy, była łatwym celem na "naszyj drodze".

   Pierwsze żebrzące dziecko, na Śląsku dotąd coś niewyobrażalnego, spotkałam na dworcu MPK w Zabrzu.Jeszcze normalnie ubrane, z dobra fryzurką, czyściutkie, ładne.Byłam rozpaczliwie głodna, poruszałam się autobusem miejskim , który, niestety, nie dowozi pod żadaną bramę. W natłoku spraw nie miałam czasu na rozsiadanie się w restauracji, barek na pętli był przyjemny dla oka, a personel nie bawił się w pracę, pracował szybko i sprawnie.Już miałam odbierać swoja zamówioną tacę z potrawami, kiedy zaczepił mnie chłopczyk, taki - na oko- dziesięciolatek.

-   Czy mogłaby pani mi coś dać? - zapytał. - Dobrze, zaraz zamówimy- albo lepiej oddam i to, co mam-.zaproponowałam. Miałam dużo czasu. Byłam głodna ale w końcu dorosła.

- Niee,- odmówił grzecznie chłopczyk - potrzebuję pieniędzy.Już mnie nakarmiła jedna pani, ale w domu jest jeszcze trzech, mama czeko, bo małym musi coś uwarzyć..

   Następne dziecko, jeszcze bardziej zadbane,  zemdlało - z głodu, w mojej przytomności.W gabinecie higienistki, gdzie zostało przyprowadzone, bo nikt nie wiedział, co mu jest, a słabło w oczach. Higienistka spytała wprost, czy coś jadło - dla niej sprawa nie była już sensacją. Już wiedziała, z jakich "nieuzasadnionych" powodów mdleją dzieci.

   Później się posypało, dziecko proszące o pieniążki na chleb nie było codziennościa, ale nie było też czyms szczególnie dziwnym.

   Cały czas tłumaczę róznym wydziwiaczom n.t. górniczych zarobków: na Śląsku nie ma pracy dla kobiet. To znaczy - nie ma zakładów żadnego "przemysłu lekkiego", choćby - tak naprawdę- lekki nie był. Każde miasto ma szkoły, przedszkola, szpitale, czyli podstawową bazę pracy dla kobiet, ale są też na ogół jakieś zakłady zatrudniające kobiety - i w tym celu pomyslane.Na Śląsku nic takiego nie ma, a jesli istniejące zakłady mogą w ogóle zatrudnic kobiety, jest tej pracy jak na lekarstwo.Kiedy ojciec traci pracę, rodzina schodzi na dno.

   Dziś już są całe pokolenia, żyjące z opieki społecznej - ale nie od razu ludzie na to wpadli, lub nie od razu stracili nadzieję. Bezradne matki zdane były na żebrzące dzieci, zwłaszcza, jeśli same nie mogły iść na żebry. Matka "mojego" chłopczyka chyba nie dojrzała do tego, żeby wybrać się po proźbie z całą czwórką.

                       

       Ktoś musiał być odpowiedzialny za utratę pracy przez ojców - i żebrzące dzieci.Czemu nie Baśka, członek rządu?

      Jedni na pewno byli z niej dumni. Inni - nie.Ludzie, jak ludzie.

 Szczytem całej śląskiej historii jest sprawa wpędzenia pod lokomotywę czterech takich chłopaczków, przez ochroniarzy znanej śląskiej firmy.

   Dzieciaki kradły więgiel - owszem. Kopalnie były już rozwścieczone procederem, ponosiły coraz wieksze straty - zgoda. A jeszcze bardziej wściekli byli ochroniarze, którzy nie dawali sobie rady z amatorami kradzieży - a z tego właśnie ich rozliczano.

    Początkowo nie dawałam wiary, że dzieci wpadły pod ten pociąg, uciekając przed ochroniarzami. Ktoś musiłby USŁYSZEĆ jadący po drugim torze inny, ciężki pociąg , zasłonięty przez stojący skład. Uciekajace dzieciaki były w stressie, ale dorosłe chłopy, wciąż chodzące w patrolach po tychże torach? Chodziłam przez podobne torowisko całymi latami, wiem jak wyostrzaja się zmysły. Jednak pracownica tej firmy powiedziała mi to wprost - sama była ochroniarzem, miedzy swoimi mówiło sie prawdę, choć się ją nieco upiększało. Nie pamiętam już, jak sprawa się skonczyła. Co za róznica dla ofiar?

   Czy Barbara Bilda była winna? Internet jest pełen wiadomości, ja znalazłam pierwszą lepszą:

"Blida jako minister i poseł, lobbowała za interesami Barbary Kmiecik wśród urzędników państwowych i prezesów spółek. Zabiegała o to między innymi u Jerzego Markowskiego, wiceministra przemysłu z SLD, i Janusza Steinhoffa, wicepremiera w rządzie AWS.Obaj to potwierdzili:

.www.tvn24.pl/0,1531245,wiadomosc.html

Barbarę Bildę wmanewrowała w tę sprawę Barbara Kmiecik, zwana, jak wiadomo, "śląską Alexis"

.http://www.medianet.pl/~naszapol/0718/0718oboi.php


     Co za to uzyskała Barbara Kmiecik:

“Dobrodziejstwo niekaralności” dla Kmiecik

W przesłuchaniach parokrotnie jest mowa o notatce, którą grupa prokuratorska napisała 18 kwietnia (tydzień przed akcją u Blidy), wyliczając osoby, którym należy postawić zarzuty. Wśród nich była Kmiecik - główny świadek oskarżeniaNa notatce widnieje odręczny dopisek szefa Prokuratury Okręgowej Krzysztofa Błacha: “Nie podzielam stanowiska co do podstaw przedstawienia B. Kmiecik zarzutu. W mej ocenie korzysta ona z przywileju par. 6 art. 229” - napisał Błach. Oznacza to, że kierownictwo prokuratury chciało, by w zamian za obciążające innych zeznania Kmiecik nie odpowiadała za korupcję.


Przyznaje to prokurator Tomasz Tadla, naczelnik wydziału śledczego i rzecznik katowickiej prokuratury, również przesłuchiwany w łódzkim śledztwie".

Więc - jak to sie stało, że Barbara Kmiecik  jest na wolności, zaś Barbara Bilda nie żyje?

Kto maczał w tym palce? I kto chce tę sprawę rozliczać?

   
mona
O mnie mona

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (23)

Inne tematy w dziale Polityka