mona mona
129
BLOG

Wojak w kawiarni "Agawa".

mona mona Polityka Obserwuj notkę 42
      Zapewne dzisiaj bedzie mnóstwo wspomnień, związanych z "wojną polsko - jaruzelską".A mnie pewnien dzień stanu wojennego śmieszy do dziś. Ale też nasuwają mi się w zwiazku z tym dniem dziwne refleksje.    Napisałam już kiedyś, że nie byłam żadnym konspiratorem: malutkie dzieci, wyalienowanie związane z nowym miejscem zamieszkania, brak zaplecza rodzinno - towarzyskiego, które byłoby w stanie przejąć moje obowiazki macierzyńskie, chocby na kilka dni.Czasem tak bywa.    Stan wojenny przeżyłam na Śląsku i od pierwszego dnia przepowiadałam, że tu własnie padną ofiary.Ile razy można maltretować stocznie? Poza tym - trzeba by je w końcu rozjechać czołgami do poziomu bruku,bo ludzie jednak nabieraja doświadczenia, nie pozwolą się już pozabijać.    A co można zrobić górnikom, którzy nie wyjadą "na wiyrch" , blokując wydobycie w środku mroźnej zimy? Zagazować? Zatopić? Dla mnie było jasne, że tym razem padnie na Śląsk, jeśli stan wojenny nie ma się skończyć na łapaniu bab, łamiacych prawo godziny policyjnej z powodów komercyjno - kolejkowych.Wyszło na moje - pokazówka odbyła się na Śląsku. Zginęli ludzie i żadne zaklęcia nie mogły tego cofnąć.    Ślask był solidarny.Ulotkę, w której zawiadamiano o manifestacji w Gliwicach, znalazłam w barze mlecznym, który mleczny był już tylko z nazwy, więc w sytuacji rozpaczliwej można było tam kupić coś do żarciuszka. Panie, zresztą zaprzyjaźnione, wzruszyły ramionami. Leży? A niech sobie leży.Przecież nie muszą czytać wszystkiego, czego u nich zapominają klienci.    Postanowiłam uczciwie wybrać się na manifestację - tyle przynajmniej mogłam zrobić.Akurat objawiła się nowa, wspaniała sąsiadka,która mogła zostać z moimi dziećmi.    Jednak na miejsce musiałam dojechać autobusem, który przybył tam znacznie wcześniej.     W Gliwicach był rodzaj krzaczka przydrożnego, czyli kawiarnia" Agawa", mieszcząca się w najbardziej centralnym punkcie miasta, na głównej ulicy Zwycięstwa. Lokal był na tyle duży, że stali bywalcy nigdy nie zdołali go zakorkować i z reguły kawałek stolika dla bywalców przygodnych zawsze się znalazł.Tu się odpoczywało, kiedy z już odstanej kolejki miało się przejść do nastepnej, tu kolejno przylatywało się ogrzać, stojąc w tych kolejkach na mrozie, jeśli współstacze byli rozsądni.    Wpadam ci ja do "Agawy" - i co widzę? W drzwiach wejściowych stoi jakiś dzieciak, wystrojony w żołnierski mundur, z bronią( a jakże!) uporczywie usiłując blokować drzwi kawiarni.Widocznie kazali mu mieć oko również na ulicę. Ale lokal otwarty, ludzi mnóstwo, trudno się przedrzeć przez taką żywą blokadę, więc zniecierpliwieni wchodzący i wychodzący odsuwają żołnierzyka, razem z jego wielkim pistoletem, a on wraca - jakby umocowany był w tych drzwiach na niewidzialnej gumie.    Trudno walczyć ze wszyskimi, więc w końcu zrezygnowany wojak "odpuścił", przesuwając się nieco w głąb małego hallu, oddzielonego od wnętrza lokalu jedynie szklaną ścianką.    Ale wtedy zaczęło się w "Agawie" piekło: chyba takich czekających na właściwą godzinę znalazło się więcej: nie było paliwa, a autobusy dojeżdżały do Gliwic, kiedy one, czyli autobusy miały to w planie. Każdy chciał dojechać przed, nie po manifestacji, więc trzeba było gdzieś przeczekać, a "Agawa" była, jak wspomniałam, dobrym krzaczkiem przydrożnym.    Tyle tylko, że kawiarnia już pękała w szwach - nie było mowy nie tylko o wolnym stoliku, ale o kawałku wolnego miejsca.Ludzie stali więc w hallu, gdzie żołnierzyk z karabinem zajmował zbyt wiele miejsca.    Przez przeszkloną ścianę całe zamieszanie było doskonale widoczne, ludzie z zainteresowaniem ogladali sobie, jak nieszczęśnika "przesuwają" w głąb, coraz dalej od ulicy, której pewnie miał bojowo pilnować.    Pogapiłam się trochę, ale ktoś mnie zagadał. Nagle zaczęły się stłumione chichoty - ludzie pokazywali sobie dyskretnie hall.Spojrzałam - i zobaczyłam, gdzie w końcu wyeksmitowali groźnego wojaka.    Jedynym mankamentem tego lokalu były toalety, umieszczone w głębi hallu, na znacznie wyższym poziomie niż kawiarnia.Żadnej dyskrecji.Paradowało się do nich przez całą "Agawę", następnie przez ten mały hall, a potem jeszcze przez schody, na oczach połowy gości, właśnie z powodu tej szklanej ściany.    Ale tam był względny kawałek spokojnego miejsca, więc bardzo ważny żołnierz został w to miejsce przestawiony - i utkwił na amen.    Chyba się nie zorientował, gdzie go wepchnięto, ale dla rozbawionych widzów wygladało to fajnie: wojak i jego karabin stali na straży...kibelka.   Manifestacja była udana. Mnóstwo ludzi waliło chodnikiem ulicą 3 Maja - całe rodziny z dziećmi, przed Politechniką włączyli się studenci, maszerowały tłumy, tym razem ogladając sobie rzadkie "patrole mięszane"( czyli tajniaka z mundurowym) stojące na poboczu chodnika.Czasem wyciągali i legitymowali kogoś z tłumu, ale co można zarzucić człowiekowi spokojnie idącemu chodnikiem? Jak mu udowodnić, że manifestuje, a nie - np. idzie do sklepu?   Zadyma była znacznie później. Gliwice wietrzyły się chyba dwa dni po gazie, którego w koncu użyli "Oni". Wcześniej niewiele można było zrobić, nawet mając świadomość, gdzie zrobi się gorąco: siedziba komitetu miejskiego była położona dokładnie naprzeciw katedry, w dodatku tuż obok śródmiejskiego, ważnego, obleganego przystanku wielu linii MPK. Jak zamknąć wiernym drogę do kościoła? I co zrobić z tłumami ludzi wracających z pracy, którzy musieli zmierzać w stronę przystanku?    Ale ja cały czas - znacznie lepiej, niz manifestację i chmury gazu - pamiętam tego chłopaka w mundurze.    I wciąż mi sie przypomina słynne powiedzenie Stalina: " Do Polski tak pasuje komunizm, jak do świni siodło".   Do Polski nie pasuje wiele innych rzeczy.Moja rada - Polacy do strachliwych nie należą. Oby już nie musieli wychodzić na ulice.     
mona
O mnie mona

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (42)

Inne tematy w dziale Polityka