mona mona
559
BLOG

Przedziwna Wigilia

mona mona Rozmaitości Obserwuj notkę 6

W Wigilię zdarzają się rzeczy dziwne.
Jednak nie da się opowiedziec o t e j  Wigilii bez podtekstu.Trudno, najwyżej będzie nudne.

Kiedy nagle, na skutek perturbacji zawodowych męża, zagroziło mi mieszkanie w blokowej klatce na króliki, zbuntowałam się do imentu.
Jakoś udało się pokombinować: ktoś zamieszkał tymczasowo i niezupełnie legalnie w "naszym" mieszkaniu, a my wynajęliśmy dom z wielkim ogrodem. Mieliśmy malutką córeczkę. Dlaczego miała mieć gorzej, niż my w dzieciństwie?

"Pamiętajcie o ogrodach, przecież stamtąd wyszliście..."

No, niby tak, ale mój rodzinny ogród był zupełnie inny, zagospodarowany do ostatniej grządki, każde drzewo posadzone było z namysłem, żeby kolejno dojrzewały wszystkie owoce, żeby w odpowiednim czasie zakwitały krzewy i kwiaty...jednym słowem - piękna, zadbana nuda.
Ten nowy był zaniedbanym, ogromnym sadem wiśniowym. Nie były to dzisiejsze karłowate wisienki. Drzewa były wielkie, rozrośnięte, niemal zupełnie zasłaniające wszystko, co na ziemi. Sad przez kilkanaście lat nie miał gospodarza, w rezultacie czego zupełnie zdziczał - ale nie był też naszą własnością. Gospodyni wzruszyła ramionami - "a róbcie sobie, co chcecie, podetnijcie trochę te cholerne wiśnie, albo co".
Mąż "podciął trochę", czyli tam, gdzie mu pasowało (znaczy od dołu, bo tak było wygodniej), robiąc z dostojnych drzew przedziwne palmy z pióropuszem liści na szczycie.
Światła potrzebnego warzywnikowi nie przybyło. Za to przybyła moja mama, oznajmiając, że jest to wymarzone miejsce dla...kur i oburzając się, że sami na to nie wpadliśmy.
Tak zjawiły się kury - mąż był zięciem posłusznym.
Te stworzenia znałam z widzenia z domowego ogrodu, ale stanowiły domenę mojej babci. Mąż wiedział o kurach tyle samo, co ja, dokładnie z tych samych powodów.
Początkowo patrzyłam na nie okiem nie tyle złym, co ciut zrozpaczonym, ale w końcu "załapałam". Tyle, że pierwsze osiem kur karmiłam z ręki, co zaowocowało tym, że  w s z ę d z i e   biegały za mną rządkiem w nadziei, że coś się trafi.

Następnym eksperymentalnym mężowskim nabytkiem były dwie owieczki. Ale po krótkim czasie przyjechali zaprzyjaźnieni górale, dostarczyciele nielegalnych (był to czas "octu i musztardy") wędlin. Wytłumaczyli mężowi, że - po co dwie owieczki, stanowczo lepszy będzie tandem "owieczka i baranek".
W ramach profilaktycznego  oswajania  baranka (te stworzenia znałam z częstych pobytów u zaprzyjaźnionych górali, uznałam więc, że oswoić stwora trzeba), latałam przed nim, a czasem za nim - z marchewką, lub czymś podobnym.
Pojęcia nie miałam, po co mojemu mężowi, wiecznie zresztą nieobecnemu, taki kram, ale...niech mu będzie. Chłopy są jak dzieci.
Potem były jeszcze inne ogrodowe zwierzątka, ale to materiał na inną opowieść.

Pies domowy był czarną dożycą niemiecką, stanowczo bardziej zakochaną w wypchanej sianem budzie, niż w mężowskich uściskach. Chyba, że zapragnęło jej się akurat poleżeć na kuchennej kanapie. Kot nie chciał mieszkać w domu, ale był w nim oczywiście częstym gościem.
Krótko przed pierwszą Wigilią w tym siedlisku znaleźliśmy przed drzwiami wejściowymi rannego szpaka. Był straszny mróz, nigdzie poza domem nie dało się go leczyć.
 Kilka dni później w ukochanej budzie suka urodziła szczenięta. Konkretnie - połowę szczeniąt, bo w trakcie porodu mąż jakoś namówił ją do udania się w miejsce znacznie wygodniejsze, czyli do mojej kuchni. Kanapa po fakcie była w strzępach, ale nakryło się ją kocykiem.
Uznaliśmy, że cała ferajna musi zostać w domu. Zima była wyjątkowo zawzięta. Niestety, dwie izby były w remoncie, na "wynajęcie psom" kąta w kuchni, zwłaszcza przed świętami, absolutnie się nie zgodziłam. Krakowskim targiem uzgodniliśmy, że wygrodzi się psiej rodzinie miejsce za pewną szafką.

Szpak szybko doszedł do siebie.Początkowo nie był bardzo lotny, ale z każdym dniem wyraźnie mu sie poprawiało. Teoretycznie kupiliśmy klatkę dla biednego stworzenia, ale..."w naszym domu nikogo nie będzie się więzić". Po dwóch dniach spacerował sobie po całym domu, wyżerając michę ogłupiałemu, zdziwionemu psu. Oczywiście kot bardzo się zainteresował nowym domownikiem, na tyle bardzo, że nieodwołalnie postanowił również "zamieszkać", choć dotąd przychodził raczej w odwiedziny.Co szpakowi wychodziło tylko na zdrowie: musiał się rehabilitować w szybkim tempie.
Między tą całą menażerią urzędowała maleńka Kasia, cała szczęśliwa.

Kiedy stanęła choinka, nie wiedziałam, za którego delikwenta się łapać. Była to pierwsza "świadoma" Wigilia dziecka, zachłyśniętego widokiem skrzącego się wszystkimi choinkowymi wspaniałościami drzewka. Ale tak samo zachwycił się nią szpak, który potrafił  już sfrunąć z regału, na który wdrapywał się jeszcze mozolnie, ale uparcie, aby wystartować w kierunku choinki.
Kot był zainteresowany podwójnie, a nawet potrójnie. Po pierwsze - oczywiście ptakiem. Po drugie - koty mają zwyczaj pogryzać jakąś dostępną zieleninę. Tylę, że zielenina była pod śniegiem, więc dotąd pogryzał mój ukochany filodendron, jako jedyne dostępne zielone żarciuszko. Jednak to nowe było pachnące, teoretycznie nadawało się do włażenia, no i jeszcze bywał na tym czymś ptak - ale także świecidełka, które w tych warunkach wirowały i zapraszały do "pogoni". Sama kocia radość.

Jedno ze szczeniąt nie mogło się dopchać do cyca, więc przy każdym karmieniu warowałam, żeby mu pomóc, w międzyczasie próbując ogarnąć sytuację świąteczno - choinkową.
W tym całym zamieszaniu zapomniałam o należnej barankowi marchewce i kurach, które już wprawdzie jadły same, ale dla tradycji jeszcze wciąż przynajmniej raz dostawały trochę pszenicy z mojej dłoni.

Kiedy za drzwiami rozległo się beczenie, zgłupiałam: drzwi zewnętrzne były starannie  zamykane, a moje drzwi były oddzielone od nich długim korytarzem. Ta część inwentarza nie bywała zapraszana do domu, więc do dziś nie mam pojęcia, skąd wiedziały, gdzie trzeba się ustawić, bo do wszystkich izb wchodziło się z tego korytarza.
 
W każdym razie trafiły. Czekałam tylko, aż zaśpiewają "Dzisiaj w Betlejem"...
A pod drzwiami, na dworzu czekały kury, które - Bóg wie, jakim sposobem wydostały się z kurnika w podwórzową ciemność.  One też usiłowały mi coś powiedzieć.
Kiedy nasze zwierzęta nie chcą w Wigilię przemówić, moja dorosła już córeczka oznajmia im z przyganą, że są "niewierzące", bo przecież powinny!
 W tamten zwariowany dzień ludzkim głosem nie przemówiło żadne, ale jeśli ktoś powie, że nie chciały - nie uwierzę.







 

mona
O mnie mona

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Rozmaitości