Będziecie, przynajmniej niektórzy z was, umierać odarci z godności, przy bezsilnej, choć czasem nawet współczującej obojętności służby zdrowia.
Tak samo będą umierać wasi bliscy.
Jeśli o mnie chodzi - zrobię to inaczej, jeśli uznam, że nadszedł czas. Ja już wszystko wiem, nie mam zamiaru umierać "po polsku".
Miałam nie opisywać koszmaru, który na mnie trafił. Wciąż to we mnie tkwi, dlaczego miałabym częstować tym was? Ale ta ostatnia nonszalancja, równająca się bezczelności historia z lekami, lekarzami, aptekami...
Lepiej, żebyście wiedzieli.
Moja "osobista" staruszka była dzielną starszą panią, twardo trzymającą się samodzielności. Miała własne, pięknie i wygodnie urządzone mieszkanie w dobrej dzielnicy, ukochany ogródek, zaprzyjaźnioną od lat gosposię, dość wysoką emeryturę, i - co ma niemałe znaczenie - znaczącą pozycję w swoim mieście. Bywała zapraszana na wszystkie imprezy, więc nawet ta strona życia dawała jej satysfakcję. Wydawało się, że jest zabezpieczona na wszelkie ewentualności. W szpitalu była równie rozpoznawalna, jak wszędzie w tym mieście, więc "nawet w razie choroby"...
Człowiek jest istotą omylną, a los płata figle.
Niestety, trafił jej się Alzheimer. Nic jeszcze groźnego, w dalszym ciągu spokojnie operowała własnym kontem bankowym, miała pełną kontrolę nad wydatkami, uczestniczyła - gdzie należy. Właściwie rosnące ceny energii, jedynego źródła ogrzewania, spowodowały jej okresową, "zimową" przeprowadzkę do mnie.
Pewnie we własnym domu rzecz by się nie wydarzyła, ale ...każdy może się potknąć, a już zwłaszcza w nowym miejscu, gdzie nie zna się na pamięć wszystkich drobnych, ale możliwych pułapek, czyhających na starszego człowieka.
Pewnej styczniowej nocy moja staruszka złamała nogę, tuż pod biodrem. Krzyczała leżąc na podłodze, a ja się miotałam, robiąc wszystko na raz: usiłowałam coś jej podłożyć pod grzbiet, uspokoić ją, wezwać pomoc...
Zadzwoniłam na 112. Pani oznajmiła, że to nie jej rejon i podała mi "właściwy" numer telefonu - i tak przedarłam się przez cztery stacje pogotowia, z których każda była tą "niewłaściwą". Ostatnią panią już dowcipnie spytałam, czy rozmowa jest nagrywana - i podsunęłam telefon pod krzyczące usta mojej staruszki.
No cóż, może macie więcej szczęścia. Mój dom jest położony właściwie w lesie, na granicy gmin, województw, itd. Dużo wody upłynęło ( czytaj - całe miesiące), zanim jakaś mądra lekarka powiedziała mi, że k a ż d a stacja pogotowia jest zobowiązana wysłać karetkę i przewieźć chorego do najbliższego szpitala. Dla żadnej z pań w tych stacjach, które "zwiedziłam" błagając o pomoc - nie bylo to takie oczywiste.
Była mroźna, styczniowa noc, droga przez las, najbliższe pogotowie w odległości 20 kilometrów, więc..."kolega", jak w dowcipach o kelnerach w socjalistycznej knajpie. Dopiero pytanie o "rozmowy kontrolowane" dało pani do myślenia.
Pamiętajcie: nie możecie mieszkać na pograniczu gmin, rejonów itd .Każda stacja pogotowia zrobi wiele, żeby się wyłgać: panie w pogotowiu są głęboko przekonane, że karetka nie może naruszyć sasiedzkiej miedzy, bo "NFZ jest bezlitosny".
Dlaczego? Nie wiem, ale tak jest.
W szpitalu lekarz z izby przyjęć oznajmił w obecności chorej, że...to jest wyrok.
Jeszcze nie rozumiałam, choć tliło mi się w pamięci oznajmienie posłanki Muchy, że u starszyych ludzi leczenie takich obrażeń jest bez sensu - nie upłynęło chyba więcej, niż 2 dni od tego pamiętnego oznajmienia.
Ten szpital "podpisał" Kopaczowej, więc z godziny na godzinę rozumiałam coraz więcej: jeszcze bez badań oświadczono mi, że zabieg zespolenia jest konieczny, ale... wymaga wydolności krążeniowo - oddechowej, itd, itd, itd. Krótko mówiąc - że sytuacja jest mocno wątpliwa.
Zrozumiałam, że lekarz na izbie przyjęć miał przypadek jasnowidzenia - to jest wyrok.Natomiast jeszcze nie wiedziałam, jak go się wykonuje.
Czy próbowałam "załatwić"? Ależ tak! Nie miałam koniecznego treningu, w tym mieście nikt nie przyjąłby ode mnie łapówki - ale spróbowałam.Bez skutku.
- "Cały peronel medyczny, począwszy od szefa - prosto spod stempla, nowiutki, nikomu się nie opłaca ryzyko." - pomyślałam sobie.
Do czasu, kiedy - już po wypisie mojej staruszki - jej szpitalna sąsiadka o identycznych "parametrach" była zabierana na zabieg.Coś spieprzyłam.
Wiecie, jak zaopatrzono medycznie moją chorą? Oto - w ramach leczenia nogi złamanej tuż pod biodrem - założono jej półgips na...piętę, wmontowując w ten gips "drewienko antyrotacyjne", zwykłą drewnianą, "krawędzistą" listewkę. I po dwóch dniach kazano mi chorą zabrać.
Po co to drewienko? Oczywiście żeby noga leżała równo. Czy się zrośnie? Nieee...ale będzie mniej cierpiała, kość będzie ustabilizowana.
Dziwne, bo na tym samym oddechu powiedziano mi, że chora... może siadać. Nie mogła. Dotąd ruchliwa, energiczna - błyskawicznie straciła siły.
Drewienko spadło tej samej nocy. Wezwana z przychodni lekarka wzruszyła ramionami - "niech pani da spokój"...
Choroba Alzheimera, która do tej pory ledwie dawała o sobie znać, nasiliła się natychmiast, a jej pierwszym objawem była zamiana dnia z nocą. Długie tygodnie spędziłam, czasem śpiąc po 2-3 godziny, czasem - w ogóle. Te przespane godziny zawdzięczam córce, która rzuciła wszystko i zamieszkała u mnie. Ale to ja jestem "nocnym Markiem", wydawało się, że dla mnie nocne dyżury przy chorej będą łatwiejsze. No i ta biedna, złamana noga...Wydawało się, że ja zrobię wszystko lepiej, począwszy od spraw higieny, skończywszy na kwestiach fizjologii.
Oczywiście szybko się wykończyłam. Usiłowałam, przynajmniej początkowo, oszczędzić - choćby "spraw basenowych" -córce, ale...spróbujcie dźwigać niemal bezwładne ciało, którego zanikające mięśnie nie mogą już współpracować...
Spróbujcie zostawić chorą, przypominającą rozkapryszone chore dziecko - chociaż na godzinę! Moja staruszka potrzebę snu załatwiała, ucinając sobie króciutkie drzemki w dzień. Całe noce była żądna rozmów, choćby "o życiu", o byle czym. Za skarby nie została sama dłużej, niż na 20 minut.
Podać coś na sen? Ale co? Leki nasenne właściwie nie sprowadzają snu, one go tylko pogłębiają. W szpitalu wiedzieliby, na ile można sobie pozwolić - nie zabijając pacjenta. W domu - zawsze pozostaje obawa, że zniecierpliwiona, zmęczona do dna rodzina "przedobrzy" choćby z tego zmęczenia.
A potem - nieuchronne odleżyny. Najpierw dawały się "opanować" specjalnymi plastrami, potem przyszła ropa, gorączka...Oddawałam moją staruszkę do szpitala z niewielką ranką, mnie ją oddano z raną wielkości mojej dłoni, pełną ropy, którą miałam...przemywać kwasem bornym.
Niestety, bezwładne ciało wciąż - mimo wszystkich "podpórkowych" wysiłków - jakoś samo układa się na plecach, czyli w miejscu ziejącej rany, gdzie skóra jest normalnie w y c i ę t a do gołych mięśni...To na was spadną opatrunki, ciągłe dźwiganie, szamotanie się z niemogącym pomóc chorym, którego przecież w dodatku opatrunek boli. To wy będziecie płakać nad własnym brakiem fachowości, nad cierpiącym człowiekiem, nad całym losem, który wam to zgotował.
Jesli to wszystko można nazwać LOSEM. Bo nie sądzę, żeby tak umierali pacjenci w cywilizowanych krajach, gdzie pacjenta traktuje się jako człowieka i obywatela, wobec którego państwo jest ZOBOWIĄZANE. Choćby dlatego, że przez długie lata płacił temu państwu pieniążki.
Czy musiałam mieć to wszystko w domu? Bo ja wiem...Kwestia odporności psychicznej. Znam domy opieki, niektóre są bardzo przyzwoite. Pewnie oddałabym moją staruszkę mimo wszystko, choćby na krótki czas, potrzebny na złapanie oddechu, gdyby była zdrowa, przynajmniej w miarę. Zwłaszcza, że wciąż była spragniona "życia towarzyskiego" i z całą pewnością nie miałaby nic przeciwko temu.
Ale z tą złamaną nogą...
W najlepszych domach opieki również pracują ludzie. Moja staruszka nie zwykła prosić - raczej wymagała, zwłaszcza tego, co - przynajmniej według jej wyobrażeń - powinno się jej należeć, jak przysłowiowa "psu zupa". Ludzie nie kochają, kiedy się od nich wymaga, zwłaszcza jeśli wymagają osoby całkowicie uzależnione. Bywała pacjentką szpitali, zdążyłam to poznać z autopsji.
Ale...czy trzeba być moją staruszką?
Ilu z nas nie odznacza się szczególną cierpliwością, z samego czystego cierpienia, ze złości na niesprawiedliwy los?
Pozostaje ZOL, gdzie przynajmniej są lekarze.
Spróbujcie znaleźć miejsce w ZOL-u, tak - "z odbicia"...
Ostatecznie tupnęła nogą pani doktór z przychodni, ponieważ ja, ja - nie moja staruszka - przez kilka miesięcy nie mogłam pozbyć się zapalenia płuc na zmianę z zapaleniem oskrzeli - a cały ten cyrk miałam wpisany w kartę pacjenta. Jej odpowiedzialność obejmowała równie dobrze mnie.
I kiedy odleżyny ( czytaj - z "zapasem" zdrowej jeszcze skóry) mojej staruszki zaczęto wycinać dalej - już... w domu, bez znieczulenia, powiekszając tą koszmarną ranę do strasznych rozmiarów, nie zmieniając "sposobu leczenia" kwasem bornym.
Na kilkanaście ostatnich dni, kiedy ja byłam już bardzo chora - i tylko dzieki temu - znalazło się miejsce w ZOlu. Wolałabym, żeby się nie znalazło, ale to osobny rozdział historii. Idźcie sobie do takiej placówki i zobaczcie, jak tam jest. Na szczęście mojej staruszce było już wszystko jedno - przestała kojarzyć.
Nie ma miejsca w szpitalach dla takich pacjentów. To na was spadnie cały ten koszmar, jeśli trafi wam się pacjent, którego szpital już nie chce. I nie musi być stary, wystarczy - "długoterminowy".
Wasz lekarz może wypisać skierowanie, ale od razu uprzedzi, że leczenie skończy się na izbie przyjęć, lub - w najlepszym wypadku - na kikudniowym pobycie, skąd pacjent wróci znacznie bardziej poharatany, niż przedtem.
I tak będzie do śmierci.
W opisach opieki nad chorym z Alzhimerem jest znamienna uwaga, że często opiekunowie... umierają pierwsi. Nawet jeśli ich podopieczni są fizycznie zdrowi.
Was nie dotyczy?
A jeździcie samochodem?
Z wyłączeniem Azheimera - wszystko to dotyczy również was - gdyby zdarzyło się nieszczęście. Szpitale nie są dla chorych, wypiszą was tak szybko, jak tylko będą mogli.
Waszych bliskich - też.




Komentarze
Pokaż komentarze (40)