Żeby nie było: nie mam zamiaru potępiać kobiety, której nigdy nie odezwał się zegar biologiczny, instynkt macierzyństwa - jak zwać, tak zwać. Na jedno wychodzi.
Moim zdaniem jest to defekt psychiczny: kobieta jest tak samo zaprogramowana do rodzenia, jak mężczyzna do rozsiewania nasienia. Jednak osoby z takim defektem istnieją - i lepiej, żeby nie rodziły "na duś". Po prostu są matkami złymi, odwalają to macierzyństwo jak nielubianą robotę, co oczywiście unieszczęśliwia ich dzieci.
Właśnie w radiu Daniel Passent opowiada o szczególnym macierzyństwie Agnieszki Osieckiej...Tak własnie ówczesne celebrttki traktowały dziecko: jako szczególny konglomerat zabawki i kłopotu.
Bujda Marii Cubaszek polega na czymś zupełnie innym: to pokolenie miało wbijane do głowy, że dziecko w ich brzuszkach jest - przynajmniej do czasu - zwykłym kawałkiem mięska. W "szalonych latach sześćdziesiatych" nie było ani możliwości, ani szczególnych chęci do sprawdzania takich informacji. Było to niezmiernie wygodne, więc wierzyło się "na słowo", a już szczególnie chętnie - jeśli przed młodziutką delikwentką otwierała się szeroko droga do kariery.
Ale dotyczyło to również "zwykłych kobiet", które najzwyczajniej musiały pracować, ponieważ przeciętne zarobki w PRL pomyślane były tak zmyślnie, że z reguły jedna pensja pozwalała "ogarnąć" tzw. świadczenia, w tym oczywiście niezbędne raty za wszystko - bo bez rat życie w PRL było nie do pomyślenia. Druga pensja zwykłego człowieka musiała starczyć "na życie".
Nikt, łącznie z środowiskiem pań, które nasz "Złotowłosy Herkules" ochrzcił "moherami", nie rodził dzieci tuzinami. Słyszycie z tej strony jakieś szczególne głosy oburzenia? A normalna, zdrowa kobieta, żyjąca w reularnym związku, zachodzi w ciążę co pół roku. Część z tych ciąż roni się samoistnie, z resztą - w tamtych warunkach - kobiety musiały sobie radzić.
Ale o ich późniejszych problemach psychicznych słyszał tylko konfesjonał, a w mniej licznych przypadkach - lekarz. Sąsiadki and "ukochane psiapsiólki" raczej się o tym nie dowiadywały.
Nie oszukujmy się - aborcja, tania, dostępna, akceptowana społecznie, traktowana była jako środek antykoncepcyjny, których to środków zresztą nie było. No, poza tymi, które kupowało się, z płomieniami na pysku, w możliwie oddalonym od domu kiosku.
I nagle wszystko stanęło na głowie!
Luminarze nauki z dnia na dzień zmienili zdanie. Medycyna zajrzała w głąb ciała kobiety - i okazało się, co się okazało.
Nie mam zamiaru epatować makabrą, ale osobiście się nabrałam.
Już nie pamiętam, co mnie zagnało do Niepokalanowa, ale to tam zobaczyłam, zupełnie przypadkowo, nie wiedząc w co się pakuję wchodząc do sali projekcyjniej, film "Niemy krzyk". Płakałam bez końca, choć moje stracone dziecko było już martwe, kiedy je wyciągano z mojego brzucha.
A już na pewno NIE MOŻNA POZOSTAĆ OBOJĘTNYM, z chwilą, kiedy nagle człowiek dowiaduje się, że z zimną krwią zrobił to swojemu dziecku, choć przecież "nie wiedział, co czyni".
Tak, czy inaczej - rzecz się stała, kobiety uzyskały świadomość, a gorące dyskusje o tym stały się codziennością. Panie w aptekach stały się tak religijne, że najbezczelniej w świecie z oburzeniem zbywały dziewczyny, które przychodziły z odpowiednią receptą, jakby nie miały świadomości, że narażają te pacjentki na znacznie gorszy "środek zapobiegawczy".
Z zupełnej obojętności wobec problemu nagle szajba odbiła w kierunku szalonej nadwrażliwości. I nie było sposobu, żeby nie dowiedzieć się, co się dzieje z dzieckiem w trakcie aborcji.
Więc, kochana Czubaszkowo, niech Pani przynajmniej przestanie na ten temat rozprawiać. Bo określenie "zimna suka" nie jest adekwatne do problemu, a traktowanie sprawy w kategoriach "przynajmniej jest mi z tym wygodnie" jest niemoralne.Nawet przez moment nie wierzę, że istnieje kobieta, która nie dostała obuchem w łeb, kiedy dowiedziała się post factum o prawdziwym stanie spraw.
Stało się, cofnąć tego nie można, ale chwalić się nie ma czym. Że już nie użyję porównań, których dość jest w necie.
1774
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (17)