W sądach pozostanie, jak było. Na złość Gowinowi?
Niewiele mam do czynienia z sądami, ale bywało...
A kiedy słyszę o tych porządnych sędziach...jakoś się nie spotkałam. Zgadzam się, że trudno generalizować, bo ludzie są oczywiście różni, a wśród nich - sędziowie. Czyli możliwe, że to ja mam pecha.
Spróbuję tego pecha jakoś opisać, z podziałem na "epoki", czyli na tzw. "przestrzeni dziejów" - bo nic się nie zmienia.
Pewnie będzie nudno, o czym uprzedzam.
Historyjka z głębokiej komuny, przez którą straciłam cnotę wiary, oraz tak - od jednego razu - wszelki szacunek dla sądów. Nigdy już nie uwierzyłam ani w wagę, ani w opaskę Temidy. Sprawa była paskudna, a niesprawiedliwość waląca po oczach, dlatego nie mogę się powstrzymać, aby jej nie opisać długo i zawile - tak, jak rzecz się miała.
Mój 17.letni sąsiad, wychowany przez samotną matkę, mający już raz drobny, szczenięcy konflikt z prawem ( w związku z tym prowadzony "na krótkiej uździe"), urwał się tejże samotnej matce i znikł na całe popołudnie.
Właściwie wszyscy sąsiedzi ( dzielnica willowa, ludzie zaprzyjaźnieni od pokoleń) trochę się za nim rozejrzeli, ale...każdy wie: szczeniaki w tym wieku mają swoje sprawy, choć powinna o nich wiedzieć jego wielka miłość, dziewczyna mieszkająca obok. Nie wiedziała.
Z perspektywy ogólnej - chwilowe zniknięcie dorosłego chłopaka nie powinno szczególnie wzruszać sąsiadów - ale ta samotna, przerażona matka, coś ( jednak drobiazg - bo ani rusz nie mogę "zaskoczyć", co to było) z niedawnej przeszłości na sumieniu...No i ta dziewczyna, bez której nie ruszał "w miasto"...Dość, że ludzie zarazili sie przeczuciem nieszczęścia.
W każdym razie mnie znudziło się szybko, byłam niewiele starsza od szczeniaka i miałam randkę, na którą właśnie się spóźniałam.
Na głównej ulicy miasta, przy pierwszej latarni, coś oderwało się od jej słupa i wpadło na mnie, omal nie zwalając mnie z niebotycznych, randkowych szpilek. Odepchnęłam toto, czyli bezwładny tułub w kierunku zbawczej dla niego latarni, którą objął miłośnie - ale i tak zjechał, ze słupem w ramionach, na bruk.Przyjrzałam się temu bliżej - latarnię czule obejmował nasz poszukiwany. Już właściwie leżał.
Nie była to jeszcze era komórek, nie miałam czasu, ale rozejrzawszy się - stwierdziłam, że jest pod względnie dobrą opieką: trzy metry od niego stali, niemal trzeźwi, kumple ukochani, którzy - wiedziałam to na pewno - odtransportują delikwenta do matki. Choćby po to, żeby nie robił obciachu ale też - żeby nie sprowadził im na kark jakiegoś gliniarza. Czemu oni byli trzeźwi, a on w charakterze trupa - nie wiem do dziś. Pewnie się uraczył na zapas, jeśli już zdołał urwać się swoim kobietom: awantura ta sama, a radość miała być większa.
Następnego ranka, bladym świtem obudził mnie płacz i gwar pod oknem. Z chaosu wyłaniała się przyczyna: oto młody jest w szpitalu, straszliwie pobity. Zrobiło mi się trochę głupio - mogłam jednak wrócić, zawiadomić tę matkę...ale chłopcy byli zawsze bardzo solidarni. No i było ich czterech! Matka i tak nie dałaby rady z a n i e ś ć go do domu, a reszta towarzystwa na jej widok po prostu "dałaby dyla". Zawsze "źli są koledzy", znali to z autopsji.
Zeszłam na dół, bo z tego chaotycznego razgaworu pod oknem jawiło mi się, że chłopak jest pobity, jest w szpitalu, chyba więziennym, ale tak naprawdę - to napierw on kogoś zmasakrował na amen...
Koniec świata - w takim stanie? Coś tu nie grało.
Z gorączkowej gadki wyłoniła się taka historia: mały złamał komuś szczękę, "absolutnie na pewno", a w szpitalu jest...po przesłuchaniu. Przed zatrzymaniem był cały, choć nie bardzo świadomy zdarzeń. Zabrano go z domu, wieczorem.
Moim zdaniem chłopak jeszcze długo nie byłby w stanie oderwać się od zbawczego słupa, a już żeby komuś mógł zrobić krzywdę...Ale noc długa, mógł wytrzeźwieć, choć można sobie było wyobrazić ten "tupot białych mew"...W takim stanie człowiek wlecze się do domu, choćby miał pełzać. Dalej coś mi nie pasowało.
- O której to się stało? Bo ja go wczoraj widziałam.
- A, gdzieś po ósmej wieczorem. Tak mówili - płakała matka. - Przyjechali po niego, jak jeszcze pierwszy film leciał.
Filmy zwykle "latały" do 10. Nie pasowało - i już. Nie mógł wytrzeźwieć.
Na tę ósmą byłam umówiona do kina - i już spóźniona, kiedy na mnie wpadł na wspomianym rogu. Rzecz była zupełnie, absolutnie niemożliwa.Chyba na czworakach musiałby się wdać w tę bójkę.
Zapytałam tylko, kto go "zdjął". Ano, znany, milicyjny bydlak, bynajmniej nie "stójkowy", którego wyczyny bokserskie już raz - z przypadku - dane mi było widzieć. Nosiłam się z pomysłem, żeby wtedy zrobić mu koło pióra. A mogłam, miałam możliwości! Tylko... śledczy był mężem ukochanej przyjaciółki, z którą - na domiar złego - siedziałam biurko w biurko...prywata wzięła górę.
Tego bydlaka zastapiłby po prostu następny.
Jednak wiedziałam - bo widziałam na własne oczy, co ten akurat bydlak potrafi. Przypadkowo byłam na komendzie, kiedy "zaszalał". Wcale się nie zdziwiłam, że młody wyladował w szpitalu.
Powiedziałam sąsiadce, że ma mnie natychmiast podać na świadka, pokrótce uświadomiwszy, o co rzecz biega. Jakoś się nie ucieszyła, chyba wiedziała, że chłopak trafił w złe ręce.
Pognałam do pracy, mając cichą nadzieję, że jeszcze wytłumaczę żonie bydlaka, co należy. Nadzieja była znikoma: bez żadnych wątpliwości - po nocnym przesłuchaniu chłopak wylądował w szpitalu i znając realia - po prostu już m u s i a ł być winien, niezależnie od tego, że żona w tym związku nie miała do powiedzenia nic, poza "obiad na stole".
Jakby to powiedzieć...Byłam kimś, z kim powinien się liczyć sąd. Nie oszukujmy się: w każdym środowisku jest grupa ludzi "nietykalnych", szanowanych najczęściej "od prawieków", którym policja bije w dach,etc. To właśnie była przypadłość mojej rodziny.
Do głowy mi nie przyszło, że ktoś by odważył się nie wierzyć w moje świadectwo, nie brać moich słów pod uwagę. Sąd, nie sąd - wszystko jedno. I z tym przekonaniem szłam do tegoż sądu - miałam przecież rację! Mogłam coś ważnego powiedzieć!
Na procesie przesłuchiwano mnóstwo osób. Rozpoczęło się to rano, a na mnie przyszła wreszcie kolej o 18. Szlag mnie trafiał - chodziło przecież o zwykłą, uliczną burdę, a sąd tłukł to, przesłuchując pół miasta, które to pół miasta mówiło jota w jotę to samo!
Pobicie miało miejsce, pobity dokładnie wiedział, kto był sprawcą. Sprawca się przyznał - i rzeczywiście był nim ktoś z kolegów młodego.
Z tej niezliczonej rzeszy świadków uparcie usiłowano wycisnąć zeznania obciążające mojego młodego sąsiada, ale rzecz się działa w takich okolicznościach, że literalnie wszyscy widzieli, jak przebiegała bójka: widzieli to jak na oświetlonej scenie, ponieważ siedzieli w mrocznym, położonym w dolince parku, a bójka miała miejsce na oświetlonej ulicy, biegnącej jego skrajem, w dodatku o ładnych kilka metrów wyżej.
Czyli scena w światłach rampy, publika i aktorzy.
Skąd świadkowie wiedzieli, że - akurat bił, kto bił, choć chłopaków było kilku, zresztą po obydwu tłukących się stronach? Ano, bo sprawca miał pierwsze w okolicy spodnie - bojówki "moro", których zazdrościło mu "całe miasto". I właśnie w nich prezentował się na tej ulicznej, wysoko położonej scenie.
Ostatnią, rozpaczliwą prokuratorską deską ratunku było uporczywe pytanie: czy ktoś wie, po co delikwenci, w tym bijący - leźli w tę okolicę, jeśli mieszkali w innych dzielnicach. Pytanie z gruntu głupie - był tam choćby ten park, naturalne miejsce wysiadywania.
Ale tym razem przyczyna była inna - oto ODNOSILI do domu mojego młodego. Nie był w stanie iść. I tam natknęli się na gościa, z którym mieli jakiś konflikt. Odłożyli więc na bok "słodki ciężar", i załatwili sprawę, łamiąc poszkodowanemu wspomnianą szczękę o kolano, ubrane w słynne spodnie" moro".
Wszyscy świadkowie w czambuł zeznali to samo: mały był niesiony, nie wiedział o bożym świecie! A pęknięta szczęka z całą pewnością miała kontakt z znanymi wszystkim bojówkami.
I mały dostał wyrok.
Dla porządku - wszyscy dostali, łącznie z delikwentem od złamanej szczęki, który był takim samym uczestnikiem bójki. Ale siedzieć poszedł mały.
Śmiał powiedzieć w sądzie, że pobiła go milicja, a w dodatku - że usiłowali go zmusić do zeznania, że w tym stanie został zabrany już z domu.
Nie wierzyłam oczom, uszom, własnym zmysłom. Do cholery, skąd "oni wytrzasnęli taki sąd?
Małego wsadzili z recydywą...z czystej, ohydnej zemsty.
Szybko go z tego pudła wyciągnęliśmy, ale zanim wyciągnęliśmy go psychicznie...To trwało długo.
Pointa: dalej nie mogłam uwierzyć - jak to się stało, co to za prokurator, co za sędzia, którzy - wbrew zeznaniom tylu ludzi...
No i wyskoczył nam, mnie i mojej ( powiedziałabym - naszej wspólnej, bo wciąż w tym pokoju siedziała żona bydlaka) koleżance w zaawansowanej ciąży, jakiś problem, z którym trzeba było jechać do najbliższej, czyli łódzkiej "metropolii" , co zresztą działo się w permanencji ( konsultacje, promotorzy, etc)
Była w tym mieście świetna knajpa, schowana w bramie, znana nielicznym - przede wszystkim z doskonałego żarciuszka, ale także - jako chętnie, a licznie chętnie odwiedzana przez wszelakich aktorów, kręcących filmy w HollyŁodź.
Podobno wieczorami odbywały się tam dyskretne "balety", ale w porze obiadowej było pustawo: nie była to tania restauracja, obiad można było zjeść znacznie taniej w innych knajpach and barach. Jednak nam podobała się akurat ta.
No jasne, że było to "dwa w jednym" - obiadek z widokiem na gwiazdy.
I kogo widzą nasze zdumione oczy? Oto wchodzi paka, zwana przez Gowina sitwą: pan śledczy, zwany w tej opowiastce bydlakiem, pan prokurator i pan sędzia - wszyscy z tej właśnie sprawy. Ich oczy były równie zdumione na nasz widok, ale mleko się wylało, nawet nawet szybka ewakuacja już nie mogła pomóc, choć przez chwilę dość się szamotali w lekkiej panice.
Kilka dni później moja przyjaciólka, żona bydlaka, dyskretnie mnie poinformowała, że widziano mnie w miejscu i towarzystwie wielce nieodpowiednim...
Nie bywałam w miejscach nieodpowiednich - to jest ta ciemniejsza strona bycia "osobą znaną", ale przecież wiedziałam, gdzie się spotkałam z bydlakiem.
Sprawa był prosta: z wdowiego grosza mojej sąsiadki, matki młodego, nie można było wynająć porządnego adwokata. Ale czy byłby porządny...A bydlakowi rychtował się awans. Załatwił sobie ten awans kosztem młodego, ale z ewidentną pomocą "sitwy".
I wciąż nie wiedział, czy ujdzie mu to bezkarnie, czyli - czy ja mu, ale także im wszystkim - "odpuszczę". Naprawdę miałam możliwości nie odpuścić, ale ważniejsza była sprawa wyciągnięcia z więzienia tamtego nieszczęśnika.
Zapytałam, czy panom z tej sitwy nie podobał się wielki brzuch mojej towarzyszki stołu? Czy o to "nieodpowiednie" towarzystwo chodziło?
Żona bydlaka skojarzyła daty i fakty...Bydlak nie znał naszej ciężarnej koleżanki, była nowa w tej robocie. Kiedy został uświadomiony, "akcja prewencyjna" spaliła na starcie.
Zanim zdążyłam się zastanowić, bydlaka dokumentnie pokarała Bozia, ale to już inna bajka.
.............................
Historyjka druga - kolejna epoka, w której komunę teoretycznie trafił szlag. Odtąd miało być czysto, porządnie, sprawiedliwie. Niektórzy w to nawet uwierzyli!
W pewnym, upadającym w wyniku "transformacji ustrojowej" zakładzie przemysłowym, "derekcji" już - już podstawiano taczki. Szukając ratunku próbowali wynająć opustoszałe hale fabryczne. Klient się trafił, ale z zastrzeżeniem: produkcja ( spożywcza) ma "wzloty i upadki", bywa - raz w roku - kilka tygodni przestoju. Wiadomo, kiedy to się zdarza, więc klient prosi, żeby w umowę wpisać ewentualne zawieszenie czynszu na ten okres.
"Derekcja" chętnie przystała, a kiedy delikwenci włożyli cały uzyskany kredyt "w ściany" ( czytaj: kafelki - duperelki, etc, etc, etc), panowie dyrektorzy szybko się rozmyślili. Oznajmili, że radca prawny nie widzi możliwości zawarcia obiecanej umowy: wpisać tego zawieszenia czynszu się nie da, ale na gębę...może być. Przecież rozmawiają dżentelmeni!
Niestety, kandydat na biznesmena w to uwierzył...
Z późniejszego przebiegu spraw wynikało jasno, że "derekcja" najpierw musiała sprawdzić, co i kto zacz. Lokal został przystosowany za pieniądze klienta, więc - gdyby co - łacno trafi się następny. A w sytuacji, kiedy klient sam, bez bicia, uprzedził, że może mieć kłopoty z czynszem...cóż prostszego?
Klient był osłem dardanelskim, sądził, że robi łaskę "derekcji", na którą wciąż czekały wspomniane taczki, sądził, że ratuje panom tyłki. Nie pomyślał, że za uprzejmość z umową "na gębę" będzie musiał się dzielić.
A panowie dyrektorzy mieli nadzieję na zysk z interesu - zanim ich wywalą, zanim kolesie urządzą ich gdzieś indziej.
I nie miał to być koniak! Wszak potencjalnie delikwenta mieli w ręku: oficjalnie zapodał, że będzie miał "trudne dni".
Stało się, co się miało stać. Dwa miesiące przerwy w płaceniu czyszu - był to już niezły punkt zaczepienia, ale pieniędzy z tego nie było i nie mogło być. Wysłali jakieś pismo ponaglające, klient wiedział, że "tak trzeba", ale przecież umowa - umową. Panowie obiecali!!! Wetknął je gdzieś pisemko - i zapomniał o sprawie.
I dalej - nic, nie domyślił się, że czynszu może nie płacić, natomiast ma zapłacić haracz za wyrządzoną uprzejmość.
W końcu do niedomyślnego faceta dyrektorzy PO PROSTU PRZYSZLI, z pyskiem! Z wołaniem o łapówkę. Oczywiście nie wprost: gadka kręciła się wokół tego, że produkcja idzie jak burza, a oni najbezczelniej nie płacą. Klient, zamiast wyciągnąć, co należało, z kieszeni - tłumaczył się, jak jaki głupi, że przecież się umówili, że produkują, ale j e s z c z e nie sprzedają...Jeszcze !
Te kilka dni do pierwszej sprzedaży oznaczało, że dla cwaniaków był to już ostatni czas: produkcja rzeczywiście szła jak burza, więc dla "derekcji" - znikąd nadziei. Lada moment klient po prostu zapłaci ten cholerny czynsz - i po ptokach.
"Derekcja", widząc że się z głupim nie dogada, straciła cierpliwość - i wyłączyła prąd. W nocy, kiedy nikogo w zakładzie nie było.
Rano nie było z czym zaczynać dnia pracy. Zepsuło się wszystko, co zepsuć się mogło, a było tego dużo.
Po czym panowie dyrektorzy wytoczyli naiwniakowi proces o zaległy czynsz, którego oczywiście t e r a z już nie mógł uregulować. Już nie stać go było na adwokata i - wierzywszy w swoje racje - nawet nie miał zamiaru starać się o pomoc prawną. Dziś raczej każdy głupi ma świadomość - bez adwokata nie przekracza się progu Temidy, ale wtedy...wtedy ludzie, niesieni poczuciem świeżutko uzyskanej "wolności" wierzyli w sądy.
Przecież miała byc sprawiedliwość!
Pozwany napisał wprawdzie własnoręcznie pismo kontrprocesowe, zamieszczając w nim wszystkie "gorzkie żale". Zapomniał tylko zamieścić tytuł, czyli te dwa słowa: "pismo kontrprocesowe". No, powiedzmy - nie wiedział, że tak należy.
Orientował się z grubsza, że prawo mówi o równości podmiotów gospodarczych, czyli do sądu mógł zostać podany z powodu zaległości, natomiast nikt nie miał prawa zniszczyć mu produkcji. Wielki zakład przejechał się po nim, niczym walec, niszcząc mu firmę - i życie. Ten fakt krzyczał wielkim głosem, że sprawa jest kryminalna, że to jemu wyrządzono krzywdę i bezprawie!
Sprawa odbyła się w jakimś zakazanym sądzie, choć powinna się odbyć w miejscu zamieszkania pozwanego: firma już nie istniała, pozostały adresy prywatne - i to w tym rejonie sprawa powinna trafić do sądu.
Ale trafiła do sądu "zaprzyjaźnionego". Sąd delikwenta, czyli pozwanego, nawet nie przesłuchał, pisma nie przeczytał - bo "skąd miał wiedzieć, że jest to pismo kontrprocesowe", jeśli to nie zostało napisane "po literkach?"
Kiedy, post factum, zapytałam kolegę adwokata o zdanie, tak - z czystej ciekawości, nie mógł uwierzyć: sprawa jawiła mu się jako zwykły kryminał, który natychmiast należało przedstawić właściwemu sądowi karnemu.
Ale zainteresowany już nie był zainteresowany.Oczywiście sprawę przegrał: umowa NIE ZAWIERAŁA punktu omówionego na gębę, przewidujacego chwilowe zawieszenie czynszu, a sąd nie dał mu dojść do słowa, nie przesłuchał świadków, którzy byli w chwili zawierania tej "dżentelmeńskiej umowy" ustnej. Bo nie napisał tych dwóch słow - "pismo kontrprocesowe", a fakt, że sprawa odbyła się w innym, niż powinna, sądzie - zbił faceta z tropu do reszty. Zrozumiał: sitwa!
Przestał wierzyć w sprawiedliwość.
Mówił o sitwie. .
............................................
Trzecia sprawa - sprzed kilku miesięcy - skończyła się tragicznie.
Ot, banalny rozwód. Wspólny dom, wspólna działka. Pani nigdy nie pracowała zawodowo, dom zbudowano z pracy męża. Powiedzmy - z ciężkiego tyrania od skowronka do żaby. Nie wiadomo, z jakiego powodu pani odbiło na rozwód - nigdy nie dała głosu w tej sprawie, nikt nic nie wiedział: niemal wszystkie kobiety z okolicy życzyłyby sobie takiego męża...
Sąsiedzi, jak to sąsiedzi - pyskowali głownie na - bardzo "pobliską" teściową nieszczęśnika, osobę z gatunku tych, które wkładają mężczyznom do ręki kłonice oraz inne orczyki, do której wyprowadziła się małżonka.
Pan zakochany, wciąż nie rozumiejący, czego baba od niego chce - czyli dlaczego przestała go kochać, usilnie próbował dociekać, o co kobicie chodzi. Odpowiadała, że...no, mniej - wiecej - "taki ma akurat kaprys".
Dla "okolicy" sprawa była jasna: skończył się czas dobrej passy, trwający nieprzerwanie od 20. lat. W jego zawodzie kokosy się skończyły - i już. Próbował za granicą, ale czas ciężkiej orki zniszczył mu zdrowie - przeszedł zawał, po którym nie wrócił do pełnego zdrowia.
Delikwent przestał siedzieć w pustym domu: najpierw kilka tygodni leżał w szpitalu, a potem cały dzień spędzał u matki, na sąsiedniej wsi. Wpadał tylko wieczorami, ogrzać dom, zmienić ciuchy.
Któregoś dnia zastał na podwórzu swojego domu ukochaną rodzinę, która radośnie wyrzuciła mu łachy przez płot, razem z papierkiem z sądu: majątek został już podzielony sądownie, on sam został wyeksmitowany na skutek tego podziału, dziś minął termin odwołania. Żona dostała wypieszczony przez niego dom, on - dwa stare samochody, z których jeden to kompletny rupieć - i trochę narzędzi.
Nikt nic nie rozumiał: taki podział majątku był zupełnie idiotyczny.
Ale...był czas, żeby pan przedstawił w sądzie swoją wersję. Pan się nie stawił. Tak mówi prawo.
Wszyscy wiedzieli, dlaczego się nie stawił: oczywiście żadnego pisma z sądu nie widział na oczy. Zostało wyjęte ze skrzynki, jeśli w ogóle zostało tam włożone: listonosz to "kum" teściowej.
Tak, czy siak - listonosz, nawet najzupełniej uczciwy, na skutek radosnej działalności sądu, ma obowiązek wrzucić ten papierek sądowy tylko raz. I delikwent ma się czuć powiadomiony.
Ten akurat nie był uczciwy, doskonale wiedział, gdzie znajdzie adresata - wystarczył telefon, aby zainteresowany odebrał wezwanie - ale to inna sprawa. Nie był do tego zobowiązany żadnym prawem, które kazałby zadbać sądowi o interesy obu stron.
Swoją drogą kulisy tej sprawy baaardzo wskazują swoją szosą także na ewidentną nieuczciwość sądu, który bezgranicznie uwierzył zarówno pani, jak jej adwokatom, w kwestii absolutnie kłamliwej wyceny wartości majątku - bez cienia dowodu materialnego.
Pan skończył na gałęzi, nie będzie już nikogo skarżył ani domagał się wyjaśnienia dlaczego sąd zrobił, co zrobił.
Nie wiem, czy "przeflancowanie" części sędziów z fotela, do którego przyrośli, do krzesła w sąsiednim sądzie zmieniłaby coś w istniejącym układzie,. "Porządny" adwokat stanie na głowie, żeby - w ramach sitwy - dotrzeć do sąsiedniego sądu, ale...ta "bryła" domaga się wprost ruszenia z posad, a przewietrzenie cuchnącego układu chyba by nie zaszkodziło stronom.
Ale komuś to, jak widać, nie pasuje. Bardzo nie pasuje.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)