Nie tak dawno napisałam notkę "Jak będziecie umierać", czyli o długim, bolesnym umieraniu mojej Mamy.
Piszę to, żeby nie było, że "uwzięłam się" na Owsiaka i dręczę nieszczęśnika, szukając każdego pretekstu. To czysty zbieg okoliczności, że Owsiak podjął temat, który od dawna tkwi w mojej skołatanej głowie - ale poruszył się jednak przedsionek piekła, sądząc po dyskusji, jaką rozpętał.
Bo wydanie wyroku śmierci na człowieka nie jest proste - miałam czas, żeby to przemyśleć.
Widziałam kiedyś taki obrazek: na oko całkiem szczęśliwa rodzinka ( wśród niej - starsza, zadbana pani) idzie na spacer w jakimś szwajcarskim mieście. Pod obrazkiem - coś, co mnie zmroziło: napisano, że ci ludzie idą na o s t a t n i wspólny spacer - przyjechali, aby babcia mogła poddać się eutanazji w Dignitas.
Nominalnie jest to instytucja "wspomagająca samobójstwo" w wypadku nieuleczalnej choroby, ale babcia wyglądała na osobę zdrową i energiczną, jakkolwiek wygląd niczego nie przesądza.
Ten obrazek śnił mi się po nocach: jak można, z pełną premedytacją..."Fajna" musi być taka rodzina, w której dzieci godzą się na dobrowolną śmierć matki, idąc razem z nią na ten ostatni, radosny spacer ze świadomością, że za kilka godzin babcia będzie garstką prochu w urnie? Co to za ludzie?
Po latach...nazwijmy to - spojrzałam na sprawę nieco inaczej.
Owsiak opowiedział o swojej mamie, bezradnej, przykutej do łożka w hospicjum.
Nie miałam nawet takiego fartu, choć nawet nie mogę zeznać, że "ja, nieszczęsna, nie znam żadnych lekarzy, nie mam możliwości - to ci inni jakoś potrafią wepchnąć swoich chorych".
Jest wręcz przeciwnie. Ale moi "krewni i znajomi królika" również podlegają temu czemuś, co nosi wielce ważną nazwę - PROCEDURY. Te procedury pomyślane są tak, żeby nie tracić czasu i pieniędzy na leczenie, a już zwłaszcza pacjentów "nierokujących", a ja nie byłam związana etatem: pracuję ( jeśli chcę) tam, gdzie mogę właczyć komputer. Sprawa wydawała się trudna, ale "do przejścia". No i nie byłam sama: moja córka rzuciła wszystko i tkwiła w tym "przechodzeniu" razem ze mną, więc czasem nawet spałyśmy.
Fakt - szpitale nie leczą także "rokujących", więc - szkoda słów. Popełniliśmy grzech pierworodny i cierpienie jest rzeczą człowiekowi przypisaną. Proste?
Przerobiłam więc rzecz na własnej skórze: chora praktycznie unieruchomiona, dość zaawansowany Alzheimer, razem z aspektem "zamiany dnia z nocą" - czyli gwałtowny rozkwit sił witalnych o północy, kiedy ja już umierałam ze zmęczenia. Potem odleżyny, ropa, nieustanne opatrunki nie dające rezultatu, ciągłe dźwiganie bezwładnego ciała, rana wielkości dłoni po wycięciu zainfekowanego miejsca, lekarze, wygłaszający bezradny tekst "kolejne wycięcie ropy - to robota dla Izby Przyjęć - i do domu"....
Ale przede wszystkim chora, której odechciało się żyć, kiedy to życie wymknęło się jej spod kontroli, zdająca sobie sprawę, że tak już będzie do końca Jej dni.
Moja Mama była osobą typu "Z Założenia Przewodnicząca Wszystkiego", więc sytuacja zdania się na "łaskę", nawet jeśli to była opieka rodziny, była dla Niej takim stressem, że marzyła o śmierci - i ja w to wierzyłam. Człowiek, który nie ma zasadniczych powodów do obaw, jak go przywita Bóg - widzi w przejściu "na drugą stronę tęczy" wyłącznie nadzieję na koniec cierpienia, spotkanie z tymi, którzy już "tam" są - czyli sama radość!
Kłopot w tym, że nie było to marzenie w permanencji.
Z wiekiem i doświadczeniem przychodzi przekonanie, że sam akt umierania nie boli, więc...Jak miało mi nie przyjść do głowy, że prawo, zakazujące eutanazji, kiedy życie jest samym upokorzeniem i cierpieniem, jest zwyczajnie głupie i okrutne, kiedy moja staruszka koniecznie chciała natychmiast umierać?
Ale potem przychodził wieczór, chora -" wydrzemana" przez cały dzień, nakarmiona lekami, zaczynała nowe życie: wesolutka jak szczygiełek wspominała dawne czasy, opowiadała znane od wieków anegdotki, domagała się słuchaczy - i już absolutnie nie chciało jej się - na cmentarz.
Sama w życiu by nie podjęła świadomie takiej decyzji, przynajmniej wtedy, kiedy miała "dobry czas".
Konkludując: nawet gdyby było prawo do eutanazji, tę decyzję musiałabym podjąć ja, wykorzystując chwile codziennego, czasowego załamania. Czyli wyprawić Ją na tamten świat metodą oszustwa, skorzystania z okazji.
Ale potem nieuchronnie nadszedłby wieczór, czas Jej "odżywania" - już bez Mamy. Za to z głową nabitą myślami, ze skazałam Ją na śmierć.
A kiedy przyszedł czas niemal całkowitej utraty świadomości - także ja musiałabym podjąć tę decyzję. Chora już nie mogła.
Powiem szczerze: nie czuję się Bogiem. Nie mam kwalifikacji.
Ta ustawa musiałaby zostawić decyzję lekarzowi.
Jesteście pewni, że - zwłaszcza w dzisiejszym stanie zdychającej służby zdrowia - nie byłoby nadużyć? Przecież - jak widać, choćby na załączonym obrazku - chorym odmawia się godnego leczenia. Dlaczego umieranie miałoby być bardziej godne?
Gdzie jest pewność, że nie chodziłoby tylko o zwolnienie cennego łóżka? Gdzie pewność, że sytuacja prawna nie zmieni w końcu bezradnych - w dzisiejszej sytuacji - lekarzy w rutynowych zabójców, aby tylko zwolniło się łóżko w hospicjum?
Do Szwajcarii nam jeszcze daleko.
Sprawy etyki katolickiej zostawiam fachowcom. Nie jestem specjalistką od ludzkich dusz: ci z sumieniami i tak nie podejmą takiej decyzji, choć pewnie przyjdzie im się borykać z tym sumieniem.




Komentarze
Pokaż komentarze (27)