Czasem zdarza się ciekawy dzień. Dziś ( myślę o piątku, bo notka pewnie będzie jutro) akurat się zdarzył.
W życiu nie sądziłam, że przyjdzie jeszcze dzień, w którym zgodzę się z Wałęsą, jednak dziś podpisuję się, jak będzie trzeba - to nawet tym wydziwianym, wielkim długopisem - pod każdym niemal słowem, które wydusił z siebie, z męką na obliczu. Zwłaszcza pod tym "o mniejszości wchodzącej na głowę większości", ale nie wyłącznie.
Tak z tyłu głowy - zawsze kołacze mi się myśl: Bolek, czy nie, ale BYŁ kiedyś bohaterem i MUSIAŁ uwierzyć, że robi coś ważnego dla Polski, zwłaszcza mając do czynienia z ludźmi z WZZ - i ich niekłamanym, codziennym, zwykłym patriotyzmem. Bez względu na to, po co przyszedł ( bo to Wałęsa przyszedł) do Krzysztofa Wyszkowskiego. Zresztą z pomysłami zaiste głupimi. Ale został, tak, czy siak.
Po prostu - Polacy mają to myślenie w genach, kiedy przychodzi im zostać bohaterami, choćby niekoniecznie mieli taki zamiar, choćby wcześniej byli tylko drobnymi cwaniaczkami. Wiatr historii zawieje - i człowiek "czuje" to coś, co płynie mu w krwi, co słyszał w dzieciństwie, " w długie, zimowe wieczory", kiedy telewizorów nie było.
Wyszkowski twierdzi, że wcisnął mu prezydenturę na zasadzie "dziecka w brzuch". Ale Wałęsa jako "przewodnika duchowego" wybrał Mazowieckiego & co. No, coż, dużym był już chłopcem... Więc ma, co ma.
Bo dziś? Kim jest Wałęsa? Najczęściej bywa paprotką Tuska. Wygwizdywany, ośmieszany przez kumpli, którzy nieśli go niegdyś na własnych ramionach...
Stoczni, JEGO stoczni nie ma, za to Lenin spróbował od nowa wdrapać się na słynną bramę. Ma rację - nie o taką rozkradzioną Polskę walczył, a tym mniej walczyła o to "Solidarność".
Jestem gotowa, aczkolwiek niechętnie, zapomnieć mu tę arłamowską "tuczarnię", bo jednak los nas wszystkich zależał od czystego zbiegu okoliczności, choćby od tego, kto i ile wypije na Kremlu, albo kto komu tamże da w łeb.
Z takiego przypadku nie wyniósłby głowy cało.
I nic nie było o wrednych Kaczorach! "Przejrzał na oczy" - jak mawia lud? Coś zrozumiał? Nie bardzo wierzę, ale...
Kolejne zdarzenie - wywalili Janeckiego! No, to trochę mało. W każdym razie jest to następny dowód strachu naszego Złotoustego Herkulesa - Trzęsiportka. Ciekawe, w jaką mysią dziurę ma zamiar schować Janeckiego, kiedy przyjdzie Czas Sądów...
Najpierw jednak ( najzabawniejsze zostawiłam na koniec) ujrzałam w okienku ignoranta pod tytułem "Sławku Nowaku", który mnie oświecił, że o szczekocińską katastrofę nie ma żalu do wszystkich dyżurnych ruchu w Polsce (sic!).
Potem jakiś mądry pan tłumaczył, co mówi raport Komisji.
I tu - prześliczna niespodzianka: otóż dowiedziałam się, że - ( Achtung! Achtung!) zawinili także maszyniści! Bo wjechali na nieodpowiedni tor!
Słodka godzino...Co za idyjota to wymyśliła?.
Wiem, że najlepiej zwalić winę na pilotów, albo maszynistów, w każdym razie na nieżyjących. W tym wypadku - choćby dla rozmycia odpowiedzialności.
Jako osoba z kolejarskiego do bólu miasta, w którym wie o tym każde dziecko, oświadczam uroczyście: maszynista nie ma nic do tego, na jaki wjeżdża tor. Tę drogę "układa" mu tak zwana nastawnia, w której urzęduje dyżurny ruchu, przestawiając zwrotnice, czyli "wpasowując" odpowiednio szyny, po których porusza się pociąg - w inne szyny. Robi się to automatycznie, ale czasem trzeba automatyce dopomóc.
A co do "kierowania pociągiem" - taki dinks, udający nieco kierownicę ( może ktoś go widział, zwłaszcza ktoś z wysokiej komisji?), który jest na pulpicie, nazywa się "nastawnik". Tymże nastawnikiem maszynista reguluje szybkość: w lewo - zwalniając aż do zatrzymania, w prawo - itd. Wprawdzie nie mieszkam w kolejarskim mieście do wieków, ale nie sądzę, żeby to się zmieniło.
Pamiętam to, bo pierwsze prywatne samochody ( typu "maluch") mieli maszyniści - miejscowa elita finansowa. Kiedy delikwent zapragnął zahamować - skręcał, z czystego nałogu, "nastawnikiem" w lewo - i nagle znajdował się na przeciwnym pasie ruchu. Szczęściem drogi były niemal puste.
Maszynista, widząc zagrożenie, może wykonać kilka operacji, pozwalających mu choćby spróbować ocalić własny tyłek, ale NIE MOŻE zatrzymać rozpędzonego pociągu na kilkudziesięciu metrach: masa samej lokomotywy i ta, którą wlecze z tyłu - nie stanie w miejscu, bo on tak chce.
Droga potrzebna do zatrzymania to co najmniej kilkaset metrów. Jeśli pociąg jest "lekki", ale z reguły trzeba tej drogi nieco więcej niż kilkometr.
Zakładając, że oba pociągi pędzą naprzeciw siebie po TYM SAMYM torze - jest to "mgnienie oka".
Pan referent długo i ładnie opowiadał, jak dyżurny ruchu, któremu się wyświatlało coś sytuacyjnie niejasnego, CO MIAŁO ZWIĄZEK Z SYGNALIZOWANYM JUŻ POCIĄGIEM. Więc "wziął wszystkie potrzebne klucze, zszedł ze schodów, bo nastawnia była na wzniesieniu, doszedł do zwrotnic, usiłował je przełożyć, co mu się nie udało"
Tak ładnie opowiadał ten pan.
W raporcie jest, że tych czynności nie wykonał. Basta.
Kłamią z nałogu? Bo muszą?
Moim zdaniem rzecz w tym, że urządzenia nie zadziałały, co trzeba obudować bajeczkami o winie maszynistów. Im więcej winnych - tym mniej winny jest ten, kto naprawdę zawinił. Pewnie nie jest to wina Sławku Nowaku, który został zesłany "na odcinek kolei" za niewinność, ale...widziały gały, co brały.
Chaos na kolei, niegdysiejszej dumie Polski, zaczął się w styczniu 2001 roku, ale starannie dopełnił nieszczęsny los PKP rząd Tuska, który zaniedbał uruchomienie pieniędzy unijnych - z wiadomym skutkiem.
Więc "jest na pilotów". Normalka.
311
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (8)