Powoli zaczynam się wściekać, więc muszę od "Adama i Ewy". Będzie długo i nudno, ale rozerwie mnie w strzępy ze złości, jeśli tego nie napiszę.
Rzecz zaczyna się od poprzedniego numeru GaPola, w którym natrafiłam na takie cusik, które pachnie zbiorową fiksacją. Ale dałabym spokój, gdyby nie fakt, że niejaki poeta Wencel zaciął się w uporze i wypisuje bzdury, niczym zepsuta, zacięta katarynka.
Jeśli ktoś nie wie, bo w końcu nie wszyscy czytają GaPola : poeta Wencel napisał, że (caps lock zamierzony) "W POLSKIEJ KULTURZE DLA TUWIMA MIEJSCA NIE MA I NIE BĘDZIE".
Czyżby? O, kurde...
A GaPol to łyknął - i wydrukował....Po czym rzecz się powtórzyła, więc nie jest to przypadek.
Kuku na muniu?
Pojechali po tej bandzie nie po raz pierwszy – i nie jednego poetę Wencla nagle olśniło w zapodanym temacie.
Kocham "Piekielnego Piotrusia" Lisiewicza, zarówno za dowcip, jak za erudycję, ale...nie ma nic ciekawszego do roboty od jeżdżenia po Tuwimie? Podobnie jak Bogdan Urbankowski?
Czy panowie znaleźli kogoś, kto mógłby Tuwima zastąpić w polskiej kulturze? Bo „czarna dziura”, jaka nastąpiłaby w tym pustym miejscu, odarłaby poezję polską z niezwykłego bogactwa.
Panów naprawdę chyba ogarnęło jakieś zbiorowe fiksum - dyrdum. Nie potrzeba być szczególnym znawcą Tuwima, żeby wiedzieć, jak z nim bywało.
Na dawnej Widzewskiej w Łodzi, gdzie urodził się Tuwim, nie rosły smukłe cyprysy i nie pachniało różami. Oddychało się ulicznym brudem, bawełnianym kurzem z pobliskiego dworca przeładunkowego, a widywało się głównie tragarzy, robotników z pobliskiej Składowej, wynędzniałe, usmarkane dzieci, całą najprawdziwszą nędzę "Ziemi obiecanej".
Dziś ulica nazywa się Kilińskiego - i jest tak samo nędzna, jak za czasów Tuwima. Można ją sobie obejrzeć, jeśli ktoś ciekawy. Póki istnieje, bo ma się jej na zejście.
Kim miał zostać Tuwim, jeśli nie "Skamandrytą"? A "Wiosna", pierwszy wiersz z gatunku, jest bolesnym wyznaniem tego, "co poeta miał na myśli", co widział na tej piekielnej ulicy od szczenięcych lat.
Tuwim lewicował zawsze, nie trzeba było do tego PRL-u, choć - do czasu - nie obnosił się z tym nachalnie. Ale strachliwy nie był. Już w 1929 roku, w antyrządowym „Robotniku” opublikował wiersz „Do prostego człowieka”, który nie pozostawiał żadnych złudzeń w sprawach światopoglądowych, choć był jednym z ukochanych przyjaciół Wieniawy, któremu przy tej okazji narobił paskudnych kłopotów.
Czyżby Wieniawie imponował Tuwim fascynującą urodą?
Nie licząc już samego faktu, że dziwna to była przyjaźń: do dna zakochany w Marszałku legionista - i lewicujący pacyfista Tuwim, a także Lechoń, człek z zupełnie innej bajki, a wszyscy pospołu włóczący się po warszawskich kawiarniach i kabaretach, wyśmiewający kołtunerię, żyjący pełnią życia.
Aż zawalił się świat.
Tuwim był Polakiem, ale był też Żydem. To w końcu nie krasnoarmiejec zastrzelił jego matkę, wyrzucając jej ciało na bruk, co - w sposób wstrząsający sumieniami - pokazano w filmie " Szpital przemienienia".
Z jego żydowskiego punktu widzenia, z drugiej strony Wielkiej Wody - Polska została wyzwolona, a Holocaust powstrzymany. Tuwim mógł w swoim czasie kląć na zwariowanych "pejsatych", ale kiedy morduje się cały naród...Dajmy spokój.
Zdecydował się wrócić, a manifest polskości wyraził choćby tu:
Najukochańsza moja, wieczna i jedyna,
Zza oceanu ślę tę garstkę smutnych słów
O tym, że kocham cię, że tęsknię, że wspominam
I jedną myślą żyję: że cię ujrzę znów.
Zbolałe serce moje znajdziesz w każdym słowie,
Ty, która stałaś się marzeniem mym i snem!
Najukochańsza moja! Ty jesteś jak zdrowie!
Ile cię cenić trzeba - dziś najstraszniej wiem.
Jest tyle innych i piękniejszych, i gorętszych
W pachnące noce nad brzegami ciepłych fal,
I tyle gwiazd nad głową, bliższych gwiazd i większych,
I wielkich kwiatów, i w księżycu srebrnych palm.
Lecz że się wiernym pozostanie tylko Tobie
I gwiazdom oczu twych, i kwiatom twoich słów,
Najukochańsza moja, tylko ten się dowie,
Kto cię utracił i kto pragnie ciebie znów.
A gdy powrócę w cień miłosnej naszej nocy,
Gwiaździstej nocy, co przez sen mnie ciągle zwie,
Niczego nie chcę - tylko spojrzeć w twoje oczy,
W smutniejsze stokroć, lecz te same gwiazdy dwie.
A jeśli umrzeć mamy, w jednym bądźmy grobie,
A w jednym szczęściu, jeśli dalej mamy żyć,
Najukochańsza moja! byle być przy tobie,
Bez twej miłości nawet, ale z tobą być!
Dobra, wiem, że to szlagier, ale zanim ta poezja została piosenką - trzeba najpierw ją było jednak napisać! Nie napisał tego tekstu dla kobiety. Jego piękna, ukochana żona wszędzie była z nim, a on powrót do Polski deklarował zawsze, „nawet jeśli mnie wyrzucą”.
Są w GaPolu wzmianeczki o tym, jak na to zareagowała emigracja. To samo, czyli powrót do komuszej Polski, przydarzyło się mojemu ukochanemu Melchiorowi Wańkowiczowi. I tak samo potraktowała go emigracja - jako kolaboranta.
.
Usiłując się dowiedzieć, co tak natchnęło malkontentów z GaPola, przeczytałam tę powojenną część twórczości - już „z tezą” - i mogę się zgodzić, nawet z poetą Wenclem: coś się Tuwimowi stało! Nigdy dotąd tego nie zauważyłam, jako osoba oswojona z głupotami socrealizmu.
Poeta stracił talent?
A może jednak nie potrafił pisać "na zamówienie"?
Może jednak nie była to Polska, którą sobie wymarzył tak bardzo, że pyskował na wszystkich, którzy tułali się "rzygając do Tamizy"? Ta Polska, do której wracał MIMO WSZYSTKO, tak na serio - nie wiedząc, czy wyląduje w willi w Aninie, czy ...zupełnie gdzie indziej, jako szpion - zapadnik.
Skąd można to wiedzieć, siedząc po drugiej stronie oceanu?
Władza okazała się łaskawa - akurat jej na to "padło". Radowała się z odzyskanego poety, dała - co miała dać, ale nie za darmo. Chciała czegoś w zamian.
A poecie talent jakby uleciał...W tych powojennych wierszach nie ma już dawnego "spontanu", radości - albo tragedii. Jest wymuszona, socrealistyczna nuda - fakt.
.............................
I tu mam jedno pytanie: czy panowie z GaPola jeszcze pamiętają, KIEDY świat ( już bez Tuwima ) dowiedział się... na przykład o gułagach? Bo może, w nawale, zdarzeń, zapomnieli? Panowie pamiętają, że - od Sołżenicyna, któremu tenże świat, zafascynowany Sartrem, czy Aragonem, nie bardzo dowierzał?
Panowie pamiętają, że "Jeden dzień Iwana Denisowicza" to rok 1969, a "Archipelag Gułag" - 1973.
Tylko Tuwim już się tego nie dowiedział. Zmarł w 1953 roku.
Fajnie nadymać się mądrością, kiedy całą tę wiedzę wdycha się z powietrzem.
Inni nie mieli tak lekko.
Czas powojenny nie był taki, jak niektórzy usiłują go przedstawić dziś.
Mnóstwo ludzi cieszyło się najzwyczajniej samym faktem przeżycia, końcem wojny, wielką odbudową, powstającą z morza gruzów - na złość Hitlerowi - Warszawą, której miało nie być po wiek wieków. A choćby tym, że przekraczają bramy zakładu pracy, zamiast stać pod tą bramą z czapką w ręku.
Obowiązkowy "kołchoźnik" w każdym domu sączył nachalną propagandę "radosnej odbudowy" we wszystkie uszy, a znaczna większość tych uszu była na nią podatna.
Zwłaszcza w tych domach, w których nigdy nie było książek - ale była praca dla tuwimowskich nędzarzy z ulicy Kilińskiego. A właśnie tych było najwięcej.
I to jest najprawdziwsza z prawd - czy to się komuś podoba, czy nie, choć może niektórym zabrzmi jak "wstępniak" z "Trybuny Ludu".
Po nocach dudniło wszędzie "BUM BUM BUM" - sygnał "Radia Wolna Europa". Tyle, że nadziei w tym było wciąż za mało..Gdyby mogła się ziścić, Tuwim wracałby z przyjaciółmi - Wieniawą i Lechoniem. Bo oni wszyscy byli chorzy na Polskę.
Ci nieliczni, co znali całą okrutną prawdę, a przynajmniej się jej domyślali - rzadko rozmawiali o tym nawet z własnymi dziećmi. Z prostego powodu: czas wojny jeszcze nie zatarł się w pamięci, każda nowa władza zaczyna od terroru, a na polskich karkach - jak nie gestapo, to inna, cholerna "nowa władza", która - jak to władza - wszędzie potrafi wsadzić parszywy nos.
"Kołchoźnik" nie informował o katowniach UB, ani o "Żołnierzach Wyklętych". Władza nie działała z otwartą przyłbicą – mordowała cicho i okrutnie. Gdyby było inaczej - nie szukalibyśmy dziś tych biednych mogił "Na Łączce".
Zmowa milczenia pękła dopiero po śmierci Stalina, po objęciu władzy przez Gomułkę - kiedy zaczęli wracać więźniowie polityczni, na których ludzie patrzyli jak na cudaków: nigdy o czymś takim nie słyszeli. To od nich dopiero powszechnie dowiadywano się całej mrocznej prawdy.
Zresztą Urbankowski sam o tym pisze, choćby w "Czerwonej mszy": część inteligencji strawiła jakoś, zatykając nos, syndrom czasów i pogodziła się z komuną.
A co miała robić? Anders był barmanem w knajpie swojego kaprala, nikt nie myślał o dostarczeniu mu białego konia, na którym miał wrócić w glorii, niosąc wyśnioną, prawdziwą wolność.
Sojusznicy zdradzili Andersa i nas już w chwili wybuchu wojny, a potem - zdradzili w Jałcie.
Zostały popioły.
"Żyć trzeba" jak mówi mądrość ludowa. Więc jakoś żyli.
Oczywiście nie mam na myśli tych gorliwych, którzy - w swej gorliwości "życia i użycia" poszli za daleko, robiąc kariery po trupach karier kolegów, tych chorych na władzę lub nią zafasynowanych "lizusów z nadziejami", ani całej tej hołoty gotowej służyć każdemu, a najbardziej - sobie.
Świat i dziś jest pełen swołoczy, często wciąż zresztą tej samej, ciągnącej całymi parszywymi rodami - czego chyba przypominać nie trzeba.
Ale chyba nikt wspinania się po trupach nie zarzuca Tuwimowi?
Władza sikała po nogach ze szczęścia, że Tuwim jej się trafił - i gotowa mu była nieba przychylić - wyłącznie z tego powodu. Można powiedzieć – „trafiło się facetowi!"
Tylko on nie umiał już władzy odpłacić. Bóg go opuścił, zabrał mu radość życia.
Być może rzeczywiście w związku z utratą przyjaciół...z ich potępieniem...Ale podzieliło ich zbyt wiele, mimo wielkiej, wspaniałej do czasu przyjaźni, Takie to były czasy, że polski ( ach, jak bardzo polski!) Żyd - socjalista miał do czego wrócić ( a przynajmniej tak mu się zdawało), natomiast Lechoń, szlachcic i gorliwy katolik o "nieprawomyślnej" orientacji - nie.
Gdyby mnie pytano - wolałabym, żeby Lechoń wrócił, ale wybrał, w swojej nowojorskiej samotności, samobójczą śmierć. Podobnie, jak Wieniawa…
A Tuwim...
Zawsze mi się w życiu szczęściło i szczęści,
Los mi nie pożałował ni darów, ni pieszczot...
...Tylko śnieg pod stopami nigdy mi nie chrzęści
Ani jesienne liście nie szeleszczą.. ( 1952)
Mogę zrozumieć poetę Wencla, któremu się spieszy na Parnas.
Ale żeby kosztem Tuwima??? Nawet tego, któremu już jesienne liście nie szeleściły pod stopami, a w każdym razie nie potrafił już tego przetworzyć w poezję?
Nie mogę zrozumieć Lisiewicza czy innego Urbankowskiego, którzy zaczynają babrać się w czymś nieładnym. Może niech sobie zrobią powtórkę z tego Tuwima? Może coś z rękopisów?
Na przykład takie cusik z niedokończonego tomiku:
Rozwiązują się nagle i lekko,
Opadają, jak płatki kwiatów,
Groźnie supły zamówione przez piekło
U najgorszych supłomanów-wariatów.
Pętle słów kołtuniastych plątali,
Fanatycznie, na amen skręcone,
I na mokro zaciskali ze snami
W guzy, w gruzła, w garbate miliony.
I przez gardło sękatym powrozem,
I przez oczy - warkoczami czarownic...
Młode pędy tylu naszych wiosen
Uwikłali w szatańskiej sznurowni!
Powiedziałabym, że Tuwim nie był krową, która nie zmienia poglądów...Bo jest to jeden z wierszy ostatnich.
W życiu nie ruszyłabym poety Wencla ( a co mi tam...), gdyby Wencel nie napisał tego, co napisał.
Ponieważ Wencel jest poetą, którego w internecie znaleźć raczej trudno, dedykuję czytelnikom
http://www.nieszuflada.pl/_artykuly/wencel_wiersze.html
W opisanej sytuacji radzę troszeczkę poczytać. Tak po prostu, dla porównania z Tuwimem.
Jeśli poeta Wencel napisze choćby jeden wiersz, który da przeciętnemu człowiekowi ten łyk zachwytu, który potrafił dać Tuwim, niech sobie siędzie z Muzami na Parnasie. Ale póki co - niech zejdzie z Tuwima.
A GaPol-owi życzę więcej rozumu. Przynajmniej niektórym. Bo mnie ta "produkcja", czyli czepianie się Tuwima, zaczyna wonieć czymś brzydkim, o co jednak GaPo-la nie chciałabym podejrzewać, zbierając z trudem resztki cierpliwości.
A na zakończenie - jeszcze ( raczej mało znany) smaczek:
Mój dzionek -
Ledwo słoneczko uderzy
W okno złocistym promykiem,
Budzę się hoży i świeży
Z antypaństwowym okrzykiem.
Zanurzam się aż po uszy
W miłej moralnej zgniliźnie
I najserdeczniej uwłaczam
Bogu, ludzkości, ojczyźnie.
Komunizuję godzinkę,
Zatruwam ducha, a później
Albo szkaluję troszeczkę,
Albo, gdy święto jest, bluźnię
Zaśmiecam język z lubością,
Znieprawiam, do złego kuszę,
Zakusy mam bolszewickie
I sączę jad w młode dusze.
Czasem mnie wujcio odwiedza,
Miły, niechlujny staruszek,
Czytamy sobie, czytamy
Talmudzik, Szulchan-Aruszek.
Z wujciem, jewrejem brodatym,
Emisariuszem sowietów,
Śpiewamy pierwszą brygadę,
Chodzimy do kabaretów.
Od oficerów znajomych
Wyłudzam w czasie kolacji
Sekrecik jakiś sztabowy
Lub planik mobilizacji.
Często mam misje specjalne
To w Druskiennikach, to w Kielcach
I wywrotowców werbuję
Na rozkaz Moskwy do Strzelca.
Do domu wracam pogodny,
Lekki jak mała ptaszyna,
W cichym mieszkaniu na Chłodnej,
Czeka drukarska maszyna.
Odbijam sobie, odbijam
Zielone dolarki śliczne,
Komunistyczną bibułę,
Broszurki pornograficzne.
A potem mała orgijka
W ramionach płomiennej Chajki!
(Mam w domu taką sadystkę
Z odsskiej czerezwyczajki.)
I choć mam milion rozkoszy
Od Chajki krwawej i ryżej,
To ciężko mi! Nie na sercu,
Lecz wprost przeciwnie i niżej.
Niech się ciężarem tym ze mną
Podzieli któryś z rodaków!
Mój Boże ile tam siedzi
Głupich endeckich pismaków.
Jednym słowem - "Znaj proporcyją, Mocium Panie", czego życzę GaPolowi. Z poetą Wenclem na czele.




Komentarze
Pokaż komentarze (59)