Od wielu tygodni żyłam bez internetu.
Ale co to za życie...
Historię tę opisałam w notce, którą - na moją prośbę - wrzuciła Eska ("Jak się to robi w Polsce"), czyli jak, za pomocą jednego sms-a, 22 kwietnia korpo p.t. T- Mobile wykolegowało abonentów, zwłaszcza "abonęcięta", zdające egzaminy, matury, sesje, nagle odbierając im dostęp do źródełka, czyli wszechwiedzącego internetu.
Naprawdę jestem ciekawa, czy ktoś za to beknie, bo w mojej leśnej okolicy najzwyczajniej nie ma źródełek alternatywnych, a takich "borowych wsi" jest w Polsce multum. Wszędzie trzeba dojechać, niezależnie od faktu, że...no, ile porządnych encyklopedii ma wiejska, czy małomiasteczkowa biblioteka? I kto jeszcze umie się tym posłużyć?
Ale to już właśnie historia. Kto miał zawalić sesję czy maturę, to już zawalił. Gdyby trafiło na moje dziecko, zrobiłabym wszystko, żeby zorganizować jakiś pozew zbiorowy przeciwko T- Mobile, każdemu, kto to zrobił - i kto na to pozwolił.
Dla mnie zresztą też brak internetu był istnym koszmarem: nie oglądam filmów, zmajstrowanych tak przemyślnie, żeby obejrzało je także, z jakim - takim zrozumieniem, "dziesięciu małych Murzynków" w dalekim Kongo. Ciężkie jest życie tych, którzy w ogóle nie są oglądaczami..
.
Zbuntowałam się w tej kwestii ostatecznie, kiedy mąż zasadził mnie do oglądania "ambitnego" filmu p.t. Okręt. Przez połowę owego filmu przystrajano jakąś łajbę, żeby "zrobić" z niej, w ciągu jednej nocy, niemiecki okręt ratunkowy, który to okręt miał sprytnym sposobem podpłynąć do uszkodzonego U-Bota.
Celem przemyślnej historii miało być zdobycie "Enigmy"...
Uciekłam z krzykiem i nie dowiedziałam się, kto tym razem zdobył "Enigmę" dla aliantów.
Wolę "Ranczo", jeśli już.
No, ale ja jestem z pokolenia czytajacych. Zawsze są jakieś lektury do odrobienia, więc nie ma tego złego..itd.
Wiecznie piszę, że jestem straszną wieśniarą. W sezonie jest u mnie "barów jak mrówków", sklepów też - ale gazety nie uświadczysz. Z gazetami jest kłopot: jeśli natychmiast nie odda się nie sprzedanych egzemplarzy, płaci za nie ten, kto się zagapił.Te letnie instytucje barowo - sklepowe chorują na brak wprawy w sprzedaży prasy, więc jej nie serwują.
Trzeba jechać do dalekiego kiosku, albo... mieć internet.
I tu niespodziewanka: nawet programy informacyjne zapodają informacje szczątkowe, tłumacząc mi, że szczegółowo to mogę sobie przeczytać na ich portalu. Tylko portal wyparował...
Myślę, że naszą cywilizację zgubi kiedyś brak dostępu do internetu. Bo jeśli ja, osoba, która "nie wyssała go z mlekiem matki", umiejąca posłużyć się każdym źródełkiem wiedzy, wściekam się w sytuacji, kiedy nie mogę natychmiast dowiedzieć się czegoś od wujka Google - to co powiedzieć o pokoleniu, które miało to cusik od zarania własnych dziejów?
Że już pominę sprawy obronności, czy bankowości.
Dobra, było - minęło.
O śmierci Tomka "Seawolfa" Mierzwińskiego dowiedziałam się chyba po tygodniu. Mężowi nadała to "Republika", ale Seawolfa mąż "znał" mało, raczej z gazetowych felietonów, które Tomkowi wychodziły gorzej, niż wspaniałe blogi. Kto nie czytał blogów, nie zachłysnął się nimi, nie zna prawdziwej wartości Seawolfa, nie wie, co zostało utracone.
Cóż, przynajmniej było mi tak strasznie żal - o ten tydzień później...
Waliłam w nielubiany, niewinny laptop, pałętający się na parterze, który - podobno - powinien być bardziej zdolny od starego komputera i jakoś łapać sygnał. Ale nie łapał, chociaż taki cwany.
Acha, zapomniałam zaznaczyć, że - na domiar nieszczęścia - przytrafiła mi się absolutnie wredna kontuzja.
"Republikę" mam w górnych rejonach domu, gdzie znacznie częściej przebywam ja, niż małżonek. Na górze mam ukochaną kanciapę, a w niej - ukochanego starego peceta, którego uwielbiam.
"Kilkam sobie - a obok słyszę "Republikę". W każdej chwili mogę lecieć, jeśli - poza samym słuchaniem - trzeba coś zobaczyć" - tak sobie pięknie założyłam.
Ale człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi - nie mogę wdrapać się po schodach, czyli nici z "Republiki". No, właściwie można pozamieniać te pudełka, zwane dekoderami, ale jakoś tak zostało. Małżonek mi sprawozdaje.
Lubię, czy nie - coś trzeba obejrzeć, nieustanne czytanie też człowieka męczy. A już zwłaszcza męczy mnie kwękanie o nieszczęściu Tuska, któremu ktoś przełożył wajchę, a teraz za węgłem czai się faschysta Kaczafi, który nieuchronnie nadchodzi. A jak już przyjdzie - na pewno porysuje wypieszczoną, służbową toyotę, jak poucza "Alfabet leminga".
Ale jakoś tak... samo trafiło się sobotnie "Śniadanie mistrzów".
To właśnie miało być tematem notki, ale jakoś mi się rozpisało o wszystkich nieszczęściach.
Zaległam przed telewizorem, bo sobota - sobotą, stary babski nawyk i tak każe jeździć na flanelce, nawet kuśtykając. Ale długo się nie nasprzątałam, więc właśnie zaległam, zapominając uzbroić się w zbawczego pilota. Żeby po niego sięgnąć - trzeba się zwlec, a to boli.
Kiedyś widziałam ten program, nawet kilka razy, choć szybko pilot był w robocie. Zdecydowanie mi się nie podobał, ale niech tam. "Może wtedy akurat za mistrzów robiły wyjątkowe głupki?" - pomyślałam i nie zdecydowałam się na ból wstawania z wygodnej kanapy.
Ludzie kochani, jeśli to mają być elity...Strach się bać.
Najpierw miszczu p.t. Mleczko, ku mojej wielkiej radości, zgłosił Mellerowi reklamację, że pan Cieć "na bramce" go, o zgrozo, nie rozpoznał! Cóż, ja pana Mleczka rozpoznaję o tyle, że wiem - "znam to oblicze". Natomiast nie bardzo wiem, czy to jest pan Mleczko, czy pan Śmietanko, który - nomen omen - sprzedaje mi śmietankę.
Już chyba pisałam, że niegdyś w katowickiej telewizji usadzili słynnego, wydawało się, nadredaktora Bilika ( kto go dziś pamięta...), po czym zrobili sondę uliczną. Na pytanie "kto to jest Bilik" poprawnie odpowiedziała chyba jedna osoba. Nadredaktor, cały w purpurze, wyraził zdanie, że to jest chyba kawał. Ale nie był.
Potem miszczu Krzysiek pocieszył miszcza Mleczka, że do niego też mówią "panie Wojtku", ponieważ długo występował w duecie z panem Wojtkiem. A do pana Wojtka jeden pan powiedział "Panie Tadeuszu". Jakie te ludzie głupie..
.
Jeszcze potem panowie pogadali o meczu w Mołdawii, a miszczu Krzysiek, który pojechał kibicować naszej drużynie, zachwycił się zmianami w Polsce, gdzie bloki maluje się "na pastelowo", w odróżnieniu od niemalowanych bloków kiszyniowskich, co miało świadczyć o zmianach kulturowych w Polsce.
Było coś o Owsiaku, chyba - czy powinien być prezydentem. "Z jego zdolnościami organizacyjnymi, które wykazuje od 20 lat!"
Tu nie mam zdania, bo miszczowie ( miszcze?) mają trochę racji: nasz Pan Prezydent sp..rzy wszystko, czego się tknie, więc...no, nie wiem, czy Owsiak nie byłby jednak lepszy. Poki co - mnie jest wszystko jedno - ten, czy ten miszczu... Ciekawe jednak, co sobie pomyślał prezydent, którego chcą wymienić na Owsiaka?
Nie wiem tylko, czy na Owsiaka tych czerwonych porciętach, bo miszczowie ( chyba jednak "miszcze") przypominali sobie, że wystrojony w garniak Kuroń, "ukochanie narodu", okazał się niewybieralny.
Już widzę oczyma duszy Owsiaka w stroikach Owsiaka, robiącego za prezydenta. No, łączy panów zamiłowanie do przepięknych okularków, a na stronie Owsiaka mignął mi słynny "bączek". Coś w tym jest...Możeł, bączek, którego się puszcza - jakaż piękna więź z wdzięcznym narodem, dzielącym wyrafinowany gust miszczów!
Clou programu stanowiła nieszczęsna wpadka Fibaka.
Jeden miszczu w studio, z pewną taką nieśmiałością zaczął, że "wszyscy znamy Fibaka", ale chyba okazało się, że to śliski temat ( jeszcze ktoś by pomyślał, że...), więc zaraz odkręcili, że jednak nie, że wprawdzie go znają, ale mniej - więcej tak tylko, z widzenia. No, to tak samo, jak ja.
Okazało się, że - zdaniem panów - gość nie popełnił przestępstwa, bo nie brał kasy za rajfurzenie, a przynajmniej nikt mu tego nie udowodnił. Tego zdania był miszczu Józefowicz, ale inni miszcze wyrazili gorące poparcie. Oraz, że Fibak był przecież niezwykle pomocny panienkom, które chciały wejść w krąg elit, zaznać dolce vita - czyli nic takiego się nie stało! Niech zaznają!
A za największy błąd Fibaka uznano błaganie o litość, czyli wycofanie publikacji.
Jasne jak...no, powiedzmy - skrzydła anioła: Fibak płynie sobie w glorii daleko powyżej poziomu mierzwy historii, zwanej "zwykłymi ludźmi", kierującej się jakimiś zasadami. Najcześciej - archaicznym zbiorem Dekalogu, typowym dla głupiego katolstwa z Ciemnogrodu, które ma nie tracić okazji do siedzenia cicho.
Oberwało się natomiast Latkowskiemu, który śmiał się dopuścić. To oczywiście znamy: łapanie złodzieja jest czynem wysoce nieetycznym, zwłaszcza kiedy to jest "nasz złodziej". Należy łapać policjanta. Czyli "wysokiej sędzinie" oberwało się tortem absolutnie niesłusznie, wszak ona tylko wyraziła wolę "klasy salonowo - miszczowskiej".
Będzie znów mnóstwo zabawy, kiedy sprawca pójdzie siedzieć za to, że Kiszczak z Jaruzelskim nie pójdą. Siedzieć, oczywiście. Mam mocne podejrzenie, że właśnie w celu wywołania takiej draki pan Miernik, tortfighter, zgłosił się dobrowolnie, gdzie należy.
Wracajac do rzeczy - oto nagle miszcze zorientowali się, iż sami wdali się w namiętne rozważania rodem z kolorówek, w dodatku nieco plączą się w zeznaniach, więc chórem zakrzyknęli groźnie na prowadzącego, że on ich w te maliny wpuścił.
Meller odpyskował, że rzecz się przecież stała. Czy lepiej byłoby sprawy nie zauważyć?
W tej kwesti zdania okazały się mętnawe, a miszcze się trochę zacukali. Łatwo o deklarację, ale... to jednak wyśmienita okazja do podniesienia oglądalności ( jeden reżyser, dwóch wesołków).
Gdybym w "Śniadaniu mistrzów" miała poszukać mistrza, to nie byłby nim nawet Meller, którego uważam za faceta inteligentnego. Wprawdzie trafiają mu się same głupie fuchy, ale i tak trudno Mellera porównać z większością badziewiactwa w tej stacji - i przecież nie tylko w tej.
Jednak gdyby mnie się trafili tacy "mistrzowie śniadaniowi", uciekłabym na koniec świata, żeby się z nimi nie męczyć. Wspólczuję Mellerowi, ale pewnie ma kredyty...
Ciekawe, kto był pomysłodawcą tego ble-ble? Tego doboru tematów, doprawdy wymagających mistrzowsko wyrafinowanego intelektu?
Jedno jest pewne - w tym narodzie naprawdę nastąpiło dziwne pęknięcie: ogromna większość tego, co we własnym mniemaniu jest elitą ( czyli "miszczami"), natychmiast po wyciągnięciu słomy z butów zaczyna "gadać Zagłobą", w stylu
"Co mnie było do tego, że się chamy żenią? Tyle miałem do roboty na tym weselu, ile na psim."
No, bo jakim, na ten przykład, prawem pan Cieć na bramce śmiał nie rozpoznać miszcza Mleczka, wkraczającego do telewizji? Zgrozą powiało!
Aż się prosiło, żeby zakrzyknąć "puszczaj, chamie! Zdrowiem daruję!"
A swoją szosą jakoś nie widać tej pogardy dla "chamów" u tych, którzy "sami nie kupują sobie sreber", choć historia potraktowała ich źle i raczej te rodzinne, dziedziczone przez pokolenia srebra odebrała.
Im świeższa nobilitacja, tym bardziej cudaczny nouveau riche.
Ale w pewnej chwili to przestaje być śmieszne: nie wiem, czemu kojarzy mi się to z makabrą Rewolucji francuskiej i "Trzecim Stanem", który dorwał się do władzy.
Strach się bać.
374
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (8)