W tom bezpticzu i żopy nietu.
Łabendź nie wielbłąd, ale niech pije za swoje.
11 obserwujących
281 notek
79k odsłon
799 odsłon

Klimaty jesienne: covid, kot, herbata i kurna chata.

Wykop Skomentuj34

Na wiosnę, przy okazji hejtu na zarządzenia kwarantanny, napisałem to:

Największym problemem epidemii stało się wyjście do lasu. Nie komunikacja miejska, nie zamykane granice, zakłady pracy i brak zleceń, ale wyjście do lasu. Marcowy las, miejsce w którym trudno wytrzymać dłuższą chwilę bez gumofilców i bechatki (panowie podchorążowie przetłumaczą ;] ) nagle okazał się dla internetowej opinii "publicznej" artykułem pierwszej potrzeby.

I wszystko to z powodu epidemii, która "zgarnia mniej ofiar niż zwykła grypa".

Ja bym, zamiast tego lasu, doradził Państwu zaparzyć herbatę. I przy tej herbacie coś sobie wyjaśnimy. Bo to nie jest do końca tak, że koronawirus to grypa i na tej herbacie da się to udowodnić - bez wróżenia z fusów.

Mamy już nalany wrzątek i wrzucamy ziółko. Herbata naciągnęła. I to jest właśnie obraz grypy. Ludzkość to ta szklanka wody; grypa to herbaciana esencja. Grypa jest wśród ludzi tyle czasu, ze zdążyła się rozejść równomiernie po całej światowej populacji (a teraz, kochane dzieci, przypominamy sobie co było, kiedy grypa dotarła do obu Ameryk). To, co teraz grypa robi, to jest jej maksymalny pułap możliwości, więcej się nie zmieści.

No dobrze, a koronawirus? Prosze wsypać do herbaty cukier. O, cały spadł na dno, a płyn nad powierzchnią cukru zaczyna lekko "falować". Czy herbata jest słodka? Jeszcze nie. Dopiero ta odrobina płynu nad dnem. I to jest właśnie koronawirus.

SARS2cośtam to jest gatunek zupełnie nowy, do tej pory w ludzkiej populacji nieobecny: on się dopiero rozmnaża. Powiększa liczebność. To, co teraz oceniamy jako skutki epidemii, to są skutki początków jego namnażania. Dopiero kiedy się taki "cukier" rozniesie równomiernie po całej "szklance" ludzkości, dopiero kiedy płyn nasyci się nim tak, że już nie można będzie rozpuścić ani kryształka, będziemy mieli porównanie, czy jest od grypy groźniejszy, czy nie jest. A będzie się roznosił, bo nie ma żadnych przeszkód przed rozpuszczaniem cukru w wodzie i zarażaniem nieopornych.

I teraz chodzi tylko o to, żeby nie mieszać.


Minęło od tego pół roku i mamy rekordy zakażeń. Mamy je dlatego, że rada została olana. Mieszał każdy, komu się tylko zachciało. Durni hejterzy, narzekający na żelazne prawa epidemiologii, opozycja, nie mająca przeciwko rządowi żadnych rozsądnych argumentów (do czasu uchwalenia przez pisowski sejm "piątki dla zwierząt"), czy wreszcie, last but not least zwykli durnie bez wyobraźni, zachowujący się podczas wakacji jakby ich z klatki wypuszczono.

Wielu dorosłych ludzi zachowało się jak głupia mysz, która na widok kota chowa się do dziury, ale za chwilę wyłazi spowrotem i podchodzi coraz bliżej bo... kot się nie rusza. Nie zjadł mnie od razu, to znaczy że jest niegroźny. Cóż, żeby kot się ruszył, trzeba odpowiednio blisko podejść: ale jak się ruszy, będzie za późno na refleksje. Na kota tego typu pomaga wyłącznie trzymanie się z daleka i zachowywanie zasad, których uczyły stare mądre myszy od czasu profesora Pasteura: dystans, zasłanianie twarzy, mycie i dezynfekcja, a łazimy tylko tam gdzie trzeba i tylko kiedy trzeba. Co nadto jest, od złego pochodzi.


I całkowicie nieważne są wrzaski tych, co najusilniej na wiosnę mieszali: że strategia izolacji nie przyniosła efektu. Nie przyniosła, bo nie mogła: była stosowana zbyt krótko i niekonsekwentnie. Ale i tak spowolniła "rozpuszczanie cukru" o kilka miesięcy. Natomiast cukier będzie się rozpuszczał, bo taka jest jego natura; aż do nasycenia roztworu. Wzrostu liczby zachorowań nie da się cofnąć. Można go tylko hamować, spowalniać, ale nie da się wyrzucić wirusa z terytorium, które już raz - może dzięki waszej, ludkowie, głupocie - zajął. Wirus z Wuhan jest jeszcze jednym, zawleczonym z Azji gatunkiem, który nie ma u nas naturalnego wroga, tak samo jak te paskudne ślimaki - pomrowy, albo barszcz Sosnowskiego i będzie się dokładnie w ten sam sposób panoszył.

Dobrej rady lepiej posłuchać późno, niż wcale, zwłaszcza jeśli widać, czyje pomysły jaki skutek przynoszą. Kto boi się wrzasku, podnoszonego przez hejterów, niech posłucha równie starej i równie dobrej rady: Jeśli ktoś boi się krzyków, niech zatka sobie uszy gliną. A jeśli ktoś jak raz nie może zatkać gliną oczu, ani znaleźć do czytania mądrzejszego publikatora jak Sralon, straszący że noszenie maseczki powoduje samozatrucia wydychanym dwutlenkiem węgla, niech lepiej czyta dziewiętnastowiecznych pozytywistów.

Bo u dziewiętnastowiecznych pozytywistów dowie się, że mniej niż dwieście lat temu większość ludności Polski mieszkała w kurnych chatach. Chaty nazywano kurnymi, ponieważ ogrzewało je nie nakryte niczym palenisko; praktycznie ognisko czymś tam z boków obudowane, ognisko które przez wszystkie zimne miesiące roku "kurzyło" izbę dymem, snującym się pod powałą i rozłażącym po kątach, bo przez otwór w dachu uciekało go niewiele. Zwłaszcza galicyjscy inteligenci, wyruszający na odkrycie Podhala i huculszczyzny opisywali barwnie, jak to góral, przez pół roku, dokładnie jak jego własne sery, wędzi się w zadymionym pomieszczeniu, gdzie od okna nie widać drzwi, a ode drzwi nie widać okna.

Wędzi się, a niczym nie zatruwa.



# myślenie jest czynnością mniej kłopotliwą niż intubacja

Wykop Skomentuj34
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale