Dziś mija kolejna rocznica śmierci jednej z najwybitniejszych jednostek, jakie wydał w XX wieku naród polski. Karol Wojtyła urodził się w Wadowicach 18 maja 1920 roku, a odszedł z tego świata 2 kwietnia 2005 roku. Każdy z Polaków, przeżywał ten pontyfikat na swój własny sposób i każdy w różnym stopniu doceniał prawdy głoszone przez Jana Pawła II. Nie ma jednak wątpliwości co do faktu, że to Polska dała światu Papieża z dalekiego kraju, a Papież ten odwdzięczył się po stokroć, dając Polakom nadzieję i siłę, która zmieniła oblicze tej ziemi.
Muszę przyznać, że często rozmyślałem nad tym, jak zareaguję, gdy Papież Jan Paweł II zostanie zabrany do naszego Pana. Już od dzieciństwa portret człowieka w „śmiesznej czapeczce” towarzyszył mi w domu rodzinnym i nawet mimo tego, że długo nie zdawałem sobie sprawy kim ten człowiek jest, to jego obraz wbił mi się podświadomie w pamięć. Dopiero później, gdy już dorosłem na tyle, by uświadomić sobie, że praktycznie od urodzenia towarzyszył mi wizerunek pierwszego polskiego Papieża, mogłem docenić ten fakt i nawet doszukać się w tym pewnej symboliki.
Ja sam, urodziłem się w gorącym nie tylko pod względem pogodowym, miesiącu sierpniu 1980 roku. Słowo „Solidarność” było wtedy odmieniane przez wszystkie przypadki. Początkowo w Gdańsku, a później już w innych regionach kraju. Nie mogłem wtedy wiedzieć, że człowiekiem, który przyczynił się do tej eksplozji społecznego entuzjazmu, dając ludziom wiarę, była właśnie ta osoba w „śmiesznej czapeczce” z portretu, który wisiał u mnie w pokoju. Nie uświadamiałem sobie też, że będę miał zaszczyt należeć do grona osób, które urodziły się i dorastały w czasie pontyfikatu Jana Pawła II. Za naszego życia nigdy nie było innego Papieża i nie mogliśmy wyobrazić sobie nawet sytuacji, że może być inaczej. Myślę sobie teraz, będąc już trochę po trzydziestce, że przywilejem takim niewiele osób może się poszczycić. Moje dzieci będą prawdopodobnie uczyć się na lekcjach historii o wielkim polskim papieżu, który zmienił oblicze kraju, w którym żyją, ale dla nich będzie to tylko postać z podręczników historii (jeśli oczywiście pani Minister Hall nie usunie tego przedmiotu jako zbędnego z programu nauczania – przyp. red.). Moje pokolenie natomiast może się definiować poprzez ten właśnie fakt.
Moje spotkania z Janem Pawłem II zaczęły się dosyć późno. Pierwszą Pielgrzymką, którą pamiętam, była ta bardzo krótka z 22 maja 1995, kiedy to Ojciec Święty wypowiedział bardzo ważne i jakże aktualne dzisiaj słowa: (…)Czas próby polskich sumień trwa…Wbrew pozorom, praw sumienia trzeba bronić także dzisiaj. Pod hasłami tolerancji, w życiu publicznym i w środkach masowego przekazu szerzy się nieraz wielka, może coraz większa nietolerancja. Odczuwają to boleśnie ludzie wierzący. Zauważa się tendencję do spychania ich na margines życia społecznego, ośmiesza się i wyszydza to, co dla nich stanowi nieraz największą świętość. Wtedy nie rozumiałem znaczenia tych słów. Dopiero dzisiaj, w czasach, gdy o obecność symbolu Krzyża w szkołach trzeba walczyć w Trybunale Europejskim w Strasburgu, a polski Sejm legalizuje posiadanie tzw. małych ilości narkotyków, nabierają one swego wyrazistego znaczenia.
Kolejną Pielgrzymką, która odcisnęła na mnie szczególne piętno, była ta z czerwca 1999 roku, której hasłem było „Bóg jest Miłością”, a którą równie dobrze można przyrównać do maratonu, tak była intensywna. Miałem wtedy okazję uczestniczyć w Mszy św. z Ojcem Świętym, która odbywała się w Licheniu (blisko miejscowości mojego urodzenia - Konina). Mimo, że utrudzony i schorowany Pierwszy Duszpasterz powitany został entuzjastycznie przez ok. 300 tys. przemokniętych wiernych. Papież wykazał się wtedy dużym poczuciem humoru, gdy stwierdził podczas homilii, że okrzyki ludzi „Witaj w Licheniu” skojarzyły mu się ze słowami „Witaj, ty leniu”.
Nie zdawałem sobie sprawy, że kolejny raz zobaczę na żywo Papieża dopiero za 6 lat, w pamiętnym roku 2005 w Watykanie. Możliwość ta będzie mi dana przy okazji mojego pobytu we Włoszech podczas programu wymiany studenckiej. Już później pomyślałem sobie, że fakt mojego przebywania we Włoszech w tamtych dniach, nie mógł być przypadkowy. Mimo, że może zabrzmieć to zbyt górnolotnie, to szukając w tym sensu, racjonalizacji, doszedłem do wniosku, że może zostałem tam wezwany przez Tego z góry. Może po to, aby uczestniczyć w pożegnaniu mojego wielkiego rodaka, z którym wiązało mnie więcej, niż wtedy mogłem sobie uświadomić.
Nie będę tutaj opowiadał o samym pogrzebie, pełnym symboliki i znaczeń. Mogę tylko wspomnieć, że czuło się na Placu Św. Piotra obecność Ducha Świętego. Wiatr rozpętał się już w czasie Mszy Świętej, odprawianej przez obecnego Papieża, a przedtem wieloletniego współpracownika Ojca Św. Kardynała Ratzingera. A gdy Pismo Święte ułożone na trumnie naszego Papieża, zatrzasnęło się tuż przy końcu samej Mszy, czułem, że dopełniła się droga wielkiego Papieża na tej ziemi. Ja sam pozostałem z uczuciem wielkiej osobistej straty, podobnie zresztą jak wielu ludzi na całym świecie. Połączyło nas wtedy, ludzi różnych narodowości, wielkie misterium śmierci i przez chwilę czuło się, że Karol Wojtyła udziela nam wszystkim ostatniego kazania. Tym razem bez słów, bez dowcipnych i zawsze celnych anegdot, mówi nam, że tak jak się żyło, czyli godnie, tak samo można i odejść z tego świata. A zwłaszcza, gdy się wierzy, że tam po drugiej stronie czeka na nas Ojciec Wszechmogący.
Od tego momentu na Placu Św. Piotra powziąłem postanowienie, że będę starał się żyć z taką samą godnością i emanować taką samą pogodą ducha, jak On. Nieważne, jak wielkie brzemię przyjdzie mi w życiu wziąć na barki, nie poddam się, bo wiem, że każde brzemię można udźwignąć, gdy zawierzy się Bogu. Karol Wojtyła udowodnił to całym swoim życiem i za to należą Mu się wielkie podziękowania.
Jeszcze Raz Bóg zapłać, Ojcze Święty.
Za Wszystko..


Komentarze
Pokaż komentarze (1)