Podaję drugą zajawkę fragmentu arcyciekawej książki Renaty Radłowskiej "Nowohucka telenowela". No to trzeba miec w swojej bibliotece. Te nowelki, a nawet telenowelki po prostu są przepiękne. Zapraszam do króciutkiej lektury i zachęcam do zakupu tej jak dla mnie najlepszej do tej pory książki o Nowej Hucie mijającego roku...
Zdzisława od ujrzenia potwora
Junaczka szukająca w nowohuckiej ziemi starożytnych skarbów - w latach pięcdziesiątych norma. Starożytne skarby wydzierane nowohuckiej ziemi - nic nadzwyczajnego. Ale mężczyzna o czarnej twarzy i z wściekle żółtymi oczami, dyszący wprost na młode szyje junaczek?
Mężczyzna nie był Murzynem, więc kolor jego twarzy nie miał nic wspólnego z rasą. Nie był też Azjatą ani nie pochodził z Hawajów, żeby miec wściekłe żółte oczy (powiedzmy szczerze: oni mają intensywnie piwne; takie mocno podpalone słońcem, skarmelizowane). On był z Nowej Huty. I to pewne, bo kiedy go widywano w środku dnia (dzień musiał byc mglisty, żeby mężczyzna mógł efektownie wyłonic się z mgły), miał na sobie ubranie typowe dla ludności zamieszkującej ziemię, na której stanął kombinat i zabójczo nowoczesne miasto Nowa Huta.
Co robił mężczyzna?
Straszył.
Zdzisława, która nie znosi dopasowywania kobiet do wieku, zgadza się, żeby mówic o niej "leciwa" (zgadza się łagodnie). Nabiera w płuca powietrza, żeby zacząc opowieśc (a o swoich płucach mówi: "Wciąż imponujące prawda?):
- Strasznie straszył! I wszystkie byłyśmy przerażone (...)




Komentarze
Pokaż komentarze