„Pewni” (to eufemizm, wyjaśnię jego znaczenie za chwilę) internauci występują z rozumowaniem tego rodzaju: albo wszystkie kłamstwa są karane, albo każdy może kłamać do woli. Mają tu na myśli kłamliwą, ich zdaniem, treść książki „Strach” Jana T. Grossa oraz, implicite podważane przez nich, uznanie twierdzeń o nieistnieniu Zagłady za kłamstwo.
Błąd w „myśleniu” tych internautów jest dwojaki. Po pierwsze, i tu wyjaśniam znaczenie przed chwilą użytego eufemizmu, ich ukrywany, niekiedy pewnie nawet przed sobą, antysemityzm (a szerzej ksenofobia, rasizm, nacjonalizm, szowinizm, fundamentalistyczny ultraklerykalizm katolicki, czyli postawa katoendecka), nie pozwala im widzieć faktów, nie pozwala im widzieć oczywistości, szeroko udokumentowanej, Zagłady. Co więcej, każe im skłaniać się ku argumentom, które uzasadniałyby prawomocność zaprzeczeń Zagładzie, bo chcieliby w majestacie prawa móc wypowiadać „kłamstwo oświęcimskie”.
Co najistotniejsze jednak w tym wypadku, i co stanowi clou wywodu przedstawicieli katoendecji, to utożsamianie istoty „Strachu” i „kłamstwa oświęcimskiego”. Otóż, katoendecy twierdzą implicite, że oparta na udokumentowanych i niezaprzeczonych faktach interpretacja zjawiska jest tym samym co zaprzeczenie samym faktom! Dla katoendecji, innymi słowy, stwierdzenie wbrew faktom, że pewien mord nie został dokonany (jak to się dzieje u „kłamców oświęcimskich”) jest tym samym, co, oparta na dokumentach, deliberacja nad poziomem i zakresem winy tych, którzy innego mordu dokonali (i co jest przecież istotą eseju historycznego Grossa). Według katoendeków w obu przypadkach mamy do czynienia z tym samym, z czystym rozważaniem. Skoro wolno zastanawiać się nad zakresem odpowiedzialności Polaków winnych prześladowania Żydów, to wolno też na tej samej zasadzie twierdzić, że krematoriów Auschwitz nie było – zdają się twierdzić. Stawiają na jednej płaszczyźnie kwestie zupełnie dysproporcjonalne: dążenie do prawdy i fałsz.
Przy czym, na zasadzie „uderz w stół a nożyce się odezwą”, rozważania nad zasięgiem winy członków społeczeństwa i jej konsekwencji dla dzisiejszego jego stanu etycznego wywołują natychmiast do odpowiedzi katoendecję, uznającą się (może i słusznie...), za wyłączną reprezentację Narodu, a co za tym idzie, ze względu na swe antysemickie nastawienie, czującą się znieważoną, ergo uważającą Naród za znieważony. Tylko dlaczego prawo demokratycznego państwa ma być skrojone pod kątem wielkościowych urojeń, którym ulegają katoendecy?
Jan T. Gross nie obraża. On OBNAŻA.



Komentarze
Pokaż komentarze (12)