107 obserwujących
613 notek
1270k odsłon
5973 odsłony

Wybrane przykłady z historii wolności słowa w III RP

Wykop Skomentuj90


Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów

oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.

(Art. 54.1 Konstytucji RP z dnia 2 kwietnia 1997 r.)

W styczniu 2009 roku elitarne, niszowe wydawnictwo (ARCANA) opublikowało biografią jednej z najważniejszych postaci historycznych w Polsce, niepełniącej w tym czasie żadnej z funkcji państwowych (pt. „Lech Wałęsa. Idea i historia"). Nazwisko autora tej książki, Pawła Zyzaka, absolwenta Wydziału Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, przez kilka miesięcy nie schodziło z pierwszych stron gazet. Premier, marszałek Sejmu, politycy partii rządzącej, największe media prowadzili kampanię przeciw autorowi i jego naukowemu promotorowi, prof. Andrzejowi Nowakowi, oraz wydawnictwu ARCANA, a wreszcie najważniejszej instytucji badającej najnowszą historię kraju (IPN).

• Premier groził najbardziej renomowanemu uniwersytetowi w kraju, który przyznał tytuł magisterski młodemu autorowi.

• Minister szkolnictwa wyższego publicznie ogłosił specjalną kontrolę przyznawania tytułów naukowych na tymże uniwersytecie.

• Pojawiły się groźby sankcji finansowych (granty, dotacje).

• Autorowi książki uniemożliwiono studia doktoranckie, został wyrzucony z pracy, był publicznie lżony, obrażany oraz pomawiany przez sławy i „autorytety” publiczne. Nie miał żadnej możliwości obrony.

• Jednocześnie nikt nie potrafił przedstawić merytorycznych zarzutów, a wielu wypowiadają-cych się o książce deklarowało wprost, że ani jej nie czytało, ani czytać nie zamierza.

Atak rozpoczął żurnalista Andrzej Stankiewicz w tygodniku Newsweek, który zredukował całą książkę Pawła Zyzaka do jednego epizodu z młodości Wałęsy i określił ją jako „kontrowersyjną” ze względu na ujawnienie faktu, że lider „Solidarności” w młodości miał nieślubne dziecko. Sprowadzenie solidnej i wyczerpująco udokumentowanej biografii do jej jednego, niewielkiego epizodu i do jednej wypowiedzi świadka było świadomą metodą dezawuowania autora książki. Czytelnicy „Newsweeka” mieli okazje tez dowiedzieć się, że „Zyzak jest związany z PiS-em”.

Artykuł z „Newsweeka” doprowadził  do odstąpienia przez prywatną szkołę od zatrudnienia Zyzaka na stanowisku nauczyciela historii i do odmowy przyjęcia go na studia doktoranckie UJ.

Historia Pawla Zyzaka może służyć za klasyczny przykład zniszczenia niewygodnej osoby. Nie wystarczy potępić lub ośmieszyć wyniki jego badań, poglądy i dzieło. Trzeba jeszcze zdezawuować tę osobę, wyeliminować z życia publicznego, pozbawić lepszej pracy i szansy na karierę zawodową. Nie wystarczyła opinia, że Zyzak jest złym historykiem, ale zarzucono mu, że jest „pisowcem”. A taki człowiek nie może przecież być doktorantem na tak szacownej uczelni jak UJ. Tymczasem Zyzak nie był złym historykiem, i nie był też „pisowcem”.

Przy okazji posłużono się manipulacją usiłując powiązać książkę Zyzaka z IPN. Promotor Zyzaka, prof. Andrzej Nowak nie miał nic wspólnego z IPN. IPN nie miał nic wspólnego z biografią Wałęsy, tak jak żadnego z nią związku nie miał PiS ani Jarosław Kaczyński personalnie. Zyzak zatrudniony został w krakowskim IPN jako pracownik fizyczny i zwolniony, gdy wybuchła afera związana z jego książką. A jednak w ośrodkach opiniotwórczych III RP związek ten traktowano jako dogmat.

Dziesięć lat później, w styczniu 2019 roku, prof. Jacek Bartyzel, politolog i historyk idei, wykładowca Wydziału Politologii i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, komentując konflikt Polska – Izrael, napisał na Facebooku:

„To, że nas Żydzi nienawidzą i opluwają, jestem w stanie przyjąć ze spokojem – w końcu czegóż można spodziewać się od tego plemienia żmijowego pełnego pychy, jadu i złości? Trzeba po prostu trzymać ich na dystans, tak wielki, jak tylko możliwe. W ogóle nawet inne próbować dyskutować czy przekonywać, bo to daremne; oni nie są zdolni do okazywania wdzięczności, uważają natomiast, że wszystko im się należy. I w nosie mam też, ile polskich drzewek «sprawiedliwych» będzie w Yad Vashem, może nie być nawet żadnego.

Nie mogę mieć innego poczucia, jak bezbrzeżnej pogardy dla tych Polaków (z metryki), którzy kalają własne gniazdo, gorliwie przyłączając się do polakożerczej kampanii pomówień. Dla tych renegatów nie może być żadnego wybaczenia ani litości. Gdyby to ode mnie zależało, karałbym ich – nie więzieniem, bo po co obciążać podatników kosztami ich utrzymania w tych wygodnych pensjonatach, jakimi są dzisiaj zakłady penitencjarne – ale dożywotnią infamią narodową oraz cieleśnie: publiczną chłostą w sempiternę."

Przytoczona wypowiedź została usunięta z Fb; prof. Bartyzel wyjaśnił dziennikarzom, ze stało się to wbrew jego woli.

Wypowiedź wywołała od razu falę krytyki, a prof. Adam Leszczyński ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie oskarżył profesora Jacka Bartyzela o propagowanie antysemickich treści i wzywania do nienawiści na tle rasowym. W piśmie skierowanym do rektora UMK domagał się ukarania prof. Bartyzela. W następstwie tego donosu rektor UMK 8 marca 2019 r. skierował do Prokuratury Rejonowej w Toruniu zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa określonego w artykułach 256 i 257 kodeksu karnego.

Wykop Skomentuj90
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo