0 obserwujących
7 notek
21k odsłon
4421 odsłon

COVID-19: MIĘDZY PANIKĄ A WYPARCIEM

Wykop Skomentuj92

wyznanie jednego z panikarzy

Nazywają nas panikarzami.

To my wykupujemy z drogerii środki dezynfekujące na bazie alkoholu, papier toaletowy i makaron z marketów, bądź maseczki z filtrem FFP3 po 10-krotnie zawyżonych cenach na Allegro. I jeszcze się cieszymy, że zdążyliśmy przed 30-krotną podwyżką. W kuchennych szafkach trzymamy zapasy konserw na 2 miesiące. Zawieszamy kontakty międzyludzkie, pracę wykonujemy zdalnie, ze środków publicznej komunikacji nie korzystamy. Nasze umysły już funkcjonują w rzeczywistości postapokaliptycznej.

- Niech już się zacznie na serio – w grupowej konwersacji dostaję wiadomość od Maurycego (lat 29, okaz zdrowia, ostatnio rozważał zakup rowerku stacjonarnego, by zastąpić czymś siłownię w wypadku kwarantanny) – bo inaczej na cholerę trąbię o zagrożeniu od połowy stycznia? Oglądam te wszystkie wywiady z WHO i słucham podcastów lekarzy? W biurze już nikt nie chce ze mną gadać, bo wszystkim psuje humor wizjami katastrofy. Upominają, żebym w masce nie chodził, bo straszę klientów.

- Mam nadzieję, że zaraz przyspieszy – odpisuje Maciek (lat 31, w grupie podwyższonego ryzyka, w dobrowolnej kwarantannie „na wszelki wypadek” od początku lutego). – I to teraz, już, zanim skończy mi się urlop. Żeby ludzie zrozumieli, że to poważne. Siedzę w domu od miesiąca i nawet wróciłbym do biura. Jednak wolę nie ryzykować. Chociaż nie chcę też stracić pracy.

Odrywam wzrok od ekranu Messengera. Spoglądam przez okno – Warszawa, marzec 2020. Na ulicy ruch jak zwykle. Normalny dzień, środek tygodnia. Ludzi w maskach brak. A my z przyjaciółmi od kilku tygodni kontaktujemy się głównie przez internet. Z domów wychodzimy tylko z konieczności. Żyjemy w paranoi i strachu przed epidemią.

Spotykamy się z drwiną, złością i pobłażaniem. Bo nie wierzymy, że „jakoś to będzie”. Nie ufamy rządowym zapewnieniom, że sytuacja jest pod kontrolą. Czytamy badania, samodzielnie analizujemy statystyki i śledzimy trendy na wykresach. Operujemy na faktach. I zadajemy pytania, na które odpowiedzi nie są przyjemne.

Koronawirus SARS-CoV-2 to podstępna kreatura. Wedle aktualnych danych około 80-85% zarażonych przechodzi jedynie łagodne objawy. Gorączka, kaszel. Normalna grypa, ewentualnie zapalenie płuc. Szanse są więc wysokie, że nic nam nie będzie. To dobrze z punktu widzenia jednostki. Źle z perspektywy społeczeństwa. Wysoki odsetek wyleczeń generuje nonszalancję. Dlaczego mam rezygnować z osobistej wygody? Zamienić lunche w okolicznej knajpce na gotowanie w domu? Anulować jedyny w roku wyjazd urlopowy? Dlatego nie zmieniamy nawyków, ewentualnie częściej myjemy ręce, a osoby postulujące radykalne ograniczenia swobód obywatelskich na okres tymczasowy, nazywa się panikarzami.

Europie, szczególnie zachodniej, wyrastającej z liberalno-kosmopolitycznych idei, szczególnie trudno zmienić imperatyw myślenia. Przetrwaliśmy kryzys migracyjny i depresję ekonomiczną w 2008 roku. Rosja nas nie zaanektowała po przejęciu Krymu, a do ataków terrorystycznych się przyzwyczailiśmy. Mimo liberalnego larum o wzrastających tendencjach nacjonalistycznych, wolność słowa wciąż ma się dobrze i z każdej opresji wychodzi obronną ręką. Nasz życiowy komfort, mimo licznych perturbacji ekonomiczno-politycznych, pozostał niezmienny. To dlaczego teraz miałoby być inaczej? Za sprawą jakieś malutkiego, nowego wirusika?

- Przecież to tylko odmiana grypy – czytam na internetowych forach koronny argument wśród covidowych denialistów. – Na grypę też mogę umrzeć, to dlaczego mam się teraz przejmować?

Podstępność COVID-19 polega na wręcz perfekcyjnym zaadaptowaniu do naszej cywilizacji pod względem kulturowym. Przede wszystkim: stosunkowo niska śmiertelność. Około 3% zgonów, i to szczególnie wśród seniorów oraz osób schorowanych, nie przeraża. Ponadto zainfekowany koronawirusem SARS-CoV-2 zaraża jeszcze przed wystąpieniem objawów. A okres inkubacji wirusa, w skrajnych przypadkach, może wynosić nawet trzy tygodnie. Słowem: piekielnie trudno wykryć to cholerstwo, szczególnie w początkowej fazie epidemii. W dodatku wirus, gdy już się rozhula, zabija niepozornie. Media nie obiegają fotografie spektakularnych krwotoków jak na przykład przy epidemii eboli. Trudno bać się zapalenia płuc z ewentualnymi powikłaniami. Dlatego lekceważymy zagrożenie. A nonszalancja, w połączeniu z bardzo wysokim współczynnikiem zarażalności, to młyn na wodę nowego wirusa. Liczba zainfekowanych rośnie według wzrostu wykładniczego, a liczba chorych w krajach, które nie zastosowały drakońskich metod walki, podwaja się średnio co 4 dni. Przy takim tempie transmisyjności COVID-19 może zarazić nawet 40-70% populacji w ciągu najbliższego roku.

- Skoro wszyscy zachorujemy – słyszę w odpowiedzi – to dlaczego mam się tym przejmować?

Wykop Skomentuj92
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo