Mój młodszy Kuzyn i ja stanowimy "totalny kataklizm". Kiedy jeszcze byliśmy szkrabami, mówiłam mu: "Uważaj, żebyś się znowu nie pobrudził gofrem", po czym bita śmietana z mojego własnego przysmaku lądowała na u mnie na bluzce. To były piękne dni, gdy zdenerwowani epicką porażką polskich siatkarzy z Serbią odkręciliśmy w nocy hydrant i nie umieliśmy go zakręcić. Albo gdy odłączaliśmy wtyczkę od boilera na tarasie domku w Pogorzelicy by podłączyć sobie radio i umilać życie turystom. Zwłaszcza, że się potem okazało że ten junkers ogrzewał wodę w sześciu domkach. Dowód: zdjęcie poniżej (wspomniana wtyczka jest mikrofonem). Konkurs dla Państwa: jakiego zespołu słuchaliśmy. Nagrodą jest satysfakcja moralna. Dla ułatwienia - był to rok 2000, 2001 albo 2002 (nie pamiętam dokładnie).

Pewnego dnia zgubiliśmy się też we dwójkę w bułgarskim Neseberze, bo zachciało mi się kupować płytę Fatboy'a Slima. Rodziców wraz z Kuzynką znaleźliśmy po pół godziny poszukiwań. Takiego ochrzanu jak wtedy dostałam, to nie pamiętam. Zwłaszcza, że fakt ów miał miejsce już po moim wyczynie sprzed paru dni w Stambule. Na pocieszenie, w Neseberze nie mogliśmy znaleźć miejsca, gdzie został zaparkowany samochód i przez długi czas kluczyliśmy ulicami. Druga część opierniczu zaczęła się podczas naszej wokalnej interpretacji piosenki Kazika: "Zagubiłem się w mieście / po raz kolejny / pomyliłem ulice / czy ja to ty?" Starszych denerwować nie wolno i już.
Bułgaria / Stambuł 2001r.
Kolejne zagraniczne wakacje, na które udaliśmy się samochodem, i znowu przez Ukrainę. Wyjechaliśmy strasznie późno, bo Tata miał pisać jakieś zażalenie na postanowienie, a tu wywaliło korki i w dodatku zgubił się klucz, którego szukaliśmy po ciemku, i który okazał się tkwić w drzwiach od garażu. Oczywiście pytałam Mamę, co wchodziła jako ostatnia, czy sprawdzała w zamku, ale skończyło się nieomal ścierą po głowie. Reise Fieber - tak na to mawiają Niemcy.
Na przejściu granicznym w Medyce długa kolejka. Stoimy w upale. Idą młodzieńcy, prowadzą motor. Pogranicznik ich prosi:
- A odpalcie panowie ten motor.
- No jak to, przecież on pali - zacietrzewili się właściciele.
Celnik w tym czasie zajął się uspokajaniem jakiegoś buńczucznego cudzoziemca. Po chwili zwrócił się do absztyfikantów:
- I jak, pali?
- No, nie za bardzo.
- To do widzenia panom.
Chociaż Polacy nas już dawno odprawili, to kolejka od kilku godzin się nie ruszała w związku z zimną wojną między celnikami polskimi i ukraińskimi. Rodzice kazali mi zapytać po angielsku ukraińskiego Pogranicznika Palącego Papierosa, kiedy pojedziemy. Oczywiście ucieszyłam się, że będę mogła się pochwalić znajomością "zapadniego jazyka", toteż z uśmiechem na ustach pytałam:
- Excuse me, for how long are we supposed to wait here yet?
- Nie sprechen Deutsch - uściślił Palący Papierosy Pogranicznik, a potem dopytał - Deutsch?
- Englisch - odrzekłam z niemieckim zaśpiewem.
- Też nie sprechen - mój interlokutor rozwiał wątpliwości.
- Kiedy pojedziemy? - zapytałam zrezygnowana.
- Kiedy się skończy kolejka.
Nie wiem, ile sobie tam polewali kolejek, bo tym razem przejście graniczne dłużyło się niemiłosiernie. Tata znowu uprawiał sprinty między okienkami, a gdy podchodził do samochodu, wiadomo było że powie: "Daj pieniądze". Znowu były ustrachowki medyczne za 110 zł, deklaracja na maszinu i osławiona "ekołogia" - tj. opłata, której nie musieli uiszczać kierowcy ukraińskich kombi marki kombi albo dwóch "maszin" ciągnących się wzajemnie na sznurkach.
- O, ma pan BMW - zauważył ukraiński celnik. - Ile wiezie pan narkotyków?
- Panie, narkotyki ja wożę przez Słowację - powiedział dla żartu Tata, a celnik potraktował to całkiem na serio i nie kazał nic dawać dodatkowo w łapę.
Powrót był jeszcze gorszy, gdyż zimna wojna się zaostrzyła. Podszedł do nas około północy jakiś załatwiacz i zaproponował, że jak mu damy 100 dolarów to zaraz ruszymy. "Sto dolarów to ja wolę przepić" - odrzekła moja Mama (abstynentka). Potem zeszło do stu marek by stanąć na stu złotych. Ale nic nie pomogło, bo odprawiano wyłącznie Ukraińców. Ci z kolei nie ruszali się daleko, bo nie odprawiali ich Polacy. Do piątej nad ranem zmieniliśmy położenie wozu o trzydzieści metrów (w bok). Zbudził nas stukot w szybę.
- Pan, pan! Pan jest Polak, pan mi przewiezie taką priczepku, bo mnie nie puszczą, a Pana nawet nie sprawdzą.
Oczywiście "priczepka" była na ukraińskich numerach, a co było w środku, wolę nie wiedzieć. No i rzecz jasna, trzeba było odmówić.
Tata poszedł rozmawiać o sytuacji na granicy z różnymi pogranicznikami. Byli wśród nich i nasi rodacy, którzy dawali zgodę:
- Pan z dziećmi, nie handluje, a rozwal im Pan ten szlaban i jedź, my panu pozwalamy.
Około dziewiątej rano faktycznie zaczęliśmy poddawać ten plan dyskusji, ale właśnie drgnęło. Pamiętam, że jeszcze nigdy napis "Polska" nie sprawił mi tyle radości i choć Radio Maryja było jedyną polskojęzyczną stacją, jaką udało się złapać bez zakłóceń, byliśmy w siódmym niebie.
Na innych granicach było też ciekawie, zwłaszcza gdy Bułgarzy kazali dezynfekować samochód w rowie z wodą, bo w Rumunii "brud i zaraza" a przy wjeździe z Bułgarii do Rumunii też trzeba się było dezynfekować, gdyż o Bułgarach to samo mówili Rumuni. Rowy podobno zawierały jakieś środki chemiczne, ale tak naprawdę mieściła się w nich zwykła woda, gdyż łapczywie piły ją psy celników.
W Rumunii największym problemem była nocna przeprawa przez Dunaj. W innym miejscu przeprawiano w dzień a w innym w nocy, no i niestety nocna ekipa pod przewodnictwem greckiego kapitana zalała się w trzy kotki i spała na pokładzie. Kapitan był stosunkowo najbardziej na chodzie, więc po dwóch - trzech godzinach zawołał rezerwowych pracowników promu.
Trzy tygodnie w Bułgarii upływały nam przyjaźnie i spokojnie oprócz tego, że się rozchorowałam. Zwiedzaliśmy, chodziliśmy na plażę, mieszkaliśmy w Świętym Konstantynie w pensjonaciku, którego właściciel zwerbował nas już na granicy. Pan Nikołaj powiedział, że jest widok na morze a w ogródku basen. Morze było oddalone o pół godziny piechotą, a oczko wodne (basen?) "się kopało". Tak czy inaczej Nikołaj oraz jego żona Margarita byli przesympatycznymi ludźmi, a biedny Tata tylko musiał się chować kiedy dzwonili wieczorami do pokoju, żeby przyszedł do nich na wódkę. Nawet delikatna pani Margarita potrafiła chlać gorzał i zagryzać piwem. U nas to chyba jednak, mimo wszystko, "słabsze ludzie". Ponieważ dogadywaliśmy się świetnie, Nikołaj załatwił nam tanio miejsca w autokarze do Stambułu z ramienia bułgarskiego biura podróży. O przygodach związanych z autobusem pozwolę sobie wspomnieć w następnej części opowieści wakacyjnych.
Pierwszą rzeczą, jakiej bohatersko dokonałam po wyjściu z autokaru, było zagubienie się w mieście. Stambuł liczy według różnych szacunków około dziesięciu milionów mieszkańców, plus pewnie drugie tyle turystów, więc zgubienie się do problemów nie należy, ale znalezienie się ponowne - owszem. Mi udało się dokonać tych dwóch rzeczy w odstępie zaledwie kilku godzin. Pod Hagią Sofią zagapiłam się na kolesia noszącego na plecach dzbanek z herbatą. Pół minuty - wycieczki nie ma! Nigdzie nie ma! To dlatego, że w planie zwiedzania był Błękitny Meczet, a Hagia Sofia tylko z daleka. W obezwładniającym harmidrze nie dosłyszałam tej podstawowej informacji, więc pobiegłam na złamanie karku w kierunku Hagii Sofii. Jest to ufundowana przez rzymskiego cesarza Justyniana świątynia, którą po zdobyciu Konstantynopola przez Turków przerobiono na meczet. Wśród setek tysięcy ludzi wbiłam do środka. Tak, wstęp jest płatny, ale mój beznadziejnie błagalny wzrok i polska mowa "zgubiłam wycieczkę" przekonały odźwiernych do wpuszczenia mnie do środka. A tu nikogo nie ma. Jest za to figura Grzegorza Cudotwórcy, w którym się wierci kciukiem dla spełnienia życzenia. Autokar. Biegnę na parking. Autokaru nie ma.
Nie mam telefonu (wakacje to wakacje - od wszystkiego) ani dużej ilości pieniędzy. W jednej knajpie w centrum pytam:
- Co można zjeść za dziesięć dolarów?
- Nic - odpowiada kelner po polsku a potem zarzuca mi długi turecki monolog.
Na szczęście chodziło tylko o targowanie się. Polaków, a zwłaszcza Polki, bardzo się tu lubi, więc każdy napotkany człowiek usiłował mi pomóc. Przynosili mi jedzenie, krzesełka żebym sobie odpoczęła, dawano (całkiem za darmo!) jakieś koszulki z napisami "I love Istanbul" i wciskano płyty lokalnego gwiazdora muzyki pop, Tarkana. Wszystkich jednak pobił pewien handlowiec, który wręczył mi plik magazynów pornograficznych i łamanym polskim/rosyjskim/tureckim zaoferował: "Masz. Daj swojemu mężowi." Miałam 15 lat - idealny wiek na zaobrączkowanie ;). Przynajmniej według sprzedawców na Wielkim Bazarze.
Orientowałam się piąte przez dziesiąte co jest w planie zwiedzania, więc przez parę godzin kręciłam się po stoiskach (dostałam takie fajne buty z zawijanymi noskami!) licząc na spotkanie kogoś z grupy. Dałam sobie jeszcze pół godziny a potem planowałam szukać ambasady czy konsulatu. Trochę jak w kawale, gdzie dziecko mówi koledze: "Dwie godziny temu powinienem być w domu. Rodzice się wściekną. Zaczekam do rana, to się będą cieszyć, że wróciłem żywy". Poszłam po rozum do głowy - gdzie można szukać Mamy, jak nie na stoiskach z biżuterią? Biżuteria na Bazarze mieści się w długim korytarzu, jednak nie na tyle długim, by nie znaleźć mojej Rodziny. Poszłam do sklepu z ametystami na wystawie, a tam wyedukowany biegle w polskiej mowie sprzedawca na to, że owszem, Mama była przed chwilą i kupiła pierścionek za 25$. Po kilku minutach biegania w tę i z powrotem usłyszałam znajomy kobiecy głos nadchodzący z położonej tuż przy sklepach małej gastronomii:
- Miało być z lodem! Czemu dał mi pan tonic bez lodu? Pytam: gdzie jest lód?
I oczom moim objawia się Mama, a kelner jej wyjaśnia:
- Nie ma leda.
Najciekawszy w tej całej sytuacji był fakt, że wycieczka została tuż po moim zapodzianiu się podzielona na grupy ("Nowe Rosjanki" postulowały o spędzenie całego dnia na Bazarze) i Rodzina nawet nie wiedziała, że błądzę samopas po ulicach metropolii, i w związku z tym nikt nie wykazał krzty zainteresowania, by mnie szukać. Podróżnicy poruszali się małymi grupkami w wybranych przez siebie kierunkach, a obiadowe spotkanie grupek było zaplanowane dopiero na wieczór. Przewodnik zaś zrobił sobie wolne. Serce mi waliło z radości jak Tyson Gołotę po gębie, a Mama nic nie wie! Mało tego, robi mi wyrzuty:
- Czemu nie pojechałaś z Tatą nad Bosfor?
Inne tematy w dziale Rozmaitości