Bułgaria, 2001r.
Miejsce w autokarze bułgarskiego biura turystycznego moja rodzina znalazła dzięki właścicielowi pensjonatu w Świętym Konstantynie. Jechaliśmy do Stambułu. Rodzice, Kuzynka, Kuzyn i ja usiedliśmy z tyłu wozu zgodnie z przydzielonym numerkiem. Odkrywanie cudów techniki rozpoczęło się od włożenia papierów w siatkę przytwierdzoną do przedniego siedzenia, która okazała się nie mieć dna i wszystko rąbnęło o glebę. Problem klimatyzacji pojawił się później. Choć już szarzało, temperatura na zewnątrz wciąż oscylowała wokół trzydziestu stopni. Wewnątrz - nie wiem, ale z pomidorów zrobił się keczup, a w butelce wody mineralnej ugotowaliśmy rosół. Dojeżdżając do Burgas podburzyliśmy resztę wycieczki, by zadymiać w związku z tym faktem u kierowcy. Na nasze apele gruby i okrutnie spocony kierowca z oburzeniem nas pogonił:
- Tam chołodno!
Część turystów zdecydowała się wyjść w ramach protestu z autokaru. "Toż ten koleś zaraz pojedzie bez nich" - myślałam, na wszelki wypadek siedząc na swoim miejscu i wachlując się mapą. Spocony kierowca tymczasem postanowił działać. Odkrył, że klimatyzacja pracuje, kiedy wyłączy się wewnątrz wszystkie światła. Przez kilkanaście minut trwał stan zgodny z naszym żądaniem, aż kłopoty się powtórzyły.
Na granicę dojechaliśmy o drugiej nad ranem. Staliśmy sobie spokojnie w jednym miejscu przy zamkniętych drzwiach i niedziałającej klimie, póki po godzinie moja Kuzynka nie ponowiła akcji. Szturcha kierowcę. On nic. Śpi. Szarpie go za nogę, wtedy on otwiera oczy.
- Do you speak English? - pyta Kuzynka.
- No! - ryczy w odpowiedzi kierowca.
- W każdym razie, tam z tyłu jest ciepło.
Pan popatrzył się krzywo. Kuzynka poczuła się w obowiązku uzupełnić po bułgarsku:
- CIOPŁO!
Widząc, że gość jej nie dowierza, albo jest zbyt rozespany i rozmemłany gorącem żeby w jakikolwiek sposób zareagować, kontynuowała:
- Nie ma tlenu, O2! - zacisnęła sobie ręce na szyi wystawiając język i kierując źrenice w stronę sufitu. - Czy można otworzyć drzwi?
- No! - odkrzyknął kierowca, kiwając bułgarskim zwyczajem twierdząco głową.
- Czy można włączyć tę dmuchawę? - widząc, że gość nie rozumie, dodała - Szszszsz! - i zaczęła się wachlować.
Wtedy pan zgasił światła, włączył klimę i podjechał o paręset metrów w przód, gdyż o tyle już się posunęła kolejka w czasie, gdy on spał.
Podczas powrotu klimatyzacja działała. Ale sytuacja była znacznie bardziej dramatyczna, bo i kierowca był znacznie bardziej zmęczony. Czuliśmy, jak wóz się toczy bezwładnie, aż wjeżdża w boczną polną dróżkę i wyhamowuje o drewniany płot lokalnego obszarnika. W pierwszej chwili myślałam, że skręciliśmy na postój, by kierowca mógł się zdrzemnąć, ale gdy co odważniejsi z nas wychylili tułowie do przodu, odkryliśmy, że on najwidoczniej spał już w momencie skrętu, a uderzenie go bynajmniej nie obudziło! Od razu przypomina się dowcip, w którym dziecko mówi: "Chciałbym umrzeć spokojnie, we śnie, jak mój dziadek, a nie krzycząc z przerażenia, jak jego pasażerowie".
Włochy, 2004r.
Zaczęło się w Opolu. Stamtąd ruszał w objazdową wycieczkę po Włoszech biały autokar prestiżowego biura podróży, a w nim ja z Mamą. Gorączka przedpodróżna w pełnym rozkwicie, Tatę nosi po parkingu:
- Ty uważaj jak tam chodzisz ubrana - przypomina Mamie.
Niepotrzebnie. Włosi w pierwszej kolejności kochają sami siebie, w drugiej kolejności swoje kluby piłkarskie, w trzeciej kolejności swoje telefony komórkowe, w czwartej kolejności swoje samochody, w piątej kolejności swoje ubranka, w szóstej kolejności jedzenie u swojej mammy, w siódmej kolejności swoją mammę, dopiero później jest miejsce na jakąś inną kobietę - i jeśli już, to blondynkę. Tak więc dla nas pełna dyskwalifikacja. Nie zawracając sobie głowy facetami, mogłam rozejrzeć się po placu i dojrzeć jakiś dziwny płyn regularnie kapiący z rury naszego autokaru. Poinformowałam Rodziców o znalezisku i Tata pobiegł łapać kierowców. Nie mam prawa jazdy, więc nie pamiętam, czemu tam tak ciekło, ale Tata zdawał się wiedzieć. Kierowcy mieli prawa jazdy i zdawali się nie wiedzieć.
- Ten typ tak ma - powiedział jeden.
- Skoro kapie, to widocznie ma kapać - skonstatował drugi.
O tym, że nie miało kapać, przekonaliśmy się wszyscy po kilku dniach, w połowie podjazdu na Wezuwiusz. Wóz stanął i nie ruszał. Wycieczka łapała stopa, a nasi dzielni kierowcy kiblowali przy zawalidrodze przez całą noc, bo jak się okazało, z policją i pomocą drogową to nie jest taka prosta sprawa.
- No faktycznie, stoi i nie zapali - doszedł do wniosku policjant, który pojawił się po czterech godzinach, gdy my już czekaliśmy na specjalnie zamówiony autokar zastępczy.
Śmiesznie zrobiło się dopiero na drugi dzień wieczorem, kiedy nasz oryginalny wóz przyjechał obsmarowany spray'em w kolorach pomarańczowym i zielonym z anarchiami i różnymi hasłami po włosku. W nocy na Wezuwiusz udała się grupa lokalnych anarchistów i napadła na nasz autokar gdy kierowcy spali wewnątrz.
Wiem, że taka sensacja wymaga zdjęć, ale nie mam przy sobie skanera. Nie muszę dodawać że chyba byliśmy najbardziej wytykanym palcami autokarem w historii Włoch ;)
Inne tematy w dziale Rozmaitości