Nathii M. Nathii M.
82
BLOG

Księża i bomba w Musee d'Orsay - opowieści wakacyjne cz. 5

Nathii M. Nathii M. Podróże Obserwuj temat Obserwuj notkę 24

Chorwacja, 2003r.

Niedziela. Upał leniwie sączy się przez otwarte na oścież balkonowe drzwi przesłonięte moskitierą. Atmosfera snu przykleja nas do łóżek wilgotnych z gorąca. Marzymy o prysznicu, ale tylko pod warunkiem, że wąż z zimną wodą przyjdzie do nas. Stęknięciem co jakiś czas wysyłamy reszcie sygnał, że nie śpimy, a w odpowiedzi ktoś sapie, że czas wstawać.

- Dlaczego w zasadzie Mama Nathii każe nam w niedzielę chodzić do kościoła, skoro Bóg jest wszędzie? - dociekał Kuzyn.

- W niedzielę w kościele jest największe zagęszczenie Boga na metr sześcienny - objaśniła Kuzynka, od tygodnia magister chemii biologicznej.

Kościół w miejscowości turystycznej Żivogoście Blato był jeden i co tydzień ten sam ksiądz odprawiał Eucharystię. Co tydzień, przynajmniej w tzw. "sezonie", wygłaszał też to samo kazanie, sprowadzające się do słów "chleb je vijeczny żivot". Byliśmy w Chorwacji po raz drugi. Rozumieliśmy podstawowe frazy. Przynajmniej na tyle dobrze, żeby zrozumieć jaką fuszerkę odwala tutejszy kapłan, ku wyraźnej dezaprobacie akompaniującej na organach zakonnicy. Znaleźliśmy Słudze Bożemu wytłumaczenie: kazanie uznał za wybitnie przekonujące, a turystów za zmieniających się w kapliczce z prędkością światła. No bo jak to: ktoś zostanie tu dwie - trzy niedziele z rzędu? I dwa bądź trzy razy pod rząd przyjdzie do kościoła?

Francja, 2005r.

Postmoderna, dekadencja i dawanie sobie w czapę winem za dwa Euro. Bez Rodziców, bez księży. A przynajmniej wtedy nam się wydawało, że bez księży. Skoro dwóch dżentelmenów przedstawia się jako nauczyciele fizyki z Małego Miasteczka Górniczego na Dolnym Śląsku, to czemu nie wierzyć? Prawdę mówiąc: a tempore facti wzięliśmy ich za gejów. Wprawdzie dość swobodnie rozmawiali z niektórymi turystkami... ale dwóch dorosłych facetów bez obrączek na palcach razem podróżujących? To musi wzbudzić cień sensacji. Przypadkiem moja Ciocia jest nauczycielką w owym Małym Miasteczku Górniczym i próbowałam przez telefon ustalić, czy takich panów zna, lecz ona nie umiała przypasować rysopisów do znanych nazwisk. Za to oni znali Ciocię:

- Tak, oczywiście! A pewnie, że znamy! Bardzo dobrze!

Sprawa się rypła po kilku miesiącach podczas zwyczajowej "kolędy", kiedy to jeden z księży przywitał Babcię w drzwiach słowami:

- Byłem z pani wnuczką na wycieczce we Francji!

Sama Francja - cud, miód i orzeszki. Może dlatego, że po raz pierwszy byliśmy z Kuzynką i Kuzynem sami, bez szpiegowskiego oka jakiegokolwiek opiekuna, bo przecież nie liczymy Pana Pilota, który był niewiele starszy i pił z nami. Polki na tamtejszej giełdzie kobiet zajmują pierwsze miejsce, ex aequo z Rosjankami. Obie z Kuzynką musiałyśmy odganiać adoratorów torebkami z metalowym obiciem. Ma się rozumieć - odganiałyśmy tylko tych, co nam się nie spodobali ;).

Pogoda - wymarzona. Lazurowe Wybrzeże - bajkowe. Koncert Franza Ferdinanda - porywający. Paryż - bombowy.

Na dzień po zamachach w Londynie wewnątrz wycieczki wytworzyły się frakcje, czy chcemy jeździć metrem. Do odważnych świat należy: chcemy. Nie potrzebowałam długiego czasu, by stać się gorącą orędowniczką laicyzacji kraju żab i ślimaków. Laicyzacji także, a może przede wszystkim, tamtejszej społeczności muzułmańskiej. Za nami do pociągu wsiadła kobieta okutana od stóp do głów tak, że widać było tylko oczy. Pod tym czarnym strojem mogła wnieść dosłownie wszystko. Na szczęście - nie wniosła niczego, co by wybuchło, ale pozostali pasażerowie się rozsunęli.

Dwa dni po zamachach w Londynie. Dużo zwiedzania przed nami: Luwr, Orsay, rondo De Gaulle'a, Pola Elizejskie. Trzeba pomyśleć o jakiejś kawie, łeb pęka. Podobne nastroje panowały w każdym pokoju, ale tylko w naszym spał francuskojęzyczny Pilot. Właśnie się zorientowaliśmy, że przez całą noc ryczał Eurosport. Rankiem transmitowali jeździectwo.

- Zobaczymy, jaka będzie pogoda - powiedział Przewodnik, zmieniając kanał na wiadomości.

- No to tłumacz nam coś, skoro rozumiesz, o czym oni tam szprechają po ichniejszemu - zachęciłam.

I pożałowałam.

- Policja francuska otrzymała dziś nad ranem anonimowe telefony o możliwości podłożenia ładunku wybuchowego w dniu dzisiejszym w Luwrze, Musee d'Orsay, na rondzie De Gaulle'a i w porcie w Marsylii.

- Aha. No to w Marsylii będziemy dopiero za dwa dni - znalazłam optymistyczny akcent.

- Jak dojedziemy żywi - trafnie zauważyła Kuzynka.

- Mówimy o tym reszcie wycieczki? - poprosił o opinię Pilot.

- Po co się mają stresować. Ci dwaj nauczyciele zaraz zaczną wrzeszczeć, a ta stara baba zadzwoni do twojego kierownika, że to niby znowu twoja wina, i powie, że jak wróci, to napisze list ze skargą - podsumowałam.

Moje spostrzeżenia zostały przyjęte przez aklamację. Mieliśmy bojowe zadania: wypić po trzy kawy i pilnować reszty grupy podczas całego dnia. Rano przy śniadaniu problem jak zwykle: Facet z Brodą próbował sobie robić kanapki ze szwedzkiego stołu w celu wyniesienia na zapas. Kelner to zobaczył i zaczął jazgotać, skacowany wynoszący się oburzał, że przecież po to stoi, żeby brać, a nasz skacowany i spóźniony o pół godziny Pilot próbował łagodzić sytuację.

Z min turystów wynikało jednoznacznie, że nikt by się nie obraził na dodatkowe trzy godziny snu. A tu trzeba zwiedzać. W pierwszej kolejności - ulokowane w dawnym budynku dworca kolejowego impresjonistyczne Musee d'Orsay. Rocznie zwiedza je około czterech milionów turystów. Czyli około jedenastu tysięcy dziennie. Kolejka do wejścia długa, przecież każdego muszą dokładnie sprawdzić. Policji też jakby więcej. "Aha, kroi się zamach" - kiwamy do siebie konspiracyjnie. Właśnie prześwietlano mi torebkę, kiedy do wyjścia rządkiem kierowali się zwiedzający. Tłum masowo opuszczał budynek różnymi exitami, także ewakuacyjnymi.

- Co się stało? - zapytałam badającą mnie ochroniarkę.

- Mamy problem - odrzekła. - Wszyscy teraz muszą zawrócić i wyjść.

To zawracamy się i wychodzimy. Na placu tłumy. Nie da rady znaleźć całej grupy. Oficjalna wersja krążąca pomiędzy różnej maści wycieczkowiczami: "Problem". Mają problem. Nadjeżdżają policjanci w niespotykanych ilościach. Pilot prosi o spokojny spacer nad Sekwaną i zbiórkę za godzinę. Ciągniemy go za torbę: "Czy ci goście w kominiarkach to antyterroryści?" Nie wiadomo. Chaos. Duży problem.

Po kilkunastu minutach wyciekło. Znaleźli czarny plecak na pierwszym piętrze. Nie wiadomo, co można do takiego plecaka schować, zwłaszcza czarnego. No nic, idziemy obadać karuzelę pod Luwrem. Kręcić się nie będziemy, chyba nie po to, żeby się porzygać. O, właśnie. Może gdzieś będzie toaleta.

Dochodzi umówiony termin zbiórki. Ciągle rozwałka i żandarmeria na motorach. Wpadamy na znajome małżeństwo będące w podróży poślubnej. Pani chowa z zawstydzeniem wzrok, tłumiąc jakiś przerażony chichot, a Pan pochyla się nad nami i szepcze:

- Ten facet, co siedzi koło was w autokarze. Ten z brodą.

- No, wiemy który, co z nim?

- Tam chodzi. Z żoną.

- No, chodzi - przyznajemy rację. - Z żoną.

- Tak dziwnie, prawda? - docieka znajomy.

- Wczoraj brał od nas korkociąg - gwizdnęłam z podziwem. - Ma prawo.

- Miał plecak i torbę, co nie? - pyta nasz detektyw.

- No, trzyma tę torbę.

W tym momencie Młoda Żona nie wytrzymuje:

- Nie ma tego plecaka! Ten plecak jest t-a-m!

Krótka obserwacja faceta i jego połowicy pozwoliła jednoznacznie stwierdzić strach w ich oczach oraz to, że czynili sobie wzajemnie wyrzuty.

- To niech on pójdzie i powie Pilotowi, i niech razem idą do jakiegoś tutejszego dowódcy - zaproponowałam.

- On się chyba boi - zaniepokoiło się młode małżeństwo. - Słyszeliśmy wcześniej ich rozmowę.

Dochodzimy do piękna całej sytuacji, a mianowicie... facet wyglądał jak Bin Laden! Szpakowata, lekko kędzierzawa fryzurka plus wąsy i broda. Żona, jako pulchna i niska blondynka, stanowiła jego przeciwieństwo.

- Przepakowywał kamerę. W tamtym plecaku ma polar i kanapki te, no, wiecie które.

- A bomba? Bo chyba nie te kanapki? Jak trochę poleżą to będzie broń bakteriologiczna - kontynuowałam.

Zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie do naszego "Bin Ladena" podejść i namówić na "ujawnienie się". Mnóstwo ludzi marnuje czas i nerwy, a policja także pieniądze, dla polara potrzebnego w trzydziestostopniowym upale jak dziura w moście, czy kilku bagietek.

Winny okazał się sprytny, więc podesłał policji swoją żonę - blondynkę. Biedna, szła jak na stracenie z naszym Pilotem, ale według późniejszych opowieści, dowódca akcji tylko głęboko odetchnął z ulgą. I wypił szklankę wody. A potem życzył udanych wakacji. Ani słowa wrzasku bądź krytyki. Tylko szczęście, ulga i... natychmiastowy zwrot zguby!

Do końca wycieczki zwracaliśmy się do faceta per "Osama", choć teraz, patrząc z perspektywy czasu, żal mi go. Na początku wyprawy strasznie kozaczył, a po incydencie - był *taki malutki*.

Moja ulubiona przygoda ze wszystkich wakacyjnych, mimo że nie dotyczyła mnie bezpośrednio. A może właśnie dlatego.

Nathii M.
O mnie Nathii M.

C'est moi.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (24)

Inne tematy w dziale Rozmaitości