Po drodze przewiesiła przez ramię plecak i poprawiając ułożenie nożyczek w prawej dłoni zastanawiała się, czy jest sens tracić czas na zamykanie kluczem drzwi:
- Stróż przecież siedzi na podłodze.
Szarpnęła za klamkę. Odchyliła się w tył, by wyskoczyć jak z katapulty, ale zamiast na korytarz, wpadła wprost w ramiona mężczyzny około czterdziestki. Anna miała blisko 170 cm, on był o kilkanaście centymetrów wyższy i wessał się palcami w jej przedramiona uniemożliwiając im ruchy. Przycisnął ją mocno do siebie. Jedyne, co Anna mogła zrobić, to skierować nadgarstkiem nożyczki w jego udo. Spojrzała na mężczyznę z pogardą godną panny młodej ochlapanej przez samochód.
- Masz wszystko? - zapytał dżentelmen.
- Wszystko - Anna zapauzowała wymownie - leży w pokoju obok. Byli tu z wizytą goście i zostawili rozpiździel jak Tusk w CBA. Może mnie łaskawie puścisz, to wtedy porozmawiamy czy zapowiadali się tobie, skoro mi najwidoczniej zapomnieli.
Mężczyzna się zawahał. Nie puścił.
- Victor, ty mnie molestujesz seksualnie w godzinach pracy. Wytoczę ci sprawę karną.
- A ty naruszasz nożyczkami moją nietykalność cielesną...
Victor Sanchez rozejrzał się dookoła, wepchnął dziewczynę do środka i zamknął drzwi.
- Kim jest ten facet? - zasyczała ze złością Anna pokazując w kierunku uduszonego.
- Nie interesuj się tym, i tak już się z nim nie umówisz...
- Pytam czy od nas, czy od nich. Aha - i jeszcze ważniejsza sprawa. Ty jesteś jeszcze z nami, czy już z nimi?
Anna stała jak tygrysica gotowa do skoku. Bała się, że nagle ktoś spadnie na nią z sufitu niczym Leon Zawodowiec, nawet jeśli ten lokal nie zapewniał możliwości takiego luksusu.
- Nastąpiła zmiana planów, o której porozmawiamy w innych warunkach - uspokajał Sanchez. - Cokolwiek się nie wydarzy, musisz się zachowywać w sposób naturalny.
- O, przewidujesz jeszcze jakieś niespodzianki? Śmigłowiec na dachu? Zombie w piwnicy?
- Przyjdą goście. Nie mogę ci wszystkiego opowiedzieć, bo nie będziesz się zachowywać naturalnie.
- Aha, naturalnie to znaczy kiedy słyszę własną krew przetaczającą się przez serce w tempie trzysta razy na minutę? Ogarnij się człowieku, bo powiem Rafie, że stosowałeś mobbing!
- Zamknij się, do cholery! Udawaj, że walczymy.
- Dlaczego masz ze mną walczyć, skoro możesz mnie zastrzelić?
- Chyba ocipiałaś... - niecierpliwił się Sanchez.
- A czy jak ktoś przyjdzie i zobaczy, że szamoczesz się z nastolatką zamiast jej wyrżnąć w łeb, to co sobie o tobie pomyśli? Błyskotliwy pan Zuleta wysłał za tobą towarzystwo ubezpieczeniowe w postaci kilku bandziorów, a ty się ich nie umiałeś pozbyć i przez ciebie oboje mamy problem! Twój plan jest do dupy! Myślisz, że taki zakapior będzie analizował? Jebnie serią z kałacha i po zawodach!
- Przyjechali dzisiaj. Wiesz, że miało nas już tu dawno nie być, ale oczywiście twoja Lola była ważniejsza od twojego tyłka! Dwóch wyeliminowałem. Jeden zdechł tu, a drugi zdycha pod piątką. Sprowokowałem kłótnię na tematy merytoryczne i strzeliłem mu w wątrobę na ulicy.
- A reszta bandy co na to?
- Prali go po pysku, dopóki w końcu nie przyznał, że Independiente Medellin jest najlepszym klubem piłkarskim w Kolumbii.
Podniesione głosy sprowokowały posiłki. Drzwi kopniakiem otworzył odziany na czarno przystojniak z koszulą rozpiętą do połowy i wygoloną klatą, a za nim wtargnęła podobna mu czwórka. Jedni byli zwolennikami usuwania owłosienia, inni eksponowali jego nadmiar, ale każdy szpanował kilogramem złota na szyi.
- Ty z nią dyskutujesz? - zapytał Sancheza jeden z nich ładując karabin.
- Ja znam plan, a wy nie. Wróć do pana Zulety bez planu, a on już zadba, żeby cię żywcem zagrzebać w Medellin za bramką stadionu Atletico Nacional.
- Przeszukaliśmy cały dom, ponieśliśmy ofiarę śmiertelną - Sanchez skinął ku nieboszczykowi. - Ta mała szmata musi to mieć przy sobie. Zaraz to załatwię.
Podszedł do oniemiałej Anny, chwycił ją za dredy i uderzył jej głową o kant stołu. Krew prysnęła z łuku brwiowego jak woda z wrocławskiej fontanny za dwadzieścia milionów złotych. Anna straciła na moment przytomność. Osunęła się na ziemię. Twarda pięść z sygnetami trzasnęła ją w policzek.
- To musi być z całej siły? - wyszeptała.
- Zachowuj się naturalnie.
Dziewczyna zerwała się na równe nogi i kopnęła partnera w jądra. Miało zaboleć.
- Robi się ciekawie - zaobserwowali pozostali Kolumbijczycy. - Juan Carlos nie kłamał, że cizia jest twarda.
- Co to było? - wyjęczał Sanchez.
- Brazylijska sztuka walki "vale tudo", w polskim tłumaczeniu: "walę tu go" - Anna odpowiedziała wycierając krew z czoła i podnosząc z podłogi swoje nożyczki.
- Dziewczynko, nie masz noża w kuchni? - ironizował podrażniony Sanchez.
Chciał jej wytrącić broń z ręki, ale Anna była szybsza. Przełknęła ślinę, wycelowała i wbiła Sanchezowi nożyczki w oko.
- Nożem, kurwa, tego nie zrobisz - sylabizowała otwierając przybór. - Wypatroszę cię przez oczodoły za tę jatkę. Mam nadzieję, że zachowuję się w sposób jak najbardziej naturalny... - mówiła, a jej głos ginął w rozdzierającym wrzasku ofiary.
- Dosyć tego... - zdenerwował się bardziej przytomny bandzior i strzelił Annie w kolano.
Dziewczyna upadła. Sanchez zaczął wymiotować.
- Pan Zuleta inaczej z tobą porozmawia. Tak, jak rozmawiał z Juanem Carlosem, wiesz? Będziesz błagać, żeby cię zakopali żywcem na stadionie Atletico - poinformował ją zdegustowany strzelec. - Zabieramy ten syf, cizi dajemy zastrzyk, żeby sobie spała i lecimy stąd. Co złego, to nie my.
87
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (5)