Fonsie przeciągnął się na ciemnozielonej, designerskiej kanapie. Obróciwszy się na brzuch, zaczął wyrywać wplecione w nią jaśniejsze nitki. Pomyślał, że będzie pruł całą noc, aż dociągnie do dębowych nóg, które pokiereszuje swoją finką, a potem odpali od jakiegoś niedbale rzuconego peta. Tyle rozkosznych godzin na niej spędzonych od chwili, gdy wymusiła swoim postawnym jestestwem poszerzenie drzwi do piwnicy. Fonsie i zielona kanapa. Nierozłączna para aż do tego momentu.
- Weź kogoś i przestawcie tego grata, żeby dziewczyna się mogła położyć - pan Zuleta rzucił w przelocie, nawet nie patrząc na Alfonso Jose.
Teraz on leżał na "gracie" i zastanawiał się, gdzie już doświadczył tych samych emocji. No tak - zamglone łzami oczy Isabel, różowe policzki i rozdzierające serce, szczere kwilenie, na jakie stać tylko najmłodsze dzieci.
- To nieprawda, on będzie żył, Fonsie, zrób, żeby on żył - łkała Isabel zbierając z podłogi kawałki trocin, siana i wiskozy i próbując zapakować je z powrotem do opróżnionego, bezkształtnego futerka z nieodprutymi czerwonymi usteczkami uformowanymi w uśmiech.
- Miś Kolabor wolał popełnić harakiri, niż być twoją maskotką - dogryzał jej Fonsie, bez objaśnienia czym jest harakiri.
- Też chcę popełnić hara kriszna, pomóż mi braciszku!
- Kolabor się rozpruł tym nożem rzeźnickim - Fonsie wyjął spod łóżka swoją finkę i wręczył ją dziewczynce.
W porę interweniowała mama. Ta sama ukochana mama, która odkąd przyniosła do domu Isabel, zmieniła się nie do poznania. Nawet przybrała nowe imię. Z Aurelii stała się "Fonsie, Daj Jej To". Tatę ochrzczono na nowo jako "Tamto Też Jej Daj". Słowa wypowiadane przez rodziców w biegu między otworzeniem lodówki a wyrzuceniem śmieci dla chłopca oznaczały nowy, kolejny kamień, może nie na sercu, ale na pewno na nerce.
- Co się stało misiowi? - Aurelia wyszczebiotała przyklękając przy córeczce i wycierając jej zaślinioną buzię.
Jednocześnie odwróciła się do Fonsiego i syknęła jadowicie:
- Co się stało misiowi?
- Zabił się.
Miś Kolabor był najlepszym przyjacielem chłopca. Rodzice przywieźli ich razem ze szpitala. Ponoć jakieś dziecko zostawiło go na parapecie. Rozkaz oddania go Isabel był symbolem, że nawet zabawka oznacza dla nich więcej, niż Fonsie. W końcu to ich nowe, lepsze dziecko miało się cieszyć wyłącznym przywilejem zabawy z misiem.
- Co ty mi tu opowiadasz, przecież maskotka nie może sama nic zrobić - żołądkowała się mama.
- Mówiłaś mi, że maskotki nocą same chodzą... Przecież sama mi opowiadałaś - wylewał żale Fonsie.
- Misie w bajkach nie robią harakiri! A zresztą - ile ty masz lat, żeby w takie głupoty wierzyć?
Miał osiem lat i właśnie zrozumiał, że w opowiadaniach na dobranoc zabawki chodzą nocami na bale ubrane w baśniowe stroje, a w prawdziwym życiu Barbie ćpa kokę dziesięciodolarówką, którą jej Ken włożył w stanik podczas striptizu, sto jeden dalmatyńczyków uczestniczy w walkach psów, a misie odbierają telefony: "Masz wybór. Kończysz to sam z honorem, albo załatwimy Świnkę Balbinkę".
Z zadumy wyrwał Fonsiego entuzjastyczny głos przyciągający go z powrotem do rzeczywistości. To był Felipe, zaprzyjaźniony lekarz.
- Hej, jak leci? I co u tej maleńkiej? Przyniosłem jej filet z ryby i warzywa na parze, Santi mnie prosił. Mam tu trochę wody, nowy bandaż, środek antyseptyczny... Manu, skurczybyk, wiedział jak strzelać, żeby jej nie uszkodzić kości. Za dwa tygodnie będzie mogła biegać.
- Antyseptyczny? - zainteresował się Alfonso Jose. - Jak to działa?
- To jest środek odkażający ranę. Będzie ją troszkę bolało, ale jest to konieczne do zastosowania w naszych warunkach.
- Dobrze. Rozumiem. Ona jest niebezpieczna, tak więc nawet nie zamierzam cię tam wpuszczać. Rybę z przyległościami możesz sobie zjeść a jak ci coś kapnie na brodę to sobie wytrzesz tym bandażem. A tę flaszkę to mi daj, pójdę ją sobie podezynfekować...
77
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (13)