Gdyby alkomat był obowiązkiem - każdy kierowca w przypadku takiego dylematu mógłby dokonać pomiaru. I tu się pojawia bardzo istotna kwestia - gdyby szofer mimo tego wyposażenia przekraczał próg w trakcie policyjnej kontroli - prawo musiałoby być wobec niego bardzo restrykcyjne. Nie chodzi mi o wtrącanie do więzień na długie lata - ale konsekwentnie egzekwowane obywatelskich metod amerykańskich: wielogodzinne nauki antyalkoholowe, prace społeczne, publikacja wizerunku, sprzątanie ulic w koszulce "prowadziłem samochód po alkoholu, naraziłem twoje bezpieczeństwo".
Gdy przeglądam kronikę policyjną w regionalnej gazecie zauważam, że większość zatrzymanych nietrzeźwych miała we krwi 0,2-0,5 promila alkoholu. Czy na pewno byli pijani - jak mówi o nich kodeks drogowy? Nie spowodowali kolizji, zostali zatrzymani. Pewnie jechali prawidłowo, nie naginali przepisów, sytuację całkowicie kontrolowali. Ot, rutynowa kontrola, wpadka. W większości krajów europejskich dopuszczalne stężenie alkoholu we krwi to 0,5-0,8 promila - czy Polak z 0,49 na liczniku jest bardziej pijany niż Niemiec czy Irlandczyk? Czy liberalizacja kodeksu drogowego spowodowała w tych krajach, że każdy jeździ zyg-zakiem i rozbija się na pierwszym-lepszym drzewie? Czy rośnie tam ilość wypadków, których przyczyną był alkohol? Oczywiście, że nie. Panowie politycy - więcej wiary w rozsądek obywateli!
Nie oszukujmy się - w Polsce mamy jedno z najbardziej restrykcyjnych praw antyalkoholowych, które w istocie służy polepszaniu policyjnych statystyk. Skupia się na ściganiu kierowców, którzy nie stwarzają realnego zagrożenia na drodze, za to przekraczają magiczny próg 0,2.
Alkohol jest dla ludzi, nie każdy kto go pije jest alkoholikiem i kierowcą-mordercą. Walczmy z prawdziwymi pijakami jeżdżącymi po drogach. Walczmy też z niepraktycznymi bublami prawnymi pod oczekiwania bezrefleksyjnego tłumu.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)