Kolejna batalia o zagospodarowywanie przestrzeni publicznej. Poszkodowany oczywiście znowu krzyż. A w zasadzie jego czujni admiratorzy. Znowu niepomiernie oburzeni, że ktoś się może w obecności krzyża na tyle niekomfortowo czuć, że może sobie owego konfliktogennego przedmiotu w przestrzeni publicznej zwyczajnie nie życzyć.
Jest jednak czynnik, który na ten konflikt każe patrzeć nie jak na zwykłe zawłaszczanie publicznej przestrzeni, ale jak na religijną wojnę, w której zawłaszczających publiczną przestrzeń religiantów kompletnie przestaje interesować przestrzeganie wyznawanych wartości.
Ten czynnik, to ludzka uwaga i czemu uwagę tę ludzie poświęcają.
Pierwsze usunięcie artefaktu ze ściany nie zostało zauważone przez kilka tygodni – sprawy więc żadnej nie było. Gdy przypadkowo to odkryto, krzyż komisyjnie zawieszono, uważnie przy tym obserwując czy ktoś się ośmieli.
Gdy śmiałka zdołano ustalić – bo tak jak i za pierwszym razem nie kryjąc się ponownie się ośmielił – poświęcono mu szczególną uwagę, m. in. doklejając łatkę złodzieja krzyża.
Krzyż oczywiście, jak zawsze w krzyżowych hucpach, nigdzie nie zniknął – łatka złodzieja krzyża dalej troskliwie pielęgnowana. Ale to tylko drobny szczegół w sprawie, jak i to, że złodziej to w istocie złodziejka – bo odważnym człowiekiem, który nie dał się zastraszyć religianckiej tłuszczy jest kobieta. To nauczycielka matematyki, która tym bardziej czuje się w obecności krzyża niekomfortowo, im mocniej religianci pokazują jej kim są naprawdę.
Wszystko to to banalny wręcz w swej powszedniości przykład, co w konstytucyjnie neutralnym światopoglądowopaństwie ludziom wolnym od religii grozi ze strony religiantów.


Komentarze
Pokaż komentarze (81)