
Mścisław Lurie, chyba najmłodsza ofiara, która przyżyła swoją egzekucję, syn:
"Ludzie szli czwórkami, podchodziła czwórka, Niemcy z broni krótkiej zabijali w tył głowy. Matka, wraz z dziećmi w wieku od 3,5 do 11 lat, szła w ostatniej czwórce"
Wanda Lurie, matka:
"5 sierpnia zostałam wyprowadzona ze wszystkimi mieszkańcami domu i wraz ze swoim trojgiem dzieci, na miejsce egzekucji, na teren fabryki Ursus. Tutaj Niemcy ustawili nas czwórkami i rozstrzeliwali każdego w tył głowy z rewolwerów. Byłam w ostatnich dniach ciąży, pomimo błagania, że mam małe dzieci nie było nad nami litości. Egzekucja trwała do zmierzchu. Przeleżałam trzy dni w kałuży krwi pomiędzy trupami. Trzeciego dnia uciekłam....o Jezus ja już nie mogę...no nie mogę mówić."
Mścisław Lurie:
"Ocalała dzięki Bogu, i po tejże egzekucji przeczołgała się po następnych dwóch dniach i zapędzono ją pod ołtarz główny do kościoła św. Wojciecha na Woli. Matka była ze mną w ciąży w 9 miesiącu."
za filmem: "12 ton - Oni wszyscy tam są"
http://youtu.be/DtRfYyz983w
W artykule w gazecie - "Polska. The Times" (Verlagsgruppe Passau) z 2009 r. (dzień przed 65 rocznicą wybuchu powstania), opisującym losy rodziny Lurie, we wstępie mówi się o tym, że to właściwie na własne - Polaków życzenie to wszystko. Szaleńcy i samobójcy. Dziwne, bo z treści wynika, że zbrodni dopuścili się Niemcy i pracujący dla nich zbrodniarze, Polacy wacale nie targali się szaleńczo na swoje życie. A przy opisie zachowania Niemców dokonujących zbrodni, mówi się o..."niemieckiej dokładności".
"Urodzony w bólu i cierpieniu Mścisław Lurie został naznaczony tym wszystkim, co samobójczy zryw zostawił Polsce."
"W potomkach warszawiaków, którzy za szaleńczy bunt w 1944 roku zapłacili życiem."
"Na dziedzińcu fabryki hitlerowcy z niemiecką dokładnością dzielili ludzi na czwórki i tak rozstrzeliwali, taśmowo, jedną po drugiej."
Inne fragmenty:
"Wanda próbowała się ratować. Mocno trzymała dzieci. Błagała o pomoc jednego z Ukraińców z oddziału tzw. hiwisów, dała mu trzy złote pierścionki. Niemieckiemu żandarmowi bezskutecznie przypominała o honorze oficera.
Pierwszy kulę dostał 11-letni syn Wandy. Potem ona i dwójka młodszych dzieci. Wanda wylądowała wśród setek trupów. Pocisk przeszedł przez dolną część czaszki, wyszedł przez lewy policzek. Razem z kulą wypluła zęby, dostała krwotoku ciążowego. Na pół przytomna, leżąc, widziała kolejne egzekucje, które ustały dopiero o zmierzchu. Przywalona czterema ciałami słyszała, jak oprawcy bawili się, pijąc wódkę i śpiewając piosenki. Jak rabowali zmarłych i dobijali tych, którzy się jeszcze ruszali. Kolejne kule raniły ją w nogę. Ktoś zdjął jej z ręki zegarek. Po dwóch dniach samotnego konania wydostała się spod trupów i poczuła, że dziecko, które nosi w brzuchu ciągle się rusza. Wyczołgała się na ulicę, gdzie ponownie wpadła w ręce Niemców. Żandarmi popędzili ją do kościoła św. Wojciecha przy Wolskiej.
- Wygołocili mi całą rodzinę. Wszystkich, których nawet nie zdążyłem poznać i pokochać - mówi dziś z rezygnacją w głosie. Ten los spadł na tysiące ludzi, którzy przetrwali tę hekatombę. I tak jak oni Mścisław musiał jakoś wyjść z piekła, jakie dopalało się w zgliszczach zniszczonego kraju.
- Niewiele pamiętam z dzieciństwa oprócz strachu. Nauczyłem się mówić dopiero jako pięciolatek - opowiada. Lekarze z komisji badania zbrodni niemieckich pisali o nim: "Syn poszkodowanej jest nerwowy i źle sypia". - Do dziś boję się ciemności. Panikuję na widok munduru - przyznaje.
Po wojnie przeżył straszliwą biedę. - Czasem jedliśmy chleb, a czasem trzeba było jeść zielsko - wspomina. Przeżył śmierć ojca, powstańca i przedwojennego bogatego przemysłowca, który w nowej Polsce nie odzyskał ani zdrowia, ani majątku zostawionego na Wschodzie (ojciec urodził się na Białorusi) i w spalonej, zrównanej z ziemią Warszawie. Bolesław Lurie był chemikiem, przyjaźnił się z prezydentem Mościckim, miał w stolicy dobrze prosperującą sieć sklepów. A po wojnie dostał najniższą rentę, 252 zł. Średnia pensja była ponaddwukrotnie wyższa."
http://www.polskatimes.pl/artykul/147513,syn-warszawskiej-niobe,1,id,t,sa.html
I jeszcze:
"Okrucieństwo losu, który naznaczył go przed urodzeniem, wróciło, gdy próbował ułożyć dorosłe życie."
I znowu, z treści nie wynika, żeby to okrucieństwo losu go naznaczyło....wiadomo kto naznaczał wtedy w Warszawie, a tu nawet data jest znana - 5 sierpnia 1944, ostatnia czwórka (piątka) w grupie. A los, to co najwyżej można łączyć z tym, że pani Wandzie Lurie udało się przeżyć.
Sprawcy, albo zostali burmistrzami niemieckich miasteczek, z generalską pensją, albo do dzisiaj żyją sobie wygodnie, przez nikogo nie niepokojeni. W związku z tym pan Lurie ma uzasadnione poczucie braku sprawiedliwości, w tekście jest mowa o... pragnieniu zemsty, oczywiście:
"W dążeniu unieśmiertelnienia "Polskiej Niobe" znalazł cel donioślejszy niż trwanie w bezsilnym pragnieniu zemsty. Napisał książkę o Wandzie Lurie."
***
Niecodzienna, jak na tematykę tekstu, reklama, która pojawiła się wraz z nim:

Trochę mało wyraźne...chodzi o metodę 5S.
W tagach zabrakło też chyba hasła "zbrodnie niemieckie"




Komentarze
Pokaż komentarze (6)